Jerzy Jachowicz: Słucham narzekań PiS na ostatnie akcje ABW wokół komisji weryfikacyjnej byłych żołnierzy WSI i odnoszę wrażenie, że wystarczyło kilka miesięcy, by role się odwróciły. Teraz to pana partia narzeka na panoszenie się służb, a rządzący ich bronią. Nawet argumenty padają te same.
Zbigniew Ziobro: O nie! Są zasadnicze różnice. Kiedy PiS obejmowało władzę, oczekiwano rozliczenia licznych afer, które miały miejsce za czasów SLD. Nasza partia starała się więc zdecydowanie usprawnić służby i konsekwentnie ścigać afery korupcyjne bez względu na to, kogo dotyczyły. Tymczasem ostatnie zdarzenia mają charakter stricte polityczny. Wszystko wskazuje na to, że korzystając z pogłosek o ewentualnych przeciekach, stworzono pretekst do przeszukań u ludzi, wobec których, jak dziś wiadomo, nie było powodów, żeby stawiać im zarzuty. Te rewizje u Bączka i Pietrzaka miały więc najwyraźniej służyć temu, by znaleźć przysłowiowy paragraf.

Ma pan na te tezy dowody?
To widać gołym okiem. Została bowiem przekroczona miara praworządności w stosunku do dziennikarzy. Abstrahując od tego, z jakiej są redakcji ci dziennikarze, zasada powinna być taka, że przedstawicieli mediów traktuje się ze szczególną ostrożnością.

Nawet podczas wojen każda z walczących stron stara się ich traktować z należytym respektem. Natomiast tutaj pogwałcono prawa dziennikarzy. Użyto wobec nich fizycznej przemocy, odebrano im sprzęt służbowy, dokonano rewizji osobistej. Dziennikarzy potraktowano jak gangsterów. Kazano zdjąć im spodnie, obmacywano miejsca intymne.

Przedstawiciele rządu i ABW tłumaczą jednak, że nie ma różnicy między obywatelem a dziennikarzem. Inni przedstawiciele mediów posłuchali poleceń i opuścili lokal.
Trudno zgodzić się z takim twierdzeniem. Dziennikarze często relacjonują sytuacje konfliktowe. Taka jest ich rola w państwie demokratycznym. Z tych względów dziennikarza nie traktuje się jak zwykłego intruza, który przypadkiem pojawił się na miejscu zdarzenia. W tej konkretnej sytuacji nie wolno było użyć aż tak drastycznych środków przymusu. Należało dziennikarzy wyprowadzić z miejsca, w którym funkcjonariusze ABW dokonywali przeszukania mieszkania. Nie mieli natomiast żadnego prawa robić rewizji osobistej dziennikarzy, bo kodeks postępowania karnego jasno mówi, że to jest możliwe tylko wtedy, kiedy istnieje podejrzenie, że ktoś dopuścił się przestępstwa albo że posiada dowody przestępstwa. Gdyby rzecz zdarzyła się w Londynie czy Paryżu, wybuchłby gigantyczny skandal. Coś takiego w Polsce nie miało miejsca od 19 lat. Pan jako dziennikarz to zrozumie – służby odbierają panu dyktafon, a ma pan tam nagrane rozmowy z tajnymi informatorami albo poufne spotkania z politykami. Te materiały są kompletnie bez związku z akcją przeszukania. A jednak się je odbiera. Na jakiej podstawie? Dziś spotkało to dziennikarzy TVP, a jutro dziennikarzom TVN czy DZIENNIKA mogą być zdejmowane spodnie i konfiskowany sprzęt. Na to nie można się zgodzić. Jestem przekonany, że funkcjonariusze sami nie chcieliby czegoś takiego robić. Musieli otrzymać polecenie z góry. Za to, jak działają służby specjalne, odpowiada premier Donald Tusk.

Może to po prostu brak profesjonalizmu? Bo jeszcze nie dowód na tezę, że prokuratura i ABW działały na polityczne zamówienie.

