Niestety europejska gospodarka od dawna nie była tak stabilna, jak chcieli ją widzieć niektórzy politycy. Jeszcze kilka miesięcy temu niemieccy politycy, jak również
unijni komisarze twierdzili że amerykańskie tsunami nie dobije do brzegów Europy. Wykazali się przesadnym optymizmem. Wzrost gospodarczy w UE był rzeczywiście w ostatnich latach dość wysoki,
ale nie zapominajmy, że europejskiej gospodarce brakowało jednocześnie wewnętrznej równowagi. Europejski rynek napędzany był tak naprawdę przez kilka krajów UE - Hiszpanię, Wielką
Brytanię i kraje środkowoeuropejskie, które miały wysokie tempo wzrostu. W tej chwili gospodarki tych krajów mają bardzo duży deficyt handlowy. Natomiast gospodarki Danii, Niemiec, Austrii,
których tempo wzrostu było niewysokie, będą musiały radzić sobie lepiej, by tempo wzrostu dla całej Unii było bardziej zrównoważone. Chodzi o to, by mniej polegały one na eksporcie.
Niezrównoważona europejska gospodarka prędzej czy później musiała zacząć zwalniać.
Ameryka nie może być kozłem ofiarnym. Nie możemy winić ani podejmujących ryzyko amerykańskich finansistów, ani Fedu, który w porę nie interweniował. W europejską gospodarkę uderzył
oczywiście wysoki kurs euro w stosunku do dolara - co tylko częściowo było rezultatem amerykańskiego kryzysu i deficytu handlowego w USA. Kryzys finansowy w Ameryce nie był więc bezpośrednim
powodem kryzysu w UE, choć rzeczywiście go przyspieszył. Łatwo winić za wszystko politykę Waszyngtonu, ale tak naprawdę kryzys finansowy nie jest specjalnością Ameryki. W całej Europie
wiele jest banków z niewystarczającym kapitałem. To takie banki były szczególnie zainteresowane operacjami wysokiego ryzyka. Europa zgrzeszyła pychą - lubimy myśleć, że europejskie banki w
przeciwieństwie do amerykańskich cechuje odpowiedzialność i że niechętne są ryzykownym operacjom. Okazuje się, że Europa nie ma wcale tak tradycyjnego podejścia do bankowości, jak nam się
wydawało. Z wieloma złudzeniami będziemy się musieli pożegnać - na przykład z mitem silnej niemieckiej gospodarki. Bo czy możemy mówić o silnej gospodarce, jeśli opiera się ona przede
wszystkim na eksporcie, a większość rynków, na które trafiały towary, ma teraz poważne kłopoty? W większości krajów, które jeszcze pół roku temu wydawały się w dobrej kondycji
gospodarczej, przyszłość rysuje się dziś - delikatnie mówiąc - nieciekawie.
Unia Europejska potrzebuje wspólnej strategii działania w tej sytuacji. Problem w tym, żeby ustalić, do czego rządy poszczególnych państw mogą się posunąć, by ratować swoje gospodarki,
tak aby nie groziło to destabilizacją całego systemu. Propozycje Francji i Włoch, które zostały odrzucone przez inne państwa - nie tylko Niemcy, były ze wszechmiar słuszne, jeśli chodzi o
intencje. Rzeczywiście, apel do krajów członkowskich, by w momencie kryzysowym działać na szczeblu europejskim, a nie lokalnym, jest bardzo zasadny. Tyle że taki plan w chwili obecnej nie ma
szans na realizację. Kryzys już trwa. Nie mamy czasu na ustalanie, jak się przygotować do ekonomicznej katastrofy, bo właśnie w niej uczestniczymy.
Dyskusja, osiąganie porozumienia, wypracowywanie wspólnej strategii przez polityków krajów członkowskich nie pomogą nam uniknąć gospodarczej zapaści. Co więcej, wyznaczenie banków, które miałyby być uratowane, wcale nie jest łatwe. Z pewnością tym, czego potrzeba europejskiej gospodarce, nie tylko w chwili kryzysu, ale i w przyszłości, jest większa przejrzystość w bankowości. Dzięki temu wiedzielibyśmy chociażby, jak silne są związki poszczególnych banków europejskich z partnerami amerykańskimi. Tutaj skoordynowane działanie jest niezbędne. Nie możemy przecież dopuścić do tego, by niektóre banki zostały zbyt hojnie wsparte przez państwa, bo to tylko zachęci inne do działań wysokiego ryzyka w przyszłości. Z drugiej strony trudno jest sobie wyobrazić, jak taka koordynacja działań miałaby przebiegać. Jak na szczeblu europejskim podejmować decyzje, które banki należy ocalić, a które poświęcić? Tym, na co możemy liczyć, to uspójnienie procedur odnośnie zabezpieczenia oszczędności ulokowanych w bankach. W tej chwili nie możemy jednak odpowiedzialnie zakładać, że współpraca pomiędzy krajami wspólnoty może oddalić od nas gospodarczą katastrofę. Takie działania mogą jedynie zmniejszyć jej negatywne skutki.
