Gdy machina państwa zaczyna być uznawana przez Polaków za wroga, wówczas odkrywają w sobie niezmierzone pokłady przekory i obrotności, okraszone naturalnym talentem do konspirowania.

Reklama

Na posiedzeniu Komitetu PAN „Polska 2000” w styczniu 1979 r. prof. Stefan Nowak wygłosił referat, o którym było potem głośno w środowiskach naukowych. Wybitny socjolog zaprezentował w nim swoje badania na temat: „systemu wartości społeczeństwa polskiego”. W ocenie Nowaka po 30. latach istnienia Polski Ludowej polskie społeczeństwo stawało się coraz bardziej zatomizowane.

„Gdybyśmy chcieli naszkicować gigantyczny «socjogram» oparty na ludzkich poczuciach grupowej więzi i identyfikacji, to tak pojęta społeczna struktura naszego kraju jawiłaby się jako «federacja» grup pierwotnych, rodzin i grup opartych na przyjaźni” – mówił podczas odczytu. Profesor zaznaczał przy tym, że istniała nadal powszechna świadomość przynależności do jednej wspólnoty narodowej, lecz była on coraz słabsza. Poza tym nie egzystowała żadne wspólnota na szczeblu pośrednim, między rodziną i gronem przyjaciół a narodem. Wprawdzie w PRL taką rolę miały pełnić: partia komunistyczna, jej stronnictwa sojusznicze, oficjale, związki zawodowe, harcerstwo itp. Jednak w realnym życiu żadne z tych ciał nie tworzyło między ludźmi: „takiego poczucia więzi, które wyraża się w słowie «my»” – podkreślał prof. Nowak. Jednocześnie wedle jego badań Polacy utracili poczucie, że posiadają jakikolwiek wpływ na decyzje podejmowane przez rząd. Bezsilni i osaczeni przez aparat państwa uciekali w „federację grup pierwotnych”. Ufając jedynie rodzinie i najbliższym przyjaciołom, zaś dobrze egzystując dzięki jak najgęstszym sieciom znajomości.

Co ciekawe, pomimo opresyjności państwa chcącego kontrolować każdy aspekt życia swych obywateli, nic tak dobrze im nie wychodziło, jak: kombinowanie, malwersowanie, nielegalne załatwianie, czyli ogólnie mówić prowadzenie drugiego życia w podziemiu.

Wystarczało, że aparat państwa na moment tracił czujność, a alternatywna rzeczywistość wypierała tę oficjalną. Zjawisko to potrafiło szybko osiągać monstrualne rozmiary. W pierwszych latach rządów Władysława Gomułki głośna stała się sprawa zamieniania się Radomia w jedno wielkie podziemie gospodarcze. Jak bardzo miasto urwało się spod kontroli pokazywały statystyki odnotowujące, że jego mieszkańcy średnio wydają o jedną trzecią więcej pieniędzy, niż oficjalnie zarabiają. Na polecenie Gomułki sprawą pod koniec 1958 r. zajął się specjalny Zespół do Walki z Nadużyciami. Szybko zaobserwował on, iż w Radomiu rosła liczba prywatnych samochodów, a ludzie masowo nosili złotą biżuterię i zachodnie zegarki. Jak się okazało źródłem powszechnego bogactwa stały się Radomskie Zakłady Obuwnicze (RZO). Ich pracownicy wraz z okoliczną ludnością zorganizowali wokół nich nieprawdopodobną liczbę 3 tys. nielegalnych garbarni skór! Przetwarzały one, co tylko wynoszono z państwowego przedsiębiorstwa.

„Na RZO wszyscy kradną i członkowie partii i bezpartyjni” – raportował potem Zespół do Walki z Nadużyciami Gomułce. Wkrótce odkryto, że podobnie jak Radomskie Zakłady Obuwnicze działają inne tego typu przedsiębiorstwa w całym kraju. Rozwścieczony Gomułka żądał krwi. Zgodnie z zapotrzebowaniem I Sekretarza KC do więzień trafiło ponad 300 osób, zaś kierownika zaopatrzenia spółdzielni garbarskiej „Przyszłość” W Kielcach Bolesława Dedo skazano na karę śmierci. Towarzysz „Wiesław” domagał się powieszenia również dyrektora Warszawskich Zakładów Grabarskich Eugeniusza Galickiego. Jednak sędzia Michał Kulczycki uchylił się od wydania tak okrutnego wyroku, skazując dyrektora „jedynie” na dożywocie. Pomimo tak drakońskich kar codzienne kombinatorstwo Polaków jakoś nie słabło. Jedyne co się zmieniało, to miotanie się reżymu od brutalnego przykręcania śruby do kolejnych odwilży.

Mało znaną ciekawostką jest to, że za rządów Wojciecha Jaruzelskiego najwięcej osób zostało uwiezionych wcale nie na mocy decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego. W trakcie jego trwania do obozów internowania oraz więzień trafiło ok. 10 tys. ludzi związanych z NSZZ „Solidarność” oraz demokratyczną opozycją. Jednak w połowie dekady od podziemia politycznego zaczęło generała bardziej uwierać to gospodarcze. Na jego polecenie w maju 1985 r. Sejm przyjął ustawy „O szczególnej odpowiedzialności karnej”. Dawała ona aparatowi administracyjnemu nadzwyczajne uprawnienia w walce z osobami prowadzącymi nielegalną działalność gospodarczą, a raczej wykazującymi się jakąkolwiek aktywnością na tym polu.

