Z powodu niemożności zlikwidowania przekrętów minister Stanisław Kalemba w ostatnich dniach wylał dziecko z kąpielą i zlikwidował dopłaty do upraw ekologicznych owoców. Rolnicy, którzy od tego roku zamierzali uprawiać np. ekologicznie maliny, aronię czy borówkę amerykańską, bo jest na nie ogromny, ciągle rosnący popyt w Europie i Stanach Zjednoczonych, już dopłat nie dostaną. A była to niebagatelna kwota, ponad 1500 zł do każdego hektara upraw, oprócz dopłat bezpośrednich.

Najbardziej zdumiewa nie to, że minister rolnictwa w końcu przyznał, że nie radzi sobie z wyłudzaniem unijnych pieniędzy, ale to, że zlikwidowanie dopłat wcale nie zlikwiduje przekrętów. Ci, którzy wyłudzali, mogą robić to nadal. Po kieszeni zaś dostaną rolnicy, którzy naprawdę prowadzą plantacje ekologiczne. Zbierają z nich owoce, na które mają stałych odbiorców przeważnie za granicą, w innych krajach Unii, a nawet Stanach Zjednoczonych. Zorganizowali się w grupy producenckie, wzięli spore kredyty i zainwestowali je w budowę chłodni. Licząc na powiększającą się bazę dostawców ekologicznych surowców, zainwestowały w ich przerób także firmy przetwórcze. Popyt na ekożywność na świecie bowiem rośnie. Rosły więc w Polsce szybko takie firmy jak Bioconcept Gardenia, Biofood i inne. Teraz zostaną pozbawione surowca.

Produkcję żywności ekologicznej bardzo promuje unijna wspólna polityka rolna. Coraz więcej konsumentów zniechęca się bowiem do wysoko przetworzonych produktów, z wciąż większą domieszką chemii. Wolą zapłacić więcej i mieć gwarancję, że jedzą owoce czy warzywa organiczne. W Niemczech dopłaty do owoców naturalnych przekraczają 700 euro za hektar. Areał upraw eko szybko zwiększają Serbia i Turcja, którym poważny konkurent, Polska, oddaje nagle światowy rynek walkowerem. Mimo że mając dobry klimat i wiele rąk do pracy na wsi, też powinna postawić na to, za co zagraniczni klienci gotowi są płacić coraz więcej. Dlaczego więc minister rolnictwa, z założenia najlepszy rzecznik interesów dobrych producentów rolnych, postanowił niektórych z nich zrujnować? Plotki z ministerialnych korytarzy głoszą, że wystraszył się unijnych audytorów. W tym roku Komisja Europejska już nałożyła na nas przecież dwie poważne kary finansowe za niewłaściwe rozdzielanie dotacji. Jak się dopatrzy fikcyjnych plantacji ekologicznych, kłopoty mogą być jeszcze większe.

Tyle że pozbawiając dotacji prawdziwych ekologicznych rolników, Stanisław Kalemba w najmniejszym stopniu nie zniechęcił do przekrętów wyłudzaczy dotacji, nieuczciwych właścicieli kilkusethektarowych ziem. Zachętą są bowiem przepisy, które nie wymagają, żeby właściciele tych wielkoobszarowych gospodarstw zbierali z nich jakiekolwiek plony. Przepisy te pozostają niezmienione i to dopiero wydaje się dziwne. Zaś o tym, które gospodarstwa osiągają plony i jakiej wielkości, Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, podległa Ministerstwu Rolnictwa, jest dokładnie informowana przez firmy certyfikujące ekoprodukty. Dlaczego nie wyciąga z tego wniosków?

Rozporządzenie ministra rolnictwa, cofające dotacje do owoców ekologicznych (ale pozostawiające je dla truskawek i poziomek), zrujnuje wielu rolników, czyniąc pracochłonne plantacje owoców nieopłacalnymi. A co zrobią przekręciarze, którzy wyłudzali wielosettysięczne dopłaty do fikcyjnych plantacji malin, których nigdy nie zbierali? Przerzucą się na fikcyjne sady tradycyjne – podpowiada pracownik firmy certyfikującej. Posadzą sadzonki np. antonówek czy malinówek i tak samo, jak wcześniej, żeby dostać do nich dopłaty, nie będą musieli zbierać żadnych jabłek. To nawet lepszy interes niż na lewych malinach. Dopłaty do sadów tradycyjnych są wyższe, bo wynosi 2,1 tys. zł do hektara.

Konsumenci z zagranicy chętnie kupują nasze ekoborówki i maliny. Dzięki ministrowi Kalembie przerzucą się na tureckie.