Rząd Irlandii jest teraz ostro krytykowany za to, że chroni swoje banki. Ale irlandzkiemu sektorowi bankowemu warto przyjrzeć się uważniej, ponieważ jest to przykład tego, jakie
niebezpieczeństwa grożą bankowi, który jest bardzo aktywny poza granicami małego kraju, w którym znajduje się jego baza. To tylko potwierdza, że uwspólnienie polityki finansowej będzie w UE
w przyszłości niezbędne. Dziś Irlandia nie miała innego wyboru - musiała podjąć działania, by chronić swoje banki. Nie musiałaby tego robić, gdyby istniała wspólna strategia europejska,
gdyby państwo irlandzkie mogło polegać na zabezpieczeniach na poziomie wspólnoty. Ale oczywiście konsekwencje decyzji rządu irlandzkiego odczują inne kraje UE.
Gdyby europejskim politykom udało się skonstruować coś na kształt planu Paulsona dla Europy, to byłoby niesłychanie czasochłonne. A tego czasu - przypominam - nie mamy. Dlatego z
konieczności interwencja państwa będzie miała miejsce nie na poziomie europejskim, ale państwowym. Kto miałby decydować, które banki poświęcić, a które uratować? Poświęcamy największy
bank w Niemczech, żeby uratować od bankructwa ten działający we Włoszech? To nie do wyobrażenia. W tej chwili najważniejsze jest ustabilizowanie sytuacji, a z tym muszą dawać sobie radę
rządy poszczególnych krajów.
Kryzys nie ominie Europy Środkowo-Wschodniej tylko dlatego, że nie należy ona jeszcze do strefy euro. Nawet jeśli spojrzymy na kraje starej Europy, to chociaż ich kondycja bywa różna, to
wszystkie są w tarapatach. Podobnie z krajami, które do strefy euro jeszcze nie weszły. W krajach bałtyckich czy na Węgrzech sytuacja jest dużo poważniejsza niż na przykład w Polsce.
Polska jest w całkiem niezłej sytuacji - przynajmniej na razie, podobnie jak Czechy, Słowacja i Słowenia. Ale nie łudźmy się - spowolnienie gospodarcze reszty świata odbije się na Polsce.
Znaczna część polskiego sektora bankowego to firmy córki wielkich zachodnioeuropejskich banków. Ich problemy oznaczają, że i polskie banki będą zagrożone.
Bardziej prawdopodobne jest to, że takie banki zdecydują się sprzedać część swoich nabytków. Sektor usług bankowych rozwija się w Polsce bardzo szybko, więc możliwe, że banki zachodnie
będą sprzedawały te najlepiej zarabiające firmy córki, by ratować firmę matkę na przykład w Holandii. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby banki ulokowane w nowych krajach członkowskich
bankrutowały jeden po drugim. Jeśli sytuacja stałaby się tak poważna, oznaczałoby to całkowitą porażkę państw, które zupełnie nie zadbały o ustabilizowanie sytuacji. Żaden rząd do
tego nie dopuści.
Jest to możliwe. Skoro w chwili kryzysu silny jest nacjonalizm w wymiarze ekonomicznym, to z pewnością posłuch znajdą politycy, którzy są zwolennikami silnego interwencjonizmu państwa także
w innych sferach. Dziś widać doskonale, że globalizacja i liberalizacja rynku daje nam szansę na bogacenie się, ale nie gwarantuje ekonomicznego bezpieczeństwa. W takiej sytuacji łatwo
widzieć Unię Europejską czy anglosaski kapitalizm jako konia trojańskiego globalizacji. I dlatego nawoływać, żeby mieć z nią jak najmniej wspólnego.
Chociaż z drugiej strony, możemy sobie wyobrazić, że z tej trudnej lekcji wyciągniemy inną nauczkę: rządy państw członkowskich na własnej skórze przekonają się, że większa koordynacja to większe bezpieczeństwo dla poszczególnych krajów członkowskich. O ile jesteśmy w stanie w porę ją rozpocząć.
*Simon Tilford, ekspert ekonomiczny Centre for European Reform