Za 10-złotową srebrną monetę trzeba było zapłacić 75 złotych. Wiadomo jednak, że takie rarytasy szybko zwiększają swoją wartość, a kto nie chciałby szybkiego i łatwego zysku. Nic więc dziwnego, że pod krakowskim oddziałem Narodowego Banku Polskiego pojawili się nie tylko miłośnicy monet. Dochodziło do dantejskich scen.

Tłok, ścisk i walka na łokcie po otwarciu placówki - sceny niczym przy otwarciu domu towarowego z sezonową wyprzedażą. Podobne sceny rozegrały się też w Gdańsku.

Każdy chciał pierwszy znaleźć się przy bankowym okienku, by jak najszybciej schować do kieszeni upragnioną zdobycz. I nawet policja miała problemy z panowaniem nad rozgorączkowanym tłumem "numizmatyków".