Na poziomie ogólnym Platforma sformułowała dwa hasła i oba równie niemożliwe do zrealizowania: cud gospodarczy i "By żyło się lepiej. Wszystkim". Na poziomie szczegółowym dobre słowo usłyszeli wszyscy: przedsiębiorcy, że podatki będą niższe, budżetówka, że wydatki z budżetu będą większe. Jak tego dokonać? Logika wskazuje, że się nie da.
Liderzy PO musieli o tym wiedzieć. Pewnie też zdają sobie sprawę, jakim koalicjantem będzie PSL. Jest to ugrupowanie znane przecież z tego, że walczy o to, by żyło się lepiej - im i ich rodzinom. Do tej walki służy ludowcom udzielanie lub odmawianie poparcia kolejnym rządom. A to oznacza, że PO już na starcie musi się pożegnać z pomysłami likwidacji KRUS czy wprowadzenia podatku liniowego.
Obiecując w kampanii cuda, PO jak ognia unikała przyznania, że nie da się polepszyć warunków życia bez zwalczenia korupcji. I nie chodzi tu o pojedynczych polityków podbierających z publicznej beczułki miodu, lecz o korupcję, z jaką ludzie stykają się na każdym poziomie życia. Nie da się uzdrowić choćby procesu inwestycji drogowych bez wyplenienia łapówkarstwa. Jeżeli więc PO obiecała budowę autostrad, to powinna jednocześnie akcentować walkę z korupcją. Na razie bowiem ani tym, którzy dają, ani tym, którzy biorą, nie zależy na budowie autostrad, lecz na budowie własnego dobrobytu.
Platforma zapowiedziała już, że prawdopodobnie wróci do tzw. partnerstwa publiczno-prywatnego. Nie padła jednak zapowiedź, jak w takim razie uchronić publiczne pieniądze przed wykorzystywaniem ich dla prywatnego interesu. A my już to przecież znamy: Jan Kulczyk dowiódł, że nie po to się wchodzi w partnerstwo publiczno-prywatne, by budować autostrady, lecz by utrzymać wysokie miejsce w rankingach najbogatszych.
Zwycięstwo PO jest w dużej mierze oparte na kłamstwie wyborczym, stosowanym - powiedzmy wprost - przez wszystkie partie w mniejszym lub większym stopniu. Na takim kłamstwie Leszek Miller oparł swoją kampanię w 2001 roku, kiedy obiecywał gruszki na wierzbie, lecz bardzo szybko został z niego rozliczony. Również PiS, który cztery lata później obiecywał Polakom 3 miliony mieszkań, za swoje kłamstwo musiał zapłacić. Platforma złożyła tyle niewiarygodnych obietnic, że trudno się będzie na nich nie wywrócić.
Wśród zaklęć wyborczych nie znajduję żadnego, które mogłoby być zrealizowane choćby za dwa lata. O połowę wyższe płace w służbie zdrowia? Nierealne bez rozbicia budżetu. Likwidacja NFZ? Proszę bardzo, tylko że nie o samą likwidację przecież chodzi. Ludzie oczekują poprawy jakości i dostępu do świadczeń medycznych, a nie zamiany jednej instytucji na inną. Tego zaś nie da się osiągnąć bez radykalnych zmian w ochronie zdrowia, chociażby wprowadzenia systemu ubezpieczeń w oparciu o prywatne szpitale. Od tego jednak PO odcięła się już w kampanii, zaklinając się, że kto jak kto, ale ona prywatyzować służby zdrowia nie zamierza.
Chęć odebrania PiS władzy była u ludzi Platformy tak ogromna, że zdecydowała się ona iść na całość w formułowaniu zobowiązań wobec Polaków. To jest oczywiście problem wszystkich polityków: czy da się wygrać wybory, formułując obietnice realne i szczere. Ale nawet w tych mało realnych należy zachować umiar po to, by rozliczenie nie okazało się dla wszystkich zbyt bolesne. Platforma doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
Spodziewam się więc, że wkrótce - pewnie w exposé premiera - usłyszymy prawdziwy plan. Dowiemy się, że nie da się załatwić wszystkiego na raz, że reformy wymagają wielu miesięcy i lat, że priorytetów na najbliższy czas jest ledwie kilka. I to dopiero będą realne obietnice Platformy. O tym, czy znajdzie w sobie konieczny impet, zadecyduje zapewne te symboliczne pierwsze 100 dni rządu.