W wyborach do Sejmu w 2007 r. PO otrzymała 41,5 proc. głosów, PiS nieco ponad 32 proc., koalicja Lewica i Demokraci trochę więcej niż 13 proc. a PSL niecałe 9 proc.

Reklama

Z sierpniowego sondażu TNS OBOP wynika, że gdyby wybory do Sejmu odbyły się w połowie sierpnia, wygrałaby je również Platforma Obywatelska, uzyskując 45 proc. głosów. Na drugim miejscu znalazłoby się PiS z 30-proc. poparciem. Do Sejmu weszłyby też SLD z 9-procentowym poparciem i PSL z poparciem 7 proc. wyborców.

W okresie pomiędzy październikiem 2007 r. a sierpniem 2011 r. TNS OBOP przeprowadził w sumie 47 comiesięcznych sondaży poparcia dla partii. Z ich zestawienia wynika, że przeciętna liczba zwolenników PO oscylowała w tym okresie między 55 a 45 proc. (z krótkimi okresami, kiedy poparcie było niższe lub wyższe od tych wartości), średnie poparcie dla PiS mieściło się między 20 a 30 proc., dla SLD oscylowało wokół 10 proc. a dla PSL wokół 5 proc.

Prof. Radosław Markowski z Polskiej Akademii Nauk i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w rozmowie z PAP ocenił, że poparcie dla czterech głównych partii w ciągu mijającej kadencji było ustabilizowane. Jak dodał, obserwowaliśmy przy tym "krótkie wyskoki, w rodzaju kilkumiesięcznego okresu w 2010 r. od katastrofy smoleńskiej do wyborów prezydenckich, gdzie wyraźnie zyskał PiS".

"W rocznicę katastrofy widzimy podobny efekt" - zauważył Markowski. Jednak w jego ocenie, przeprowadzanie badań dokładnie w dniach rocznicy katastrofy - co zrobił zarówno TNS OBOP jak również CBOS - mogło zaważyć na wynikach sondażu, które pokazały raczej chwilowe nastroje ankietowanych niż trwałe przekonania.

Jak zauważył, obecne poparcie dla czterech głównych partii jest zbliżone do tego, jakie miały one na początku kadencji jesienią 2007 r. "Wyjątkowa stabilność" - ocenił Markowski. Zwrócił jednocześnie uwagę, że prezentowane odsetki poparcia dla partii "to nie są zawsze ci sami ludzie". "Elektoraty przepływają" - zaznaczył.

"Około 4-milionowy elektorat PiS jest zdeterminowany, wierzy w mgłę smoleńską, nadprzyrodzone zdolności prezesa Kaczyńskiego, ale też w różne prawdziwe rzeczy, które mówi PiS; ci ludzie pójdą głosować na PiS choćby nie wiem co" - powiedział Markowski. Jak zaznaczył, zdeterminowanych głosować na PO jest również około 4-5 mln. "Nadwyżka, którą wygrywa PO bierze się z ogromnego strachu przed PiS, przed powrotem Ziobry i Kaczyńskiego" - uważa Markowski.



Z tego względu - ocenił Markowski - wynik PO w nadchodzących wyborach będzie tym lepszy, im bardziej sondaże przed wyborami będą pokazywać, że PiS depcze partii Donalda Tuska po piętach. "Zobaczymy znacznie gorszy wynik PO, jeśli ośrodki badania opinii publicznej pokażą, że ten rozziew jest 20-procentowy, bo wtedy część elektoratu, która się bardzo boi powrotu Kaczyńskiego po prostu nie pójdzie do wyborów, bo PO nie jest ich pierwszą preferencją, jest raczej takim kołem ratunkowym, które ma zapobiec większemu złu" - uważa ekspert.

Jak ocenił, duża przewaga PO będzie też lepsza dla mniejszych partii - od PJN-u do Ruchu Poparcia Palikota - ponieważ, przewiduje Markowski, więcej osób, dla których są one pierwszym wyborem, odda na nie głos a nie zagłosuje taktycznie na jedną z głównych partii.

Dr Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego uważa, że obserwowany dziś w Polsce "czwórpartyjny system polityczny" odzwierciedla orientacje socjo-polityczne Polaków, które - zaznaczył - są głębsze od chwilowych preferencji deklarowanych w sondażach. Z tego względu - ocenił - taki system polityczny jest racjonalny. "To jest sytuacja, kiedy akurat sondaże współgrają z wynikami wyborów. Choć różnią się w procentach, to pokazują trwałość zakorzenienia tych czterech ugrupowań" - powiedział.

Jego zdaniem, utrzymanie przez PO po czterech latach rządzenia wysokiego poparcia nie można wytłumaczyć jedynie "strachem przed PiS". "Redukowanie działań PO do manipulowania strachem przed Kaczyńskim jest przesadą" - ocenił. Jak powiedział, "o sukcesie Platformy zadecydowały dwie rzeczy: po pierwsze, że to jej przypadła rola głównego konsumenta środków unijnych a po drugie przychylność mediów".

W opinii Chwedoruka "PiS z tym programem, z takimi osobowościami liderów, a takim systemem organizacji partii i sposobem uprawiania polityki, przyciągnęło już wszystkich, których mogło przyciągnąć".

