To nie było nic innego jak zwykła selekcja kandydatów, którzy zostali już dawno zaakceptowani przez Kreml i teraz zasiądą w fikcyjnym parlamencie. Trudno nazwać ich nawet deputowanymi - to raczej delegaci prezydenta Władimira Putina.

Dlatego reakcja Zachodu na tę farsę powinna być jednoznaczna i stanowcza - ci rosyjscy pseudoparlamentarzyści z pewnością nie powinni zasiadać w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Rada gromadzi państwa demokratyczne, a Rosja po raz kolejny udowodniła właśnie, że demokracją nie jest.

Moim zdaniem nie należy też organizować kolejnego szczytu G8 - przynajmniej nie w obecnym składzie tej grupy. Powinny oczywiście nadal odbywać się spotkania najbogatszych krajów demokratycznych, czyli G7, nie ma również przeszkód, by zwoływać szczyty G11, w których uczestniczyłyby państwa grupy G7 wraz z Brazylią, Rosją, Chinami i Indiami. Innymi słowy, spotkania największych gospodarek świata, ale bez Rosji.

Bo władze na Kremlu nie powinny pod żadnym pozorem otrzymać komunikatu, że ich kraj jest postrzegany jako jedna z największych demokracji globu. Natomiast wykluczenie Rosji z grupy G8 byłoby dla niej wyraźnym komunikatem, że w oczach świata nie należy ona do państw demokratycznych.

Rosja pod żadnym pozorem nie może również dołączyć do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) z siedzibą w Paryżu. A polski rząd nie powinien działać na rzecz przyjęcia Rosji do tej organizacji - niedawna obietnica premiera Donalda Tuska, że Polska nie będzie się już dłużej temu sprzeciwiać, jest sporym błędem. Bo gdyby Rosja rzeczywiście dołączyła do OECD, byłaby pierwszym niedemokratycznym krajem w tym gronie, a do tego nie możemy dopuścić.

Zachód nie ma niestety innych form nacisku na Rosję. Dopóki jest ona tak bogatym krajem, nasze możliwości działania są bardzo ograniczone. Paradoksalnie więc, gdyby Rosja popadła w jakieś problemy finansowe, byłoby nam znacznie łatwiej podejmować działania zmierzające do demokratyzacji tego kraju.

Aby to osiągnąć, powinniśmy ograniczyć rosyjskim firmom dostęp do zachodnich rynków finansowych. W Europie mamy bardzo surowe prawo dotyczące prania brudnych pieniędzy, a także nielegalnego obrotu własnością. Dokładnie tak jak nielegalne jest sprzedawanie ukradzionych z Muzeum Ermitażu dzieł sztuki na ulicach Londynu, Frankfurtu, Tokio czy Nowego Jorku, tak samo niedopuszczalne powinno być sprzedawanie w tych miastach akcji nielegalnie przejętych rosyjskich koncernów energetycznych. A właśnie tak się działo, kiedy po przejęciu części aktywów Jukosu koncern Rosnieft pojawił się na londyńskiej giełdzie.

Musimy z Rosją postępować twardo. Jeśli tego nie zrobimy, powstanie wrażenie, że na Zachodzie nie istnieje spójny front sprzeciwu wobec niedemokratycznych działań prezydenta Putina. To dla Zachodu prawdziwa hańba, że niedzielnych wyborów parlamentarnych w Rosji nie nadzorowali międzynarodowi obserwatorzy. Dokładnie tak samo jak wysyłamy obserwatorów na wybory w Turkmenistanie czy w Kazachstanie, powinniśmy również wysyłać obserwatorów na rosyjskie wybory. Ich nieobecność na głosowaniu stawia w złym świetle Organizację Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OSCE), która na co dzień wykonuje przecież znakomitą pracę.

Edward Lucas, brytyjski publicysta i komentator polityczny specjalizujący się w sprawach Europy Wschodniej i Rosji. Autor m.in. książki "The New Cold War: how the Kremlin menaces Russia and the West", która ukaże się w przyszłym roku w Polsce