Nie usłyszeliśmy niczego, co usprawiedliwiałoby tak radykalne działania wobec ludzi, którym nie można postawić żadnych zarzutów. Wszystko wskazuje na to, że nęka się ich tylko dlatego, że jako członkowie komisji weryfikacyjnej WSI prowadzą działalność negatywnie ocenianą przez obecną władzę. Co więcej, przeszukania u panów Piotra Bączka i Leszka Pietrzaka robiono w tym samym czasie, kiedy zatrzymywano dwóch innych ludzi podejrzewanych o próbę płatnej protekcji – Aleksandra L. i Wojciecha S. To sprawiało nieodparte wrażenie, że ta czwórka jest ze sobą powiązana. Ale dziś się okazuje, że nie ma między nimi żadnych związków. W sposób oczywisty nasuwa się myśl, że chodziło o pretekst, by wejść do mieszkań weryfikatorów. Pewnie w nadziei, że coś się znajdzie i będzie można zdyskredytować ich działania w komisji. Na szczęście sąd obnażył miałkość tego działania.

Za pana czasów też miały miejsce takie przypadki. Okazywało się, że dokonywane w świetle kamer zatrzymania były bezpodstawne, np. Emila Wąsacza.
Pan Wąsacz miał postawione zarzuty przestępstwa kryminalnego zagrożonego karą do 10 lat więzienia. Tego sąd nie zakwestionował. Rzeczywiście kamery tam były. Tyle że ja byłem temu przeciwny. Przed akcją zatrzymania pana Wąsacza za pośrednictwem pana Kaczmarka wystąpiłem do komendanta głównego policji, by nie informowano mediów o tej akcji. Jednak zatrzymaniu towarzyszyły kamery. Było to wbrew mojej woli. Po tym zdarzeniu z Ministerstwa Sprawiedliwości wypłynęła skarga do komendanta głównego policji.

Reklama

Ale pana Wąsacza sąd zwolnił.
Bo prokurator nie występował z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie. Sąd ocenił jednocześnie, że zatrzymanie było legalne, ale niekonieczne. Ponadto jeśli zarzuty prokuratury się potwierdzą, to straty dla Skarbu Państwa mogą sięgać miliardów złotych. Natomiast panom Bączkowi i Pietrzakowi nie postawiono żadnych zarzutów, a zastosowano bardzo radykalne działania.

Czy działania prokuratury wobec znanych osób bądź w głośnych sprawach, jak wobec pana Bączka i Pietrzaka, mogą się odbywać bez wiedzy ministra sprawiedliwości?
Biorąc pod uwagę moje doświadczenie, o takiej sprawie minister musiał być informowany. Odwołuję się przynajmniej do innych śledztw prowadzonych, gdy byłem ministrem sprawiedliwości. Jeśli były jakieś zatrzymania, to nawet dzień przed, ja lub co najmniej któryś z moich zastępców byliśmy informowani. W tej sprawie wiemy z mediów, że decyzje o zatrzymaniu zapadały na naradach u prokuratora krajowego, więc minister sprawiedliwości nie mógł o tym nie wiedzieć.

p

Jerzy Jachowicz: Odnoszę wrażenie, że znowu służby i prokuratura zaczynają rządzić krajem. A przecież miało być inaczej, spokojniej i bez takiej ostentacji.
Zbigniew Ćwiąkalski: Nic takiego nie dostrzegam. Jest spokojnie i profesjonalnie.

To dlaczego prokuratura najpierw z hukiem zatrzymuje Lichockiego i Sumlińskiego, a potem sąd ich wypuszcza?
Przez poprzednie dwa lata starano się przekonać opinię publiczną, że o tym, czy ktoś popełnił przestępstwo, decyduje fakt tymczasowego aresztowania. Szczególnie poprzedni minister uważał, że liczy się tylko aresztowanie. Moje zdanie jest odmienne. A akurat w tej sprawie zastosowano aż trzy środki zapobiegawcze jednocześnie, co jest rzadkością: poręczenie majątkowe, i to duże, bo po 70 tys. zł., zakaz opuszczania kraju oraz dozór policyjny, czyli obowiązek meldowania się na policji. Sąd nie zastosowałby tych środków, gdyby nasuwały się wątpliwości, czy oni mogą być podejrzanymi.

