Bezpieczeństwo narodowe wiąże się z kwestią bardziej zasadniczą, jaką jest sposób rozumienia interesu narodowego. Dobrze zdefiniowany interes narodowy danego kraju powoduje, że trafnie wyznaczane są zadania w obszarze bezpieczeństwa - pisze w "Fakcie" Andrzej Zybertowicz.
We współczesnym świecie toczy się gra narracji i światopoglądów. Jedna z tych narracji stara się udowodnić, że myślenie o współczesnym świecie w kategoriach
interesu narodowego jest czymś przestarzałym i nieskutecznym. Dla Polski jest to sposób myślenia niebezpieczny, ale leży on w interesie krajów, które mają uformowane instytucje definiujące
interes narodowy i silne instytucje bezpieczeństwa.
Weźmy np. Stany Zjednoczone - tam oprócz silnych instytucji państwowych istnieje rozbudowana sieć prywatnych instytutów badawczych tzw. think-tanków współpracujących albo z partią demokratyczną lub republikańską. Niezależnie od aktualnej polityki amerykańskiego rządu, obserwują one sytuacje w kraju i na świecie, monitorują zagrożenia, budują długofalowe wizje oraz podpowiadają administracji, co należy robić. Brak takiej sieci think-tanków powoduje nie tylko, że państwu brakuje zaplecza intelektualnego, ale nie pozwala to na publiczne wyartykułowanie pewnych problemów.
Przykładem jest kwestia agentury wpływu. Przypomnijmy, że taka agentura składa się z ludzi obecnych w sferze publicznej, np. w mediach, którzy współpracują z obcym wywiadem, ale nie w celu werbunku innych agentów lub dostarczania informacji. Mają oni za zadanie rozpowszechnianie informacji, wygodnych innym krajom lub po prostu dezinformujących opinię publiczną danego kraju. Niektórzy z nich świadomie współpracują z obcymi wywiadami, inni nieświadomie propagują treści wygodne dla interesów innego kraju, będąc wykorzystywani niekoniecznie przez wywiady.
Gdy rozmawia się z ludźmi tajnych służb, pojęcie agentury wpływu nikogo nie dziwi ani nie jest kojarzone z myśleniem spiskowym. Wręcz przeciwnie, rzecz traktowana jest jako jedno z normalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa kraju. To zagadnienie wyjątkowo trudno przebija się jednak do poważnej debaty publicznej. Przedstawicielom administracji państwowej trudno przedstawiać na łamach mediów ustalenia lub przypuszczenia na temat agentury wpływu, która w Polsce budowana jest zarówno przez kraje Polsce nieprzyjazne, jak i przyjazne. Oficjalnym reprezentantom państwa nie wypada publicznie dzielić się wiedzą o takich zagrożeniach. Pracownikom prywatnych instytucji badawczych o wiele bardziej wypada, by takie kwestie publicznie podnosić. Think-tanki współtworzą instytucjonalną tkankę, która w krajach takich jak USA, Francja, Wielka Brytania służy do definiowania interesu narodowego. Rządy III RP pozbawione takiego zaplecza intelektualnego, często nie były nawet w stanie wykorzystać istniejącej infrastruktury państwowej do monitorowania zagrożeń. Wręcz przeciwnie, w wielu ogniwach aparatu państwowego obowiązywały różnego rodzaju tabu, zniechęcające do podejmowania pewnych, ważnych dla kraju i możliwych do realizacji zadań.
Nie budowano także programów opartych na wizjach silnej pozycji Polski w Europie. Osoby wpływowe w rządzie, a także mediach, zbyt łatwo dawały się przekonać, że te kwestie to anachronizm. To myślenie nadal jest obecne. Ostatnio Jacek Żakowski w jednej z dyskusji telewizyjnych przekonywał, że Polsce nie potrzeba żadnych wizji, a potrzeba jedynie ciężkiej, mozolnej pracy. Tymczasem mozolna praca musi być zorganizowana wokół generalnych wizji i poczucia tożsamości zbiorowej. Takiej wizji potrzebuje bezpieczeństwo narodowe i do tego służy perspektywicznie zdefiniowany interes narodowy. W Polsce istnieje spory potencjał intelektualny, by taki interes definiować, brakuje jednak instytucji, które potrafiłyby ten rozproszony potencjał zogniskować wokół określonych projektów. Dlaczego przez osiemnaście lat niepodległej Polski nie udało nam się stworzyć sieci instytucji badawczych takich, jakie występują np. w USA? Pierwszą przyczyną są sprawy finansowe. Przypomnijmy, że w USA istnieją think-tanki dysponujące budżetami setek milionów dolarów - co daje im ogromne możliwości działania. Tam biznes prywatny chętnie łoży na tego typu inicjatywy. Nasz wielki biznes, często mający korzenie nomenklaturowo-agenturalne, nie będzie finansował think-tanków, które są autonomiczne w badaniach i nie daj Boże mogą podejmować niewygodne sprawy.
