Rzecznik rządu Jan Dziedziczak potwierdził, że Kazimierz Marcinkiewicz rozmawiał o swojej przyszłości z premierem Jarosławem Kaczyńskim. Zaznaczył, że decyzja o obsadzeniu fotela prezesa należy do rady nadzorczej banku. Dodał, że sam uważa go za dobrego kandydata.
Posada szefa PKO BP nie należy do najlepiej opłacanych w polskiej bankowości. Prezes nie może zarabiać więcej niż 15 tysięcy złotych miesięcznie. A średnia pensja szefa banku to w Polsce dziesięć razy więcej. Może się to zmienić, jeżeli Skarb Państwa sprzeda część swoich udziałów. I podobno takie plany już są. Wtedy pensje mogłyby poszybować w górę.
Z posadą szefa banku dla Marcinkiewicza jest jednak pewien problem. Kandydaturę byłego premiera musi zaakceptować Komisja Nadzoru Bankowego. A ta stawia wymagania. Kandydat musi mieć staż w bankowości i "odpowiednie wykształcenie i doświadczenie". I tu jest kłopot, bo Marcinkiewicz nigdy w banku nie pracował, a z wykształcenia jest fizykiem. Dlatego być może zostanie tylko "pełniącym obowiązki prezesa".
Marcinkiewicz, mimo zapowiedzi, nie objął teki w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Okazało się, że dostał propozycję szefowania jednemu z ministerstw gospodarczych. Ale sam postawił dodatkowy warunek - ma być wicepremierem. A to okazało się za dużo.
Kandydat PiS na prezydenta Warszawy tłumaczył, że chciał uniknąć porównań z wicepremier Zytą Gilowską. Ona sama zaś powiedziała "Faktowi", że jeżeli były premier wróci do rządu, to ona odejdzie.
Kazimierz Marcinkiewicz zapowiedział, że chce się zajmować gospodarką. Mówiło się o szefostwie Orlenu, a także właśnie o prezesurze PKO BP.