Według wicepremiera Dorna, który przedstawił sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych raport z akcji poszukiwawczej, niemal wszystko było w porządku. Do akcji zaangażowano odpowiednie siły policji - tłumaczył. Przyznał się jedynie, że był "zły przepływ danych na temat wypadków drogowych" na trasie, którą jechali zaginieni policjanci. I dlatego zbyt późno wzięto pod uwagę, że funkcjonariusze mogli mieć wypadek.
Ale to tyle kajania się. Dorn odpierał zarzuty o przekazywanie mediom nieprawdziwych informacji. Twierdzi, że wszystko to efekt "błędnego głuchego telefonu" - ktoś coś usłyszał, przekręcił i przekazał dalej.
Ale sprawa rysuje się nieco inaczej. Bo pierwsza oficjalna informacja, jaka dotarła do mediów, mówiła, że policjanci pojechali do Siedlec z "misją specjalną". Potem okazało się, że to nieprawda. Ale wtedy nikt już nie chciał się przyznać do rozpowszechniania takiej wiadomości.
Inna sprawa to informowanie, co się dzieje z Tomaszem Serafinem, którego policjanci odwieźli do domu. Najpierw rzecznik prasowy mówił, że Serafin wyjechał za granicę. Potem okazało się, że to nieporozumienie.
I na koniec coś, od czego rzeczywiście mógł zależeć los policjantów. Komendant komisariatu kolejowego, który wysłał swoich podwładnych z misją taksówkową, dwie godziny zwlekał z zawiadomieniem, że funkcjonariusze zaginęli. Gdyby zrobił to od razu, kto wie, jak by się to wszystko skończyło. Bo tak naprawdę sama spóźniona akcja nie mogła już uratować policjantów, którzy utopili się, gdy ich polonez w drodze powrotnej wpadł do stawu.