Jeśli coś jest wygodne i wymaga od ludzi mniej wysiłku lub czasu, w końcu wygra. Ta prawidłowość jest zapisana w naturze człowieka. Popatrzmy: prawie już nie piszemy odręcznie, bo pióro wyparła klawiatura laptopa lub smartfona. W portfelu coraz więcej plastikowych kart, a mniej banknotów i monet. A najcenniejszą wartością stał się dziś czas, bo żyjąc w coraz większym pędzie, wciąż potrzebujemy go więcej. A ten stan rzeczy zawdzięczamy – o ironio – naszemu wielkiemu zamiłowaniu do rozleniwiającej wygody.

Komfort alfabetu

Gdyby ludzie byli bardziej skłonni do codziennego wysiłku, w zupełności zadowoliłoby ich pismo ideograficzne. Takie, jakiego używali przez wiele wieków starożytni Egipcjanie, a także Majowie i Aztekowie. Dziś posługują się nim niezwykle pracowici Japończycy oraz Chińczycy. Ideogramy wykształciły się kilka tysięcy lat temu z pisma piktograficznego. W nim każdy rysunek oznaczał określone pojęcie, co jest bardzo niewygodne – już sama liczba znaków prezentuje się imponująco, a jeszcze większe problemy sprawia zapisywanie bardziej skomplikowanych myśli.

Starożytni rozwiązali ten problem, wprowadzając różne typy znaków. Mogą one być symbolem, oznaczać konkretny wyraz lub tylko jedną sylabę. W efekcie wykształcony Egipcjanin pisał, używając ok. 5 tys. takich znaków. Współczesny Chińczyk stosuje na co dzień o 2 tys. mniej, choć opracowywane przez 400 naukowców „Wielkie Kompendium Chińskich Znaków” z 2010 r. zawiera aż 60 370 znaków, jakimi kiedykolwiek posługiwali się mieszkańcy Państwa Środka. Dopiero znajomość wszystkich daje stuprocentową gwarancję właściwego zrozumienia każdego tekstu. Mimo zawiłości rodzimego „alfabetu” Chiny mają się świetnie, a ich mieszkańcy radzą sobie z pisaniem i czytaniem bez problemów. Jednak używane na terenie Chin języki wcale nie są bardziej skomplikowane od angielskiego. Tymczasem ten ostatni do opisania świata potrzebuje ledwie 26 abstrakcyjnych liter. Ta różnica sprawiła, że to nie chińskie pismo podbiło świat. Chociaż powinno, ponieważ Państwo Środka od swego zjednoczenia w 221 r. p.n.e. przez ponad półtora tysiąca lat było najludniejszym, najwyżej rozwiniętym, a także zazwyczaj największym ze światowych mocarstw. Pierwszeństwo Wielkiej Brytanii oddało dopiero w XIX w.

Najważniejsze trendy w dziejach zazwyczaj wytyczają mocarstwa, jednak w przypadku pisma zrobili to bez oglądania się na chińską potęgę Fenicjanie, kupiecki lud, który nawet nie stworzył jednego państwa, lecz zamieszkiwał samorządne miasta, leżące na wybrzeżu dzisiejszego Libanu, Syrii i Izraela. Fenicka rewolucja była radykalna. Zamiast 5 tys. symboli zaoferowali światu 22 litery. W upraszczaniu poszli tak daleko, że pominęli samogłoski, zapisując jedynie spółgłoski (do dziś czynią tak m.in. Żydzi i Arabowie). Wprawdzie współczesne wykopaliska archeologiczne dowiodły, że alfabet nie jest tak naprawdę fenickim wynalazkiem. Ewoluującego w tym kierunku pisma, nazwanego pseudohieroglificznym, używano już ok. 2200 r. p.n.e. w mieście Byblos w Libanie (odkrył je francuski filolog i archeolog Maurice Dunand). Fenicjanie najprawdopodobniej jedynie uprościli alfabet, pierwotnie składający się z ok. 100 znaków. Trafiał on wraz z nimi wszędzie, gdzie dopływały okręty kupców, po czym był adaptowany i dostosowywany do lokalnego języka. Grecy jako pierwsi dostrzegli, że łatwiej się czyta i przekaz informacji jest klarowniejszy, jeśli także każda samogłoska ma odpowiadającą jej literę. Tak doskonalił się najwygodniejszy w użyciu sposób zapisywania myśli. Gdyby pierwsze narodziły się klawiatury maszyn do pisania, należałoby go wymyślić. Analogiczną drogę przeszły cyfry. Ich współczesną wersję świat zawdzięcza Arabom, którzy skopiowali je od hinduskich matematyków, a następnie uprościli.

Pieniądze to nie wszystko