W naszym kraju zagadnienia emerytalne są tak ważnym punktem w programach partii, że jak przekonują niektórzy, mogą nawet zdecydować o wygranej lub przegranej w wyborach. Tam, gdzie powinni wypowiadać się specjaliści od finansów i demografii, opierając się na twardych danych, my mamy do czynienia z emocjami, zaklinaniem rzeczywistości i ignorowaniem kierunku, w jakim nieuchronnie będą zmierzać finanse ZUS.

Reklama

Co miała na temat emerytur do powiedzenia szóstka kandydatów z największym poparciem? Wiek emerytalny to jeden głównych wątków kampanii Andrzeja Dudy. Z jednej strony podkreślał, że to Platforma Obywatelska go podwyższyła, a z drugiej, że tylko on sam, Andrzej Duda, jest gwarantem pozostawienia go na obecnym poziomie. Pięć lat temu ważną rolę w jego kampanii odegrał postulat emerytur stażowych (po przepracowaniu określonej liczby lat, a nie przekroczeniu konkretnego wieku), w 2020 r. temat ten nie wybrzmiał. Rafał Trzaskowski, główny oponent urzędującego prezydenta, nie pokazał się z lepszej strony. Nie tylko dał się wplątać w dziwną dyskusję, w której tłumaczył się z głosowania przeciwko obniżeniu wieku emerytalnego, lecz także zapowiedział, że "nie będzie podnoszenia wieku emerytalnego”, bo "wyciągamy wnioski i słuchamy obywateli”.

Z kolei Władysław Kosiniak-Kamysz miał w zasadzie jeden słyszalny postulat: zwolnienie emerytur z PIT. Nie bardzo wiadomo, dlaczego to akurat emeryci mieliby nie płacić podatku, skoro są nim obciążone chociażby zasiłki chorobowe i macierzyńskie, ale przekaz jest jasny: emeryci dostawaliby więcej pieniędzy. Znowu jednak chodzi o rozwiązanie niezmieniające istoty problemu: nawet jeśli świadczenia byłyby wyższe o równowartość zaliczki na podatek, to wciąż byłyby bardzo niskie. Utrzymanie obecnego wieku emerytalnego zapowiadali także Szymon Hołownia, proponując przy tym utworzenie specjalnego funduszu, i Robert Biedroń, który skupiłby się na podwyższeniu emerytury minimalnej. Najbardziej radykalne rozwiązanie – likwidację obowiązkowych ubezpieczeń i wprowadzenie niezależnych od wpłaconych składek emerytur obywatelskich – proponował Krzysztof Bosak.

Temat emerytur rozgrzewa opinię publiczną także w innych krajach. Wystarczy przypomnieć ubiegłoroczne protesty we Francji przeciwko ujednoliceniu systemu, co dla wielu pracowników oznaczałoby po prostu dłuższą pracę. Jak mantrę powtarza się w Polsce, że mamy najwięcej uprzywilejowanych grup, które na emeryturę przechodzą wcześniej albo na lepszych warunkach, w rzeczywistości jednak do Francji nam daleko. Tam obowiązują aż 42 schematy emerytalne dla różnych kategorii pracowników.

Ktoś powie, że politycy dostosowują przekaz do wyborców, a ci chcą słuchać obietnic, a nie opisu rzeczywistości. To prawda, ale w tym przypadku nie można zapominać, skąd takie podejście do ZUS w społeczeństwie. W PRL nadawanie uprawnień emerytalnych było sposobem na uciszanie różnych grup zawodowych. Za to po 1989 r. ZUS (i KRUS) przejął w wielu przypadkach rolę pomocy społecznej i walczy z tym obciążeniem do dzisiaj. W trudnych latach 90. państwo przymykało oko na ogromną skalę korupcji w tych instytucjach, która spowodowała, że nagle mieliśmy miliony niezdolnych do pracy. W okresie wysokiego bezrobocia renta z ZUS lub KRUS pozwalała przetrwać wielu rodzinom, inne były utrzymywane z emerytur najstarszych ich członków. Pokłosie tego widzimy nawet dzisiaj. Przypomnijmy chociażby sprawę "przedsiębiorczych matek” – jak zbiorczo nazywano kobiety, które w zaawansowanej ciąży rejestrowały fikcyjną firmę, opłacały w ZUS jedną, najwyższą składkę, a następne przez wiele miesięcy pobierały dość wysoki zasiłek macierzyński. Proceder trwał do 2016 r., gdy zmieniły się przepisy, i początkowo nie wywoływał większego oburzenia. Dominował pogląd, że "państwo przecież matkom nie pomaga”, co miało usprawiedliwiać wyłudzenia. Gdy okazało się, że zjawisko jest tak powszechne, że z funduszu chorobowego wypływają miliony, zmniejszyło się społeczne przyzwolenie na tę formę "przedsiębiorczości”.

Takiej powszechnej wiedzy nie ma jednak na temat sytuacji, do której zmierzamy. Niby się o tym mówi, ale ciągle chyba z założeniem, że jakoś to będzie. Inne kraje europejskie podejmują określone działania, bo z problemami z systemem ubezpieczeń mierzy się większość państw rozwiniętych. Powody są dwa: dzieci rodzi się coraz mniej, a ludzie żyją coraz dłużej. Utrzymanie ustalonych w innej rzeczywistości zasad przechodzenia na emerytury nie jest możliwe. Politycy boją się poruszać ten temat, bo wiedzą, jak to się kończy. A skończy się spadkiem poparcia.

Nie chodzi mi o to, by lekceważyć głos społeczeństwa, lecz by kierowany do niego przekaz był bardziej informacyjny, a mniej emocjonalny. Prędzej czy później rząd – niezależnie od partii, która go utworzy – stanie przed koniecznością decyzji o reformach. Skoro więc nikt nie chce mówić o nieuniknionym, ubezpieczenia powinny być wyłączone z walki wyborczej. Od poglądów ważniejsze są liczby.