W pół roku za sprawą specustawy do więzień trafiło ponad 30 tys. zbyt obrotnych Polaków. Ten sukces zaszokował generała, bo zakłady karne pękały w szwach i nie było w nich miejsca już nawet dla więźniów politycznych. Z tak prozaicznego powodu władze po cichu zakończyły antyspekulancką ofensywę, rezygnując z egzekwowania drakońskich przepisów. Jak przy okazji zauważono, fala aresztowań zupełnie nie wpłynęła na zachowania społeczne. Skazani na puste sklepy i kartkowe przydziały ludzie kombinowali na potęgę, wychodząc z optymistycznego założenia, iż jakoś uda im się uniknąć kar.

Cztery dekady po tym jak prof. Stefan Nowak wygłosił swój referat można odnieść wrażenie, że polskie społeczeństwo wraca do punktu „federacji grup pierwotnych”. Jeszcze nim wybuchła epidemia głębokie podziały zawdzięczało elitom politycznym, żyjącym z ich podsycania. Teraz trwa proces atomizowania za sprawą koronawirusa oraz powoli domykanego lockdownu. Jeszcze wiosną okazywało się, że Polacy w momencie zagrożenia potrafią powiedzieć „my” i zachowywać jako zbiorowość odpowiedzialnie. Jednak ten zryw został kompletnie zaprzepaszczony metodą małych kroków.

Najpierw podczas lockdownu najważniejsi przywódcy w kraju ostentacyjnie lekceważyli przepisy i zalecenia, jakie sami narzucali obywatelom. Ówczesnego ministra zdrowia pogrążyła seria afer z rodziną w tle. Potem przyszła pora wyborów prezydenckich i najważniejsze stało się wzmacnianie polaryzacji między dwoma głównymi obozami politycznymi, żeby je wygrać. Tu obóz władzy w radosnym udowadnianiu, że koronawirus jest przereklamowany, dzielnie wspierała opozycja. Konia z rzędem temu, kto potrafiłby wskazać polityka głośno domagającego się podczas pięknego lata, by wykorzystać dany przez naturę czas do szykowania się na drugą falę pandemii. Choćby jednego, który nie olał problemu kosztującego obecnie każdego dnia życie kilkuset Polaków.

Na tym torcie rozpaczy jak soczysta wisienka wykwitło wreszcie antyaborcyjne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, wydane (czemu nikt nawet nie zaprzecza) z nakazu Jarosława Kaczyńskiego. To że narastająca w społeczeństwie frustracja grozi wybuchem, widać było gołym okiem od początków października. Jedynie rządzący okazali się niezmiernie zaskoczeni, że jedna iskra potrafi sprowokować masowe demonstracje. Teraz pozostaje im oskarżanie (nota bene równie zdziwionej) opozycji, iż to ona wyprowadziła ludzi na ulice, gdzie ci masowo się zarażali.

Ta przydługa wyliczanka prowadzi do postawienia zasadniczego pytania. Mianowicie na jakiej podstawie społeczeństwo w swej masie miałoby zachować jeszcze jakiekolwiek resztki zaufania do państwa, osób nim rządzących, a także całej klasy politycznej?

Reklama

Oczywiście rząd może ogłaszać coraz bardziej pogłębiony lockdown, którego celem jest skłonienie ludzi do pozostania w domach i ograniczenia aktywności towarzyskich. Tylko skoro władzy gremialnie się nie ufa, to same dekrety nie wystarczą i musi ona użyć innych narzędzi, żeby utrzymać posłuch. Najskuteczniejszy w takim przypadku jest strach. Ale szkopuł polega na tym, iż gołym okiem widać malejący lęk przed koronawirusem. Ludzie po prostu przywykli do epidemii, a codzienne statystyki zatrważają ich chwilowo, tak między południem a obiadem. Również apele polityków, lekarzy, naukowców, etc. są kompletnie ignorowane.

Pozostaje więc tylko aparat przymusu. Czyli zmęczona demonstracjami, z morale w fatalnym stanie, policja. Wniosek jaki się z tego nasuwa jest dość oczywisty. Rząd może zamknąć: instytucje, galerie, sklepy, firmy, etc, ale głównego celu, czyli skłonienia Polaków, by gremialnie siedzieli do końca tego roku, a może i dłużej w domach, nie osiągnie. Zamiast tego uzyska na początek narastające z każdym dniem fajerwerki omijania zakazów, kombinatorstwa, konspirowania. Dowodzące, iż inspiracje z czasów PRL nie poszły na marne. Co do powszechnej wściekłości to ostatnie protesty pozwoliły na znaczący jej upust. Acz i na nią przyjdzie czas, co jest tak pewne jako to, że po zimie w końcu zawsze przychodzi wiosna.