Wiązano ten fakt także z możliwością zaciągnięcia kredytu przez młode małżeństwa. W rzeczywistości o liczbie ślubów zdecydowały wówczas wkraczające w dorosłość roczniki wyżu demograficznego z pierwszej połowy lat 50.

Polakom zawierającym przed 30. rokiem życia pierwszy związek małżeński państwo proponowało swoiste szczęście na kredyt. Trwało ono krótko, bo zaciągniętą pożyczkę trzeba było niebawem spłacać, a jej realizowanie w czasach powszechnego deficytu towarów okazywało się dość trudne. Po kolorowy telewizor, popularną meblościankę, pralkę Franię, a później - uchodzącą za cud techniki - pralkę automatyczną czy nawet dywan lub wykładzinę podłogową, trzeba było godzinami stać w kolejce. Zdarzało się, że uszczęśliwieni perspektywą zakupu na kredyt małżonkowie zapisywali się na tzw. listy społeczne, a potem dniami i nocami stali przed sklepowymi drzwiami w oczekiwaniu na upragniony towar, który przeważnie okazywał się zwykłym bublem.

Dziś "weterani" tamtych lat, a wówczas młodzi ludzie, którzy pobrali się około połowy lat 70., toczą ożywione dyskusje w internecie - spierając się o poziom życia w okresie gierkowskim. Jedni tamte lata chwalą, wskazując na brak bezrobocia i optymizm rosnący aż do pamiętnych strajków w Radomiu w 1976 roku, inni czują się oszukani przez skorumpowanych towarzyszy, którzy przydzielali sobie mieszkania i talony samochodowe, reszcie społeczeństwa rzucając ochłapy.

Faktem jest, co potwierdzają współczesne badania socjologiczne, że zmniejszenie liczby zawieranych małżeństw jest pochodną kryzysu gospodarczego, co można było zaobserwować na początku lat 90. XX wieku. Gdyby z tej perspektywy spojrzeć na małżeński boom, czyli rosnącą od 1971 aż do rekordowego 1976 roku (potem zaczął się spadek) liczbę ślubów, teza o wzbierającej, a w okresie późnego Gierka spadającej fali optymizmu znalazłaby potwierdzenie w liczbach zawieranych małżeństw. Jest to oczywiście uproszczenie, ponieważ obok decydujących czynników demograficznych i ekonomicznych nastąpiła wówczas istotna zmiana podejścia do kwestii zakładania rodziny.

Chociaż dało się odczuć powszechny głód mieszkaniowy, kredytów na zakup własnego M nie udzielano. Nie miałyby one zresztą sensu w sytuacji, kiedy mieszkania przydzielano najczęściej funkcjonariuszom partyjnym, milicjantom i znajomym prezesów spółdzielni mieszkaniowych spoza oficjalnej listy oczekujących (nieraz nawet po kilkanaście lat). Problemem było zatem nie tyle zgromadzenie tzw. wkładu mieszkaniowego, ile możliwość uzyskania przydziału mieszkania w określonej perspektywie. Oczekującym pozostawało wynajmowanie albo kupno własnego kąta na wolnym rynku za kwoty astronomiczne w stosunku do przeciętnych zarobków.

KOŚCIÓŁ KONTRA WISŁOCKA

O życie duchowe młodych małżeństw dbał Kościół, zaś autorka bestsellerowej "Sztuki kochania", seksuolog Michalina Wisłocka, zajęła się ich doznaniami erotycznymi. Książka, napisana pod koniec lat 60., ukazała się drukiem dopiero w 1978 roku, co rzekomo wiązało się z obawami, jak Kościół przyjmie dzieło, którego autorka przełamywała polskie tabu na temat seksu. Tak uzasadniali blisko 10-letni okres oczekiwania na jego opublikowanie decydenci z KC PZPR.

Reklama

Zanim pierwsza edycja "Sztuki kochania" trafiła na półki księgarskie, w krążącym po Komitecie Centralnym maszynopisie rozczytywali się pruderyjni towarzysze. Aby nie sugerować, że książka jest poradnikiem uprawiania seksu w wolnych związkach, wydawcy zdecydowali o umieszczeniu na okładce ilustracji przedstawiającej parę małżeńską. Jeśli wierzyć plotce, dopiero żona przekonała sekretarza KC PZPR ds. propagandy Jerzego Łukaszewicza, że jest to dobra i przydatna publikacja. Książka ukazała się w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy (w stopce 10-krotnie zaniżono prawdziwy nakład) i rozeszła się niemal natychmiast.

Na początku lat 70., kiedy liczba zawieranych małżeństw rosła z każdym rokiem, polscy czytelnicy mieli do wyboru jedynie dwa tytuły traktujące o życiu małżeńskim: "Małżeństwo doskonałe", klasyczne dzieło Theodora van de Veldego z 1926 roku, oraz "Małżeństwo niemal doskonałe" Mikołaja Kozakiewicza, wydane w 1973 roku. Oba sugerowały, że dotyczą małżeńskiego seksu, podczas gdy tytuł książki Wisłockiej szedł o wiele dalej, wykraczając poza dotychczasowe ujmowanie życia seksualnego. Tymczasem Kościół w Polsce podjął wysiłki skierowane w zupełnie innym kierunku. Niepokojące statystyki skłoniły duchowieństwo do podjęcia akcji przygotowywania młodych ludzi do sakramentu małżeństwa oraz życia w rodzinie. Co prawda, na ślub kościelny wciąż decydowało się ponad 90 procent par, które wcześniej zawarły ślub cywilny, ale rosła liczba rozwodów. W 1975 roku rozwiodło się 41,3 tysiąca par - dwa razy więcej w porównaniu do połowy lat 60.

W ramach przeciwdziałania rozpadom małżeństw, zwłaszcza młodych osób, w latach 70. Kościół katolicki rozpoczął powszechną katechizację par, wprowadzając tzw. kursy przedmałżeńskie. Ich program obejmował nie tylko kwestie pogłębiania wiary, ale też wiele tematów z zakresu etyki małżeńskiej, odpowiedzialnego rodzicielstwa czy zwalczania nałogów. Przedślubna katecheza, zakończona wydaniem stosownego zaświadczenia, była jednym z warunków udzielenia sakramentu małżeństwa, dlatego młodzi mieli obowiązek zgłoszenia się do kancelarii parafialnej trzy miesiące przed planowanym terminem ślubu kościelnego.