Piotr Szumlewicz do lutego 2019 r. był szefem Rady Mazowieckiej OPZZ

Obserwując ich działalność, trudno dociec, jaki jest cel ich istnienia. Większość koncentruje się na obsługiwaniu wciąż tych samych projektów finansowanych ze środków rządowych lub unijnych, powielaniu tych samych materiałów lub przypisywaniu sobie sprawczości, nawet gdy płace czy emerytury rosną zgodnie z ustawowym wskaźnikiem waloryzacji. Trudno się zatem dziwić, że związki są słabo rozpoznawalne. Z ostatniego badania CBOS z marca tego roku wynika, że 40 proc. respondentów nie ma wyrobionej opinii o działaniu Solidarności, 60 proc. nie ma zdania na temat OPZZ i aż 73 proc. nie wie, jak ocenić FZZ.

Na dodatek centrale są molochami, które podobnie jak w minionym ustroju działają głównie w dużych oraz bogatych firmach z udziałem Skarbu Państwa – z badania CBOS z połowy 2017 r. wynika, że uzwiązkowienie przekracza w nich 50 proc. Pomimo zmiany ustroju w wielu dużych zakładach organizacje pracownicze wciąż mają wpływ na poziom płac, czasu pracy czy wysokości odpraw, niekiedy też mają przedstawicieli w radach nadzorczych i zarządach.

Mimo to niewielu pracowników uważa, że ich reprezentacje są efektywne. Tak deklaruje ledwie 14 proc. załóg zakładów, w których są organizacje mające ich reprezentować. 34 proc. pracowników w ogóle nie widzi ich działalności, a 43 proc. deklaruje, że się starają, ale niewiele im się udaje. Jednocześnie tylko 24 proc. badanych twierdzi, że skutecznie bronią one interesów pracowników, 44 proc. jest przeciwnego zdania. Jeszcze gorzej wyglądają te proporcje wśród działaczy związkowych. Aż 60 proc. z nich uważa, że związki nie bronią skutecznie praw pracowniczych. Jednocześnie wysoki odsetek pracowników, bo 38 proc. (64 proc. związkowców), deklaruje, że mają zbyt mały wpływ na sytuację w kraju.

Słabość instytucjonalna

W większości rozwiniętych krajów związki funkcjonują na trzech poziomach: państwowym, branżowym i zakładowym. U nas na poziomie państwa centralną instytucją jest Rada Dialogu Społecznego. Niestety rząd nie przywiązuje do niej wagi. Trudno się temu dziwić, bo RDS jest instytucją o charakterze doradczym i jej głos nie ma praktycznie żadnego znaczenia przy tworzeniu prawa. Podobnie wygląda sytuacja na poziomie branży. Polska jest jednym z tych krajów UE, w których branżowe układy zbiorowe obejmują najniższy odsetek pracujących. Pracodawcy nie chcą przystępować do układów, a kolejne rządy nie widzą potrzeby, by w jakikolwiek sposób wymusić ich zawieranie.

Pozostają zakłady pracy – jedyne miejsca, w których działają związki. Tam, gdzie funkcjonują, płace i bezpieczeństwo zatrudnienia są większe niż tam, gdzie ich nie ma, lecz poza zakładami z udziałem Skarbu Państwa ich rola oraz zasięg są minimalne. Ponadto po przejęciu władzy przez PiS jedynym partnerem zarządów spółek Skarbu Państwa jest Solidarność, a inne związki są lekceważone.

Kluczowym bastionem związków pozostają etaty finansowane przez pracodawców, jednak często ci etatowcy nie zajmują się wsparciem dla pracowników, tylko troską o swoje partykularne interesy. Ustawa o związkach sprzyja także mnogości organizacji, bo każda skupiająca co najmniej 150 osób otrzymuje etat. W praktyce oznacza to, że pracodawca ponosi spore koszty, ale jest zadowolony, bo organizacje pracowników są słabe i podzielone – a więc nieskuteczne.