Zgodnie z tezą dowodową mec. Bogusława Kosmusa - pełnomocnika nieobecnego w sądzie Kaczyńskiego - Ocieczek miał mówić przed Sądem Okręgowym w Warszawie o "powiązaniach powoda z osobami popełniającymi przestępstwa" oraz o zatajeniu tych powiązań, gdy powoływano go do rządu PiS.

Reklama

Pytany o to w poniedziałek przez Kosmusa, Ocieczek zeznał, że w ramach swych obowiązków w ABW "zapoznawał się z szeregiem materiałów, w tym niejawnych". Nie chciał o nich mówić bez zwolnienia z obowiązku zachowania tajemnicy państwowej przez szefa ABW. Ocieczek oświadczył, że "nie może powiedzieć, czy osoba powoda i w jakim kontekście pojawiała się w tym materiałach". Potem - indagowany przez Kaczmarka - dodał jednak, że nie widział tam jego nazwiska.

Ocieczek przypomniał, że ABW wykonywała tylko czynność zatrzymania Kaczmarka w 2007 r. - w śledztwie o przeciek z "afery gruntowej". Zeznał, że "czuje niedosyt" w związku z tym umorzonym śledztwem.

Inny świadek pozwanego, b. wojewoda pomorski Jan Kurylczyk (SLD) zeznał, że znał Kaczmarka, wówczas szefa Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku, którego w 2003 r. pytał, czy szef SLD w regionie Jerzy Jędykiewicz będzie przesłuchiwany w aferze "Stelli Maris". "Usłyszałem, że sprawa jest poważna; żadnych informacji nie przekazał" - zeznał świadek. Wyjaśnił, że o taką rozmowę prosił go sam Jędykiewicz, o którym media pisały, że ma być przesłuchiwany, a wezwania do prokuratury nie dostawał (dziś jest oskarżony; proces trwa).

Prokuratora zarzuciła Kurylczykowi po tej rozmowie, że namawiał Kaczmarka, by nie stawiano zarzutów Jędykiewiczowi. Zarzuty ujawnienia informacji ze śledztwa usłyszał też sam Kaczmarek. W końcu to śledztwo umorzono. Kaczmarek powiedział PAP, że podstawą umorzenia był "brak znamion przestępstwa". "Szkoda, że świadek nie pamiętał, że powiedziałem mu wtedy, iż Jędykiewicz może być wezwany tylko w charakterze podejrzanego" - dodał Kaczmarek.

Reklama



Reklama

Proces odroczono do września. Mają jeszcze zeznawać kolejni świadkowie, w tym prokuratorzy i dziennikarze.

W 2008 r. Kaczyński powiedział, że Kaczmarek "to był po prostu człowiek drugiej strony, jak to niektórzy nazywają - taki +śpioch+. To jest nawiązanie do agenta śpiocha. Ktoś przez wiele lat nie wypełniał swojej funkcji, potem dostaje sygnał i zaczyna pracować jako agent" - dodał. "Otóż on rzeczywiście bardzo zręcznie się wkupił w łaski naszego środowiska, parę rzeczywistych spraw załatwił, bo to bardzo sprawny i inteligentny człowiek, a następnie zaczął różnych układów bronić i dzięki temu różne śledztwa nagle się okazywały niemożliwe, choćby to paliwowe" - powiedział b. premier.

Za te słowa Kaczmarek pozwał Kaczyńskiego. Zażądał od szefa PiS zamieszczenia przeprosin w licznych tytułach prasowych oraz na stronie internetowej partii i wpłaty 10 tys. zł na Caritas.

Kaczmarek wytoczył też b. premierowi sprawę karną. W prywatnym akcie oskarżenia zarzucił mu, że pomówił go w mediach - za co Kodeks karny przewiduje nawet do roku więzienia. "Wszystko podtrzymuję" - mówił Kaczyński, gdy 2009 r. zrzekł się immunitetu poselskiego do tej sprawy. Zapowiedział wtedy, że jako oskarżony zamierza skorzystać z prawa przedstawienia sądowi "informacji, które mają charakter ściśle tajny". Proces karny jeszcze się nie zaczął.

Kaczmarka odwołano na wniosek premiera Kaczyńskiego z funkcji szefa MSWiA w sierpniu 2007 r., bo "znalazł się w kręgu podejrzenia" w sprawie przecieku z akcji CBA w resorcie rolnictwa. ABW zatrzymała go w sierpniu 2007 r., razem z b. szefem policji Konradem Kornatowskim i ówczesnym szefem PZU Jaromirem Netzlem. Miał zarzut zatajenia spotkania z Ryszardem Krauzem w hotelu Marriott w lipcu 2007 r. i utrudniania śledztwa w sprawie przecieku z akcji CBA. Śledztwa w sprawie fałszywych zeznań Kaczmarka i samego przecieku z akcji CBA umorzono ostatecznie w 2009 r. Jeszcze w 2007 r. sąd uznał za bezpodstawne zatrzymanie Kaczmarka, który na drodze sądowej żąda za to od państwa wielomilionowego odszkodowania.