Przyzna pan jednak, że prokuratura działa niezwykle restrykcyjnie i ostentacyjnie.
Ma do tego prawo. Jest oskarżycielem, a nie obrońcą. W związku z tym świętym prawem prokuratury jest występowanie ze środkami maksymalnymi, a powinnością sądu jest to, żeby oceniać, czy akurat aż taki środek jest potrzebny. Proszę zwrócić uwagę na to, że sąd obradował bardzo długo - od godziny 10 do 15. Nie jest więc jak dawniej, że sąd w pół godziny decyduje o zastosowaniu środka zapobiegawczego. Zarzut, że nie ma dowodów w tej sprawie, jest śmieszny. No chyba, że przeniesiemy się do nierealnego świata stworzonego przez Zbigniewa Ziobrę, który uważał, że liczy się tylko tymczasowe aresztowanie. A gdy nie ma aresztowania, to nie ma winy. A potem tylko wnioski o zadośćuczynienie za niesłuszne areszty.

Gdy pytam o działanie na polityczne zamówienie, to mam na myśli zbieżność między akcją wymierzoną przeciwko panu Lichockiemu i Sumlińskiemu oraz przeszukaniem u pana Bączka i Pietrzaka. Okazuje się, że to sprawy ze sobą niezwiązane.
Ale te sprawy są związane i dlatego akcja odbyła się równocześnie u czterech osób. Znaleziono podczas niej dokumenty niejawne u osób, które ich nie powinny posiadać. Być może wystarczy sięgnąć do przepisów i się z nimi zapoznać - każdego obowiązuje ustawa o ochronie informacji niejawnej, kodeks karny czy postępowania karnego. Nie bardzo wiem, dlaczego mieliby być traktowani inaczej ci, którzy są np. członkami komisji ds. weryfikacji służb specjalnych.

Ze strony prokuratury nie było żadnego sugerowania, bo nie było słynnych kamer towarzyszących spektakularnym zatrzymaniom za rządów PiS. Te sprawy prowadzone są z zachowaniem wszelkich procedur, dyskretnie. Dlatego też teren przeszukania nie był oznaczany. Proszę zauważyć, że to nie my staraliśmy się o rozgłos wokół tej sprawy. Przeszukano już 11 mieszkań, a media zainteresowały się śledztwem dopiero wtedy, gdy pan Macierewicz powiedział w telewizji o obecności ABW u pana Bączka. Jeżeli coś dotyczy tych samych zdarzeń związanych z weryfikacją WSI, to ze względów czysto procesowych, ze względu na dobro śledztwa ważne było żeby skoordynować je w tym samym czasie. Przeszukania były u całej czwórki, a dwie osoby zostały zatrzymane ze względu na poważne dowody zgromadzone w ich sprawie, u dwóch pozostałych zabezpieczono materiały, które w tej chwili są weryfikowane. Prokuratura wystąpiła o areszt, bo zachodzi prawdopodobieństwo, że w tych zabezpieczonych materiałach mogą być informacje wskazujące na związek wszystkich czterech osób. Jednak nikt nie wypowiadał się kategorycznie, że osoby podejrzewane o płatną protekcję były związane z osobami, które były członkami WSI. O przeciekach pisano w prasie od co najmniej pół roku. Gdyby prokuratura na to nie zareagowała, to zaraz by mi zarzucono, że toleruję przecieki ze śledztw i nic w tym zakresie nie robię.

