Ministerstwo ma już dość skarg Polaków przed Trybunałem w Strasburgu. Co raz państwo musi płacić kary za opieszałość sądów. Nie ma się jednak co dziwić, gdy zwykły proces o konia może u nas trwać... pięć lat. To autentyczny przypadek ze wsi pod Tarnobrzegem. A sędziów nam nie brakuje. Więcej od nas w Europie mają tylko Niemcy.
"Sędziowie zostaną przesunięci do tych spraw i wydziałów w których są najbardziej potrzebni" - zapowiada Krzysztof Petryna z Biura Analiz i Etatyzacji Sądownictwa Powszechnego, bo tak nazywa się komórka zbierające dane z sądów. A z tych danych wyłania się ponury obraz sądów. Za dużo funkcyjnych sędziów, którzy zajmują się pracą organizacyjną, za mało tych, którzy zasiadają na salach rozpraw. W dziwny sposób rozmnożyli się różnego rodzaju prezesi, ich zastępcy i przewodniczący wydziałów.
Spora część sędziów nie wierzy jednak, że reforma się powiedzie. Jak twierdzą, opóźnienia biorą się stąd, że są zawaleni robotą. I to nie tylko procesową. "Sędzia robi prawie wszystko. Nawet zakładania akt musi przypilnować, nie kończy pracy o 16" - skarży się DZIENNIKOWI Jarosław Sielecki, prezes Sądu Rejonowego we Wschowie.
Resort jednak optymistycznie patrzy w przyszłość. Za cztery lata sytuacja powinna się poprawić - zapowiada wiceminister sprawiedliwości Andrzej Kryże.