Co by było, gdyby zaczęły one badać np. korzenie takiego biznesu... Słabość infrastruktury intelektualnej w naszym kraju jest więc pochodną kapitalizmu postkomunistycznego. W Polsce powinno być kilkanaście takich instytucji, jak np. Instytut Sobieskiego, i powinny one działać na o wiele większą skalę.
W naszym kraju wprawdzie toczy się debata publiczna, ale, po pierwsze, z trudem sięga ona klasy politycznej i, po drugie, jej owoce nie są konsumowane z powodu braku instytucji, które systematyzowały pracę intelektualną nastawioną na zadania praktyczne. Wielu komentatorów nie posługuje się wiedzą czerpaną z badań naukowych (nazbyt często czysto teoretycznych) i z trudem wykracza poza poziom publicystyki. W USA wykształciła się grupa tzw. praktykujących naukowców. Z jednej strony badacze po okresie swojego zaangażowania w administrowanie krajem wracają na uczelnie. Z drugiej, politycy, gdy wahadło wyborcze wychyli się w przeciwną stronę, przechodzą do think-tanków, gdzie przekładają swoje doświadczenie polityczne na większe projekty - tworzone bez pośpiechu i nie pod wpływem wyborczych sondaży. W Polsce mamy gorszą sytuację. Politycy tacy jak np. Józef Oleksy czy Jerzy Jaskiernia, gdy wypadają z polityki, pracują wprawdzie w zaprzyjaźnionych szkołach prywatnych, ale nie tworzą żadnej intelektualnej wartości dodanej. I to niekoniecznie dlatego, że brak im intelektualnych kwalifikacji. Powód jest inny. Gdyby Oleksy chciał napisać pogłębioną i uczciwą książkę analizującą polską politykę, to byłoby to dzieło znacznie bardziej demaskatorskie niż to, co powiedział podczas słynnego obiadu z Aleksandrem Gudzowatym. Tu mamy błędne koło: ponieważ polityka jest niskiej jakości, to ludzie, którzy wypadają z polityki, nie piszą o tym książek, bo musieliby opisywać brudy, które współtworzyli. A ponieważ brakuje pogłębionych analiz tej polityki pisanych przez praktyków, to jej jakość się nie podwyższa.
Bez intelektualnej troski o interes narodowy, system bezpieczeństwa państwa będzie ułomny. A bez niezależnych środowisk intelektualnych, myślenie o interesach Polski pozostanie na pułapie amatorskim.
Weźmy np. Stany Zjednoczone - tam oprócz silnych instytucji państwowych istnieje rozbudowana sieć prywatnych instytutów badawczych tzw. think-tanków współpracujących albo z partią demokratyczną lub republikańską. Niezależnie od aktualnej polityki amerykańskiego rządu, obserwują one sytuacje w kraju i na świecie, monitorują zagrożenia, budują długofalowe wizje oraz podpowiadają administracji, co należy robić. Brak takiej sieci think-tanków powoduje nie tylko, że państwu brakuje zaplecza intelektualnego, ale nie pozwala to na publiczne wyartykułowanie pewnych problemów.
Przykładem jest kwestia agentury wpływu. Przypomnijmy, że taka agentura składa się z ludzi obecnych w sferze publicznej, np. w mediach, którzy współpracują z obcym wywiadem, ale nie w celu werbunku innych agentów lub dostarczania informacji. Mają oni za zadanie rozpowszechnianie informacji, wygodnych innym krajom lub po prostu dezinformujących opinię publiczną danego kraju. Niektórzy z nich świadomie współpracują z obcymi wywiadami, inni nieświadomie propagują treści wygodne dla interesów innego kraju, będąc wykorzystywani niekoniecznie przez wywiady.
Gdy rozmawia się z ludźmi tajnych służb, pojęcie agentury wpływu nikogo nie dziwi ani nie jest kojarzone z myśleniem spiskowym. Wręcz przeciwnie, rzecz traktowana jest jako jedno z normalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa kraju. To zagadnienie wyjątkowo trudno przebija się jednak do poważnej debaty publicznej. Przedstawicielom administracji państwowej trudno przedstawiać na łamach mediów ustalenia lub przypuszczenia na temat agentury wpływu, która w Polsce budowana jest zarówno przez kraje Polsce nieprzyjazne, jak i przyjazne. Oficjalnym reprezentantom państwa nie wypada publicznie dzielić się wiedzą o takich zagrożeniach. Pracownikom prywatnych instytucji badawczych o wiele bardziej wypada, by takie kwestie publicznie podnosić. Think-tanki współtworzą instytucjonalną tkankę, która w krajach takich jak USA, Francja, Wielka Brytania służy do definiowania interesu narodowego. Rządy III RP pozbawione takiego zaplecza intelektualnego, często nie były nawet w stanie wykorzystać istniejącej infrastruktury państwowej do monitorowania zagrożeń. Wręcz przeciwnie, w wielu ogniwach aparatu państwowego obowiązywały różnego rodzaju tabu, zniechęcające do podejmowania pewnych, ważnych dla kraju i możliwych do realizacji zadań.
