Czy grozi nam wybuch konfliktu między państwem a Kościołem? Hierarchia kościelna zajęła twarde stanowisko w kwestii zapłodnienia in vitro i religii na maturze. Po stronie rządu widać natomiast pewne niezdecydowanie. Platforma najwyraźniej lawiruje, by uniknąć starcia. Czy ta strategia okaże się skuteczna? Nad tym zastanawiają się uczestnicy naszej dzisiejszej ankiety. Mirosława Grabowska zwraca uwagę, że unikanie sporu i próby dogodzenia wszystkim mogą skończyć się wybuchem prawdziwej ideologicznej wojny. Blokują bowiem merytoryczną debatę, a zarazem powodują nagłośnienie opinii skrajnych. Te ostatnie podważają istniejący w Polsce realistyczny kompromis w relacjach państwo - Kościół przypieczętowany konkordatem z 1998 roku. Idą też pod prąd opinii większości Polaków, którzy w kwestiach wiary opowiadają się za postawą umiarkowaną. Na to umiarkowanie i realizm wskazuje również Henryk Domański. W jego opinii to podejście deklarowane przez obywateli w sondażach coraz wyraźniej zderza się dziś z bardzo dogmatyczną postawą Kościoła w kwestiach takich jak in vitro czy aborcja. Konflikty są tu nie do uniknięcia zwłaszcza w sytuacji, gdy przed Polską wkrótce znów pojawi się problem ratyfikacji Karty praw podstawowych. Rząd na razie zwleka i nie zajmuje zdecydowanego stanowiska, ale wcześniej czy później również zderzy się z kościelnym dogmatyzmem. Tym bardziej, że Kościół raczej nie zamierza złagodzić swojego stanowiska. Zdaniem Zdzisława Najdera jest to stanowisko w kilku punktach słabo przemyślane i nazbyt twarde. Podobnie mało przemyślane są reakcje władz kościelnych na posunięcia rządu. Kościół musi zdać sobie sprawę, że jakikolwiek polityczny sojusz z państwem byłby dla niego moralnie zabójczy. A dyskusja na temat spornych kwestii w żadnym razie nie stanowi próby podważenia jego autorytetu. Bardziej podważą go za to wysiłki Kościoła, by uniknąć debaty i za wszelką cenę postawić na swoim.
p
Z socjologicznego punktu widzenia obecny model stosunków państwo - Kościół, kształtowany od przełomu w 1989 roku aż po ratyfikację konkordatu w 1998 roku, można określić jako tzw.
kościół popierany (jest to tłumaczenie angielskiego pojęcia "endorsed church"). Nie oznacza to jakiegoś szczególnego uprzywilejowania Kościoła, np. w sensie prawnym, ale
docenienie faktu, iż Kościół reprezentuje większość społeczeństwa i ma wobec niego historyczne zasługi. Kościół katolicki jest w Polsce wyróżniony symbolicznie - choćby istnieniem
konkordatu. Ukształtowany modus vivendi jest dość realistyczny (w tym sensie, że popiera go większość społeczeństwa), ale podlega też ciągłej transformacji. Jest jasne, że dla osób
reprezentujących stanowiska skrajne - bardzo prokościelne lub bardzo antyklerykalne - może on być niezadowalający. Takie stanowiska są w polskiej debacie bardzo silne, jeśli nie dominujące.
Trzeba jednak pamiętać, że twierdzenia, iż w Polsce nastał upadek religii katolickiej lub twierdzenia wieszczące rychłe nadejście państwa wyznaniowego są kolosalnymi uproszczeniami i
nadużyciami. Polska nie jest też żadnym wyjątkiem na tle europejskim. Z podobnym modelem mamy do czynienia choćby w Irlandii, we Włoszech, a do niedawna w Hiszpanii. Ten model jest absolutnie
do utrzymania, natomiast wymaga dobrej woli zarówno po stronie Kościoła, jak i władz państwowych.
Kościół katolicki w Polsce nie ma władzy politycznej, natomiast ma duży wpływ na władzę. Z prostej przyczyny. Jeżeli ponad 90 proc. Polaków określa się jako katolicy, a mniej więcej
połowa z nich regularnie praktykuje, to politycy wykazaliby się dużą krótkowzrocznością, gdyby nie liczyli się z Kościołem jako instytucją i z przekonaniami wiernych. Problem w tym, że
istnieją różne sposoby "liczenia się z Kościołem", a konkordat jest dokumentem na tyle ogólnym, że można stworzyć na jego podstawie różne modele współpracy. Jak dotąd
każda władza po 1989 roku bardzo liczyła się z Kościołem i na dodatek czyniła to niezręcznie. Często deklarowano rzeczy, z których potem trzeba się było w popłochu wycofywać - niech za
przykład posłuży wycofanie się ministra Ryszarda Legutki z zapowiedzi, że ocena z religii nie będzie wliczana do średniej ocen. Paradoksalnie, jedynym wyjątkiem od tej reguły były rządy
Leszka Millera, który postawił na pokój, a może tylko "zawieszenie broni" między Kościołem a państwem. Wycofał z pierwszego szeregu SLD najbardziej antyklerykalnych
polityków, takich jak Izabella Sierakowska. Jednak poza tym przypadkiem linia postępowania wobec Kościoła najczęściej była nieprzemyślana.
To samo dotyczy obecnie znajdującej się u władzy Platformy Obywatelskiej. Nie dość, że nie ma ona wyrazistego stanowiska w kwestii relacji państwo - Kościół, to jeszcze w obrębie samego
rządu najwyraźniej nie ma w tym zakresie zgody - przykładem może być zapowiedź minister Katarzyny Hall, że uczniowie będą mogli zdawać maturę z religii, wobec której to zapowiedzi
zdystansował się m.in. premier Donald Tusk. Obecnego zaognienia stosunków na linii państwo - Kościół żadna ze stron zapewne nie planowała. Po prostu nagle i niemal jednocześnie pojawiły
się dwie kwestie: religii na maturze i zapłodnienia in vitro. Niespójność i niepewność Platformy w tych kwestiach powoduje niemal automatyczne nagłośnienie postulatów Kościoła, zgodnie z
zasadą wypracowaną przez 18 lat, że w relacji państwo - Kościół obie strony działają tak, jak pozwala im na to druga strona. Dlatego część oskarżeń pod adresem Kościoła wypowiadanych
w kontekście ostatniego sporu o zapłodnienie in vitro jest o tyle niesprawiedliwa, że jeśli władze państwowe nie mają jednoznacznego stanowiska, to Kościół na więcej sobie pozwala (a
przynajmniej takie to robi wrażenie).
Ta sytuacja niezdecydowania władzy politycznej jest niebezpieczna, ponieważ otwiera pole dla postaw skrajnych i nie inicjuje otwartej, merytorycznej debaty. