Obama, który stwierdził, że jako prezydent Stanów Zjednoczonych będzie chciał podjąć rozmowy z tymi krajami, nie pozostał jej dłużny i na następnym spotkaniu z wyborcami stwierdził, że Clinton jest "wierną popleczniczką Busha i Cheneya". "Jej wizja polityki zagranicznej nie różni się niczym od obecnej i polega na prowadzeniu dialogu z krajami wrogimi USA za pomocą bomb oraz karabinów" - powiedział.
O tym, że między dwójką kandydatów partii demokratycznej, Barackiem Obamą i Hillary Clinton, nie układa się najlepiej, wiadomo było już od dawna. Kandydaci na prezydenta USA dali temu wyraz choćby podczas debaty zorganizowanej 23 lipca wspólnie przez telewizję CNN i portal YouTube.
Wypowiedzi żony byłego prezydenta USA na temat nie tylko Obamy, ale i innych kandydatów, nie po raz pierwszy budzą kontrowersje. Dwa miesiące temu przeanalizowali je naukowcy z Uniwersytetu Georgetown. Wybrano tylko wywiady z najważniejszych stacji telewizyjnych. Wszystkie przeprowadziły dziennikarskie gwiazdy, m.in. Larry King i Katie Couric.
Okazało się, że Hillary Clinton mimo lat praktyki nie doszła do perfekcji w udzielaniu wywiadów i używa wielu słów, które nie tylko osłabiają siłę jej wypowiedzi, ale również powodują, iż traci zarobione wcześniej punkty. Naukowcy zauważyli np. częste używanie fraz "jak państwo wiedzą", "jak więc" czy "ci właśnie panowie", kiedy wypowiada się o kontrkandydatach.
"Choć Hillary Clinton jest politykiem, to w pewnej mierze podąża za stereotypem, że język kobiet nie jest językiem władzy. Z tego względu pozwala więc sobie na używanie określeń wartościujących - zwykle negatywnie - daną osobę, nie osadzając ich w żadnym kontekście politycznym. Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie" - zauważa Daniel C. O’Connell z Uniwersytetu Georgetown.
Mimo wielu głosów krytyki, które spadły ostatnio na Hillary Clinton, jest ona ciągle kandydatem prezydenckim numer jeden w USA. Średnia 11 najnowszych sondaży preferencji wyborczych demokratów daje Clinton pierwsze miejsce z poparciem ok. 40 proc. Drugi jest Barack Obama, na którego chce głosować 25 proc. demokratów. Trzeci John Edwards ma 14 proc.