Nie budowano także programów opartych na wizjach silnej pozycji Polski w Europie. Osoby wpływowe w rządzie, a także mediach, zbyt łatwo dawały się przekonać, że te kwestie to anachronizm. To myślenie nadal jest obecne. Ostatnio Jacek Żakowski w jednej z dyskusji telewizyjnych przekonywał, że Polsce nie potrzeba żadnych wizji, a potrzeba jedynie ciężkiej, mozolnej pracy. Tymczasem mozolna praca musi być zorganizowana wokół generalnych wizji i poczucia tożsamości zbiorowej. Takiej wizji potrzebuje bezpieczeństwo narodowe i do tego służy perspektywicznie zdefiniowany interes narodowy. W Polsce istnieje spory potencjał intelektualny, by taki interes definiować, brakuje jednak instytucji, które potrafiłyby ten rozproszony potencjał zogniskować wokół określonych projektów. Dlaczego przez osiemnaście lat niepodległej Polski nie udało nam się stworzyć sieci instytucji badawczych takich, jakie występują np. w USA? Pierwszą przyczyną są sprawy finansowe. Przypomnijmy, że w USA istnieją think-tanki dysponujące budżetami setek milionów dolarów - co daje im ogromne możliwości działania. Tam biznes prywatny chętnie łoży na tego typu inicjatywy. Nasz wielki biznes, często mający korzenie nomenklaturowo-agenturalne, nie będzie finansował think-tanków, które są autonomiczne w badaniach i nie daj Boże mogą podejmować niewygodne sprawy.
Co by było, gdyby zaczęły one badać np. korzenie takiego biznesu... Słabość infrastruktury intelektualnej w naszym kraju jest więc pochodną kapitalizmu postkomunistycznego. W Polsce powinno być kilkanaście takich instytucji, jak np. Instytut Sobieskiego, i powinny one działać na o wiele większą skalę.
W naszym kraju wprawdzie toczy się debata publiczna, ale, po pierwsze, z trudem sięga ona klasy politycznej i, po drugie, jej owoce nie są konsumowane z powodu braku instytucji, które systematyzowały pracę intelektualną nastawioną na zadania praktyczne. Wielu komentatorów nie posługuje się wiedzą czerpaną z badań naukowych (nazbyt często czysto teoretycznych) i z trudem wykracza poza poziom publicystyki. W USA wykształciła się grupa tzw. praktykujących naukowców. Z jednej strony badacze po okresie swojego zaangażowania w administrowanie krajem wracają na uczelnie. Z drugiej, politycy, gdy wahadło wyborcze wychyli się w przeciwną stronę, przechodzą do think-tanków, gdzie przekładają swoje doświadczenie polityczne na większe projekty - tworzone bez pośpiechu i nie pod wpływem wyborczych sondaży. W Polsce mamy gorszą sytuację. Politycy tacy jak np. Józef Oleksy czy Jerzy Jaskiernia, gdy wypadają z polityki, pracują wprawdzie w zaprzyjaźnionych szkołach prywatnych, ale nie tworzą żadnej intelektualnej wartości dodanej. I to niekoniecznie dlatego, że brak im intelektualnych kwalifikacji. Powód jest inny. Gdyby Oleksy chciał napisać pogłębioną i uczciwą książkę analizującą polską politykę, to byłoby to dzieło znacznie bardziej demaskatorskie niż to, co powiedział podczas słynnego obiadu z Aleksandrem Gudzowatym. Tu mamy błędne koło: ponieważ polityka jest niskiej jakości, to ludzie, którzy wypadają z polityki, nie piszą o tym książek, bo musieliby opisywać brudy, które współtworzyli. A ponieważ brakuje pogłębionych analiz tej polityki pisanych przez praktyków, to jej jakość się nie podwyższa.
Bez intelektualnej troski o interes narodowy, system bezpieczeństwa państwa będzie ułomny. A bez niezależnych środowisk intelektualnych, myślenie o interesach Polski pozostanie na pułapie amatorskim.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl