Dziennik Gazeta Prawana logo

Bezprecedensowy proces przerwany do jutra

3 lutego 2009, 08:37
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Pierwszy w polskiej armii proces o zbrodnie wojenne został odroczony. Siedmiu żołnierzy z Nangar Khel wysłuchało dziś aktu oskarżenia, jutro będą mogli na niego odpowiedzieć. Grozi im dożywocie - w ostrzelanej przez nich wiosce zginęło łącznie ośmioro bezbronnych cywilów, w tym kobiety i dziecko.

Proces może po raz pierwszy odwrócić utarty do tej pory schemat, że to zawsze Polacy są ofiarami zbrodni wojennych i w roli katów postawić polskich żołnierzy. Werdykt sędziów będzie niezwykle ważny również dla armii - określi, gdzie przebiega granica między wypadkiem, a wojenną zbrodnią.

Wyrok, o którym już dziś wiadomo, że przejdzie do historii, zapadnie w ciasnej sali Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie. Wczoraj kłębili się przed nią dziennikarze i ekipy telewizyjne. Na salę weszło jednak tylko 15 osób i to w dodatku bez kamer. Sąd zakazał nagrywania rozprawy z obawy, że w obecności mikrofonów adwokaci, oskarżeni lub prokurator będą mówić "pod publiczkę".

"Żołnierze wiedzieli, że strzelają do zabudowań, widzieli poruszających się ludzi i dzieci, a nikt z mieszkańców wioski nie stanowił zagrożenia" - czytał akt oskarżenia prokurator Jakub Matycha. Słuchało go siedmiu młodych żołnierzy, którzy jeszcze niedawno służyli w Afganistanie. Sześciu z nich: chorążego Andrzeja Osieckiego, plutonowego Tomasza Borysewicza, kapitana Olgierda C., podporucznika Łukasza Bywalca, starszego szeregowego Jacka J. i starszego szeregowego Roberta B. prokurator oskarżył o zabójstwo ludności cywilnej, za co grozi kara dożywotniego więzienia. Siódmego - starszego szeregowego Damiana L. o ostrzelanie "niebronionego obiektu", za co może pójść za kraty nawet na 15 lat. Oskarżeni nie przyznają się do winy, dziś będą zeznawać przed sądem.

"Z zarzutami nie zgadzamy się, mamy swoje zdanie i będziemy je udowadniać" - powiedział nam po rozprawie jeden z oskarżonych chorąży Andrzej Osiecki. "Jest nam ciężko. Nie możemy służyć w wojsku i pracować w zawodzie, w którym czujemy się najlepiej. Obawiamy się też o przyszłość naszych rodzin" - dodawał ppor. Łukasz Bywalec.

Proces zapowiada się na wielomiesięczną epopeję. Same tylko akta sprawy liczą kilkadziesiąt tomów, lista świadków jest jeszcze dłuższa. Wśród nich najprawdopodobniej znajdzie się amerykański pułkownik Martin Schuitzer, który w Afganistanie dowodził ugrupowaniem polskich i amerykańskich żołnierzy, w tym oskarżonymi o atak na Nangar Khel komandosami z 18. batalionu desantowo - szturmowego z Bielska-Białej.

Przede wszystkim jednak sąd będzie musiał zbadać przebieg feralnej akcji z 16 sierpnia 2007 r. Tamtego dnia w prowincji Paktika niedaleko polskiej bazy Wazi-Kwa dwa pojazdy z polsko-amerykańskiego konwoju wpadły na rozstawione przez talibów miny. Przejeżdżały obok małej wioski - Nangar Khel.

Dowódca konwoju poprosił o pomoc i zabranie uszkodzonych pojazdów. Ale oprócz techników przybyły również dwa oddziały bojowe z plutonu "Delta". Pierwszym dowodził podporucznik Bywalec, drugim chorąży Artur P., dziś świadek oskarżenia. Zdaniem prokuratorów Bywalec wiózł ze sobą rozkaz kapitana Olgierda C., żądającego ostrzelania Nangar Khel. P. o tym rozkazie nie wiedział i wioski nie zaatakował. Za to Bywalec razem ze swoimi ludźmi - dziś siedzącymi na ławie oskarżonych - rozstawił moździerz i otworzył ogień. Granaty spadły na wioskę, której mieszkańcy szykowali się do wesela. Zginął pan młody, kilka kobiet, dziecko - sześć osób na miejscu, dwie zmarły w szpitalu. Żołnierze przerwali ogień dopiero po interwencji oficera z konwoju, który był starszy stopniem od podporucznika Bywalca.

>>>Zobacz, co muszą wyjaśnić sędziowie w sprawie Nangar Khel

p


*RAFAŁ CIASTOŃ: To pierwszy proces w naszych siłach zbrojnych o zbrodnie wojenne. Cała sprawa ma ogromny wpływ na morale wszystkich naszych żołnierzy, zwłaszcza tych służących na zagranicznych misjach. Oni śledzą wszystko, co ma związek z tą sprawą, i zastanawiają się, jak za wykonanie rozkazu można trafić przed sąd. Okoliczności wydarzeń z Nangar Khel z pewnością trzeba wyjaśnić, jednak moim zdaniem w tej sprawie jest dużo wątpliwości.

Przebieg całego zajścia nadal nie jest jasny. Nie sądzę, aby nasi żołnierze celowo skierowali ogień w stronę cywilów.

To wyjaśni sąd. Wiemy, że podczas konfliktów zbrojnych wiele razy dochodziło do pomyłek przy ustalaniu celu, do określenia niedokładnych współrzędnych. Żołnierze twierdzą, że ostrzeliwali pozycje talibów, mogło się zdarzyć tak, że moździerz przesunął się w czasie prowadzenia ognia o centymetry, ale punkt trafienia – już o wiele metrów. Pociski w rezultacie zostały skierowane nie tam, gdzie trzeba.

Każdą ekspertyzę na korzyść lub na niekorzyść da się podważyć. Eksperci powinni dokładnie odtworzyć tamte warunki, zadbać o najmniejsze szczegóły, wiatr, temperaturę, wysokość nad poziomem morza – aby były jak najbardziej wiarygodne. Sąd z kolei zdecyduje o ich przydatności.

Prawo międzynarodowe mówi jasno, że śmierć cywilów to zawsze czyn podlegający karze. Nie może być wyjątków. Jeśli rzeczywiście cywile zginęli z zamierzonej winy żołnierzy, to sprawcy powinni zostać ukarani.

*Rafał Ciastoń jest ekspertem Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, znawcą prawa międzynarodowego i konfliktów zbrojnych

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj