Związek wyjaśnił, że mięso to pochodziło z Niemiec z landów Dolna Saksonia, Hamburg, Nadrenia, Północna Westfalia oraz Saksonia-Anhalt.

Reklama

Jak mówił szef weterynarii, Inspekcja Weterynaryjna po raz pierwszy została powiadomiona w tzw. systemie RASFF (system ostrzegania o możliwości pojawienie się skażonej żywności) o wyprodukowaniu w Niemczech pasz na bazie skażonego dioksynami tłuszczu.

Pasze te zostały sprzedane hodowcom trzody i drobiu. Trafiły one do prawie 400 niemieckich gospodarstw rolnych, ale także sprzedano je dwóm odbiorcom we Francji i Danii.

Związek zaznaczył, że do czwartku nie było żadnej informacji od strony niemieckiej (w systemie RASFF), że jakiekolwiek skażone produkty mogły trafić do Polski. Podkreślił, że jednak nadzór weterynaryjny został wzmożony i Inspekcja Weterynaryjna pobiera dodatkowe próbki do badań od mięsa sprowadzanego z Niemiec.

"Poprosiłem Inspekcję, by przejrzała dokumenty handlowe zakładów, nad którymi mamy nadzór. Wysłaliśmy ponadto zapytanie (...) czy do Polski dotarły świnie czy też mięso" - powiedział Związek. Zaznaczył, że ze wstępnych informacji od strony niemieckiej wynikało, że było to mięso w ilości ok. 1,5 tony, które trafiło do jednego ze sklepów sieci handlowej.

Po tym sygnale została przeprowadzona kontrola w tym sklepie wielkopowierzchniowym. Stwierdzono, że mięso to zostało wprowadzone do handlu 3 stycznia, z datą ważności do 7 stycznia i zostało ono w całości do tego dnia rozprzedane. Jak potwierdził Związek, chodzi o supermarket na Śląsku, znajdujący się w powiecie tyskim.

Jak powiedział PAP Śląski Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny Grzegorz Hudzik, postępowanie wyjaśniające w tej sprawie prowadzi powiatowy inspektor sanitarny w Tychach. "Problemem będzie to, że ponieważ całe mięso poszło w obrót detaliczny, nie będziemy w stanie ustalić wielkości potencjalnego zarażenia" - wskazał inspektor.



Hudzik potwierdził, że cała partia mięsa trafiła tylko do jednego punktu sprzedaży, a w magazynie supermarketu nie zostały żadne próbki, na podstawie których można by przeprowadzić badania. "Trudno spodziewać się, żeby jeszcze coś zostało, zapewne (mięso - PAP) podlegało już konsumpcji" - zaznaczył. Dodał, że ewentualne efekty działań tyskiego sanepidu mogą być znane w przyszłym tygodniu.

Główny Lekarz Weterynarii wyjaśnił, że mięso, które mogło być skażone, pochodziło z gospodarstw, w których świnie karmione były skażonymi paszami. Według niemieckich badań, maksymalne skażenie mięsa z tych gospodarstw wynosiło 1,55 piktograma na 1 gram tłuszczu przy dopuszczalnej wielkości 1 pg/g, czyli przekroczenie to wynosi ok. 50 proc. Dodał, że w przypadku skażonej wieprzowiny z Irlandii (w 2008 r.) przekroczenia były 112-krotne.

Związek nie chciał odpowiedzieć, czy takie mięso jest szkodliwe dla zdrowia. Zaznaczył jednak, że "gdy mięso przypali się na grillu, ma więcej piktogramów dioksyn niż w tym mięsie, ale jest to wartość, której nie powinno być".

Główny Lekarz Weterynarii poinformował, że Inspekcja nadal kontroluje sprowadzane mięso, ale nie jest możliwe, by skontrolować wszystkie dostawy. Dodał, że Inspekcja ma dwa podejrzenia, ale jeszcze jest zbyt mało danych, by już o tym informować. Zapewnił, że jeżeli potwierdzi się przekroczenie norm, opinia publiczna zostanie o tym powiadomiona.