Mahmuda Abbasa w czasie ataku nie było akurat w Strefie Gazy. Nie ucierpiał też nikt z tych, którzy znajdowali się w budynku. Nie widać także, by siedziba prezydenta była jakoś poważnie uszkodzona.
Ale sam atak daje do myślenia. Bo walki między Palestyńczykami nasilają się. Najpierw przed kulami uciekał minister spraw zagranicznych. Rzecznik rządzącego Hamasu natychmiast znalazł winnego - to powiązany z prezydentem Fatah. To był początek zemsty - kolejnym krokiem było ostrzelanie siedziby prezydenta.
A wszystko dlatego, że prezydent miał już dość rządów radykalnych islamistów z Hamasu i rozpisał nowe wybory. Bo od kiedy to właśnie oni są u władzy, świat odcina się na każdym kroku od Palestyńczyków. Skarbiec Autonomii świeci pustkami, a politycy Hamasu jeździli po prośbie np. do Moskwy.
I wcale nie uśmiecha im się oddawanie władzy. Dlatego oskarżyli prezydenta Abbasa o próbę zamachu stanu. Zapowiedzieli też, że nie pozwolą na wcześniejsze wybory. Wygląda więc na to, że to dopiero początek bratobójczych walk w Autonomii Palestyńskiej.