W tym rządzie jest wielu ministrów, których z czystym sumieniem mogę określić jako aktywnych i świadomych katolików, którzy często odgrywali w życiu religijnym swoich wspólnot znaczącą rolę. Szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski jest na przykład przewodniczącym Rady Katolików Świeckich w Polsce, a także członkiem Europejskiego Forum Laikatu. Nie mam więc najmniejszych wątpliwości, jaki jest jego stosunek do Kościoła.

Ale ta obserwacja jest szersza. Jest w tym gronie wielu ludzi, którzy okazywali w swoim życiu coś, co nazwałbym zdrowym rozsądkiem w traktowaniu - na zasadach autonomii - spraw religijnych i spraw państwowych. Zostałem poproszony o odprawienie mszy świętej w kaplicy sejmowej dla przyszłych ministrów w dniu ich zaprzysiężenia. Nie była to ani uroczystość z wielką pompą, ani tzw. cicha msza, gdzie słowa księdza odbijają się echem od ściany. Byłem nawet mile zaskoczony, że np. do komunii przystąpiło proporcjonalnie więcej osób niż na przeciętnej niedzielnej mszy w parafii.

Politycy czytali Biblię i modlitwę wiernych. Pieśni religijne odśpiewane były zaś przez przyszłych ministrów z takim zaangażowaniem, że zaproponowałem żartem stworzenie rządowego chóru. To był dla mnie miarodajny sprawdzian stosunku tych ludzi do spraw wiary.

Jestem więc absolutnie pewien, że tam, gdzie jest pole do spotkania rządu z przedstawicielami Kościoła, do spotkania dojdzie i odbędzie się ono na zdrowych zasadach. Obie strony muszą się dobrze przygotować, zaopatrzyć w zestaw mocnych argumentów i na partnerskiej stopie dochodzić do porozumienia. Czy muszą się spotykać już dziś, w gorączce budżetowej i przygotowań do unijnego szczytu?

Nie sądzę. Kościół w Polsce zajmuje bezpieczną pozycję i nie dzieją się żadne sprawy wymagające pilnej interwencji. Z tego co wiem, pod rządami PiS Komisja Wspólna też nie narzekała na nadmiar spotkań. Przeciętny obserwator mógł wręcz odnieść wrażenie, że to ciało wówczas prawie nie istniało i mimo to nie zdarzyło się nic, co by pozycją Kościoła zatrzęsło. Spodziewam się, że w nadchodzących miesiącach współpraca rządu i Episkopatu jednak się ożywi, tym bardziej że jest kilka spraw do omówienia.

Są bowiem wymiary życia publicznego, w których instytucje państwowe, dystansując się od współpracy z instytucjami religijnymi, popełniają poważny błąd. Takim polem jest działalność charytatywna, działalność na rzecz rodziny, wreszcie edukacja. Były więc rządy, które zawsze znajdowały pieniądze np. na Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej (kto by przypuszczał, że taka organizacja jeszcze istnieje!), a brakowało ich na dofinansowanie wakacji organizowane ubogim dzieciom przez stowarzyszenia katolickie. To nie jest autonomia państwa i Kościoła - to jest stawianie ideologicznego zacietrzewienia ponad potrzeby człowieka. Podobnie w sferze polityki prorodzinnej czy edukacji - szanując autonomię obu stron, nie warto popadać w żadną skrajność.

Osobiście nie jestem np. zwolennikiem matury z religii. Natomiast uważam, że religia powinna być mocno osadzona jako jeden ze szkolnych przedmiotów. Uważam, że współczesne młode pokolenie także na tym polu ma poważne braki edukacyjne. Człowiek, który dobrze pozna religię, łatwiej zrozumie historię, literaturę, kulturę - wszystko, co niezbędne przeciętnemu inteligentowi. Jest z drugiej strony podnoszona kwestia refundacji metody zapłodnienia in vitro. Takie sytuacje zawsze będą "punktem zapalnym” i dlatego - nie tylko jako ksiądz, ale jako człowiek - wzywałbym do umiaru.

Zastanawiam się, czy nie powinni się spotkać eksperci i jasno wyłożyć argumenty za i przeciw. Nie wyobrażam sobie także, że takie decyzje miałyby odbywać się kosztem np. refundowania leków bardziej potrzebnych - to byłoby nieporozumienie. Służba zdrowia jest na razie w takiej kondycji, że dla przeciętnego odbiorcy usług medycznych są ważniejsze rzeczy niż metoda in vitro. I mówię to mimo poruszającej obserwacji, jakiej dokonałem wśród moich znajomych. Po wielu latach bezowocnych starań o dziecko zastosowali metodę in vitro i dziś oczekują potomka. Są zupełnie odmienieni, emanują szczęściem. Kiedyś bardziej stwierdzili niż zapytali: ty pewnie nas potępiasz za to, co zrobiliśmy.

Odparłem spokojnie, że nie umiem i nawet nie chcę używać takich słów. Mogę ubolewać, że nie przychylili się do argumentów na rzecz adopcji, ale do ludzi zdeterminowanych jak oni takie tłumaczenie nie przemawia. Dlatego liczę na zdrowy rozsądek rządu i dialog przedstawicieli Kościoła. Każda ze stron ma swoje racje i nie na każdy temat od razu trzeba rozpętywać ogólnonarodową ostrą dyskusję. Pozytywny skutek rodzi się wówczas, gdy dwie strony wyartykułują swoje stanowiska z intencją porozumienia - a więc dopuszczając wzajemne ustępstwa. Są pozycje, z których Kościół nie ustąpi - przede wszystkim obrona życia. Mam wrażenie, co więcej - jestem pewien, że akurat o tym aktualnie rządząca ekipa wie i nie trzeba jej do niczego przekonywać. Ale inne tematy są przecież do przedyskutowania - oczywiście z zachowaniem soborowej zasady autonomii państwa i Kościoła.