Mamy do czynienia z przekroczeniem uprawnień funkcjonariuszy ABW dokonujących brutalnej rewizji osobistej dziennikarzy pod okiem obecnego tam prokuratora. To on zadecydował, żeby funkcjonariusze ABW tak ostro i tak nieprzyjemnie przetrzepali tych dziennikarzy. To Pana nie niepokoi?
Sugerowałbym zapoznanie się z przepisami, zanim się sformułuje zarzuty. Różnica między postępowaniem sądowym a postępowaniem przygotowawczym jest taka, że rozprawy sądowe z natury rzeczy są jawne, a śledztwa tajne. Gdy zapoznamy się z faktami, okaże się, że przeciwko filmowaniu tych zdarzeń protestowała nawet żona pana Bączka. Dziennikarze TVP – bo inni dostosowali się do zaleceń – weszli na posesję przez balkon i filmowali zza okna. Potem weszli do domu i nie zaprzestali filmowania, pewni swojej absolutnej bezkarności. Funkcjonariusze ABW zareagowali tak ostro dopiero po kilkakrotnych wezwaniach. I to na polecenie prokuratora. Dlaczego dziennikarze mieliby być traktowani inaczej niż zwykli obywatele, skoro przepisy są identyczne, a oni jako dziennikarze śledczy doskonale znają obowiązujące prawo i z premedytacją je łamali?

Jest różnica w statusie dziennikarzy i zwykłych obywateli, ponieważ obowiązkiem dziennikarza jest informowanie opinii publicznej o ważnych wydarzeniach.
A gdzie jest napisane w przepisach postępowania karnego, że dziennikarzowi przysługują większe swobody? Wolałbym się koncentrować na prawie. Choć muszę powiedzieć, że zgadzam się z jednym: nie zabezpieczono terenu, nie pomyślano, że mogą na ten teren chcieć dostać się osoby z zewnątrz, które będą ingerować w przebieg czynności. I przed tym należało się zabezpieczyć. Nie powinno dojść do sytuacji, w której dziennikarzom udało się przecisnąć aż do strefy, gdzie bezpośrednio realizowano czynności śledcze. W przyszłości takie działania - i nie chodzi o ABW - będą lepiej zabezpieczone. Z drugiej strony, dziwne są tłumaczenia dziennikarzy, że oni nie wiedzieli, że w domu ABW prowadzi przeszukanie. To znaczy, że z premedytacją tam weszli i naruszyli mir domowy rodziny pana Bączka? To naprawdę dziwne tłumaczenie.

Dziennikarze doszli aż do środka mieszkania.
Tak. Do miejsca, w którym żona osoby przeszukiwanej też sobie nie życzyła nagrywania przez telewizję. Oczywiście mam pewną tolerancję, ale nie może być tak, że dziennikarze mogą wszystko i nie muszą się stosować do żadnych przepisów. Inni przedstawiciele mediów w rozmowach przyznają mi rację, że dziennikarze z "Misji specjalnej" TVP związani kadrowo z ekipą PiS mogli próbować specjalnie doprowadzić do sytuacji zatrzymania ekipy, aby wywołać burzę polityczną wokół tego zdarzenia.

Nie sądzi pan, że po tej akcji ABW prokurator generalny powinien stanąć na trybunie sejmowej i w krótkich słowach wyjaśnić, co się stało. Opinia publiczna o tym nie wie. Nawet posłowie o tym nie wiedzą.
Była na ten temat konferencja prasowa Prokuratury Krajowej. Z tego, co widziałem w telewizji, pytania zadawali tylko przedstawiciele "Naszego Dziennika", "Rzeczypospolitej", chyba „Gazety Polskiej", "Misji specjalnej" TVP. Natomiast dziennikarze innych środków masowego przekazu wysłuchali oświadczenia prokuratorów i odnieśli się do tego ze zrozumieniem – pytań nie mieli.

Chce pan powiedzieć, że dobrzy dziennikarze nie pytają? Ja chcę pana w tej sprawie pytać, bo budzi ona moje wątpliwości.
Ja nie dzielę dziennikarzy na dobrych i złych. Tylko na rzetelnych i nierzetelnych. Ci drudzy nie chcą nawet wiedzieć, jak było naprawdę, i chcę tylko podkreślić, kto zadawał pytania.