Jego zdaniem wzrost poparcia dla partii Jarosław Kaczyńskiego, jaki obserwowaliśmy przez kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej, był chwilowy. "Wiosny 2010 r. nie możemy traktować jako reprezentatywnej, to był wstrząs społeczny wykraczający poza społeczne i polityczne podziały" - powiedział.

Chwedoruk uważa, że PiS w zależności od frekwencji może liczyć na 30-35 proc. "Cała kampania tej partii w istocie polega na próbie dotarcia do tej niewielkiej niszy, która nie jest jej żelaznym elektoratem, ale jest skłonna zagłosować na tę partię, dlatego że na przykład nie lubi PO, albo ze względów społeczno-ekonomicznych, ale już nie kulturowych" - powiedział.

Reklama

Jak dodał, "jest to dla PiS sytuacja słodko-gorzka". "Słodka, bo gwarantuje PiS-owi miejsce na podium, a przy szczęśliwej koniunkturze nawet zwycięstwo, a gorzka, bo nie daje nadziei na samodzielność" - wyjaśnił.

W opinii Chwedoruka "z historycznych powodów SLD, tak jak PiS, nie jest w stanie przekroczyć pewnego poziomu poparcia". "Śmiem twierdzić, że ten szczyt w wypadku Sojuszu, to byłoby 3 mln głosów, Napieralski dostał w wyborach prezydenckich ponad 2 mln, można więc sądzić, że ten żelazny elektorat SLD to około 2 mln" - ocenił Chwedoruk. Jego zdaniem, to czy SLD dostanie więcej będzie zależało od frekwencji wyborczej.

Chwedoruk zauważa, że "w przypadku SLD doszło do ciekawego zjawiska - dziedziczenia postaw". Jak powiedział, okazało się, że szef Sojuszu Grzegorz Napieralski "zdołał przyciągnął do SLD dzieci i wnuków dotychczasowych zwolenników SLD".



"Sojusz ma w tej chwili dualistyczny elektorat. Z jednej strony są to wyborcy w wieku 55-65 lat, a z drugiej strony ludzie mający 20-35 lat. Rozpiętość pokoleniowa jest dosyć duża i to niewątpliwie jest sukcesem tej partii, bo wielu skazywało ją na stopniową agonię" - ocenił Chwedoruk.

Zwrócił też uwagę na proces stopniowego różnicowania się wyborców PO i SLD. "Oni są wciąż w wielu sprawach strategicznie sobie bliscy, ale na poziomie konkretów rozchodzą się coraz bardziej" - stwierdził. Jego zdaniem, pokazuje to, że SLD ma potencjał nie tylko przetrwania, ale też odgrywania jakiejś roli w polskiej polityce.

"Moja teza jest jednak taka, że jeśli w Polsce nie będzie jakichś nadzwyczajnych wydarzeń, kryzysu w stylu łotewskim, irlandzkim czy greckim, to SLD czeka los irlandzkiej Partii Pracy, która przez całe swoje życie dostawała od 7 do 17 proc. Dopiero teraz dostała ponad 20 proc., co zawdzięcza kompromitacji prawicy wielkim kryzysem" - powiedział Chwedoruk.

W jego opinii, wyborcy PSL są trudni do zagospodarowania przez inne partie, ponieważ, "istotny procent z nich jest związany z różnego rodzaju instytucjami rynku rolnego i życia społecznego na wsi i w mniejszych miastach".

Chwedoruk uważa, że "rola koalicjanta była korzystna dla PSL w tym sensie, że zapewniła tej partii przetrwanie". "Ludowcy utrzymali a nawet umocnili swoją pozycję w samorządzie. Poza tym PSL uwiarygodnił się jako partia centrowa, bo z jednej strony jest w koalicji z PO, ale z drugie w wielu sprawach blisko jest ludowcom do obu partii opozycyjnych" - powiedział.

Szefowa Sektora Badań Społecznych i Politycznych TNS OBOP Urszula Krassowska powiedziała PAP, że prezentowane przez ośrodek wyniki poparcia dla partii dotyczą osób deklarujących "zdecydowanie" lub "raczej" zamiar uczestniczenia w wyborach. Pracownia prezentuje wyniki w dwóch formach: z wyłączeniem z podstawy procentowania osób niezdecydowanych, jak głosować oraz - w drugiej kolejności - bez wyłączania tej grupy z podstawy procentowania. Druga metoda powoduje, że wartości procentowe poparcia dla partii są niższe.

Krassowska zaznaczyła, że w odróżnieniu od innych ośrodków OBOP prezentuje ankietowanym listę partii, na której umieszczone są także nazwiska ich liderów. "Wychodząc z założenia, że przy dzisiejszej dynamice sceny politycznej, nazwisko lidera jest jednak bardziej identyfikujące" - dodała.

Przyznała jednocześnie że, może to mieć wpływ na wynik sondażu, bo "lider może partię ciągnąć w dół bądź w górę". "Czasem lider jest bardziej popularny niż całe jego ugrupowanie, albo też cieszy się mniejszą popularnością" - zauważyła.