Mykoła Azarow jest uważany za prorosyjskiego polityka. I kolejny raz to udowadnia. "Można mówić o zagrożeniu ze strony Korei Północnej i Iranu, ale rakiety rozmieszczone w naszym sąsiedztwie staną się przede wszystkim celem ataków z każdej strony, a że jest to obok nas, oznacza to wciąganie Ukrainy w otwarty konflikt" - twierdzi Azarow. I zarzuca Warszawie, że nawet nie pomyślała, żeby rozmieszczenie elementów tarczy skonsultować z władzami w Kijowie.
Azarow tłumaczy, że w takiej sytuacji partnerstwo Polski i Ukrainy pozostaje tylko na papierze. "A jak zareagowałoby polskie kierownictwo, jeśli na przykład Rosja zaproponowała, a my byśmy się zgodzili, na rozmieszczenie systemów obrony przeciwrakietowej przy granicy z Polską?".
To na szczęście tylko wypowiedź wicepremiera, a nie oficjalne stanowisko Kijowa. Takiego jeszcze w ogóle nie ma. W zeszłym tygodniu ukraiński minister obrony mówił, że wciąż ma za mało danych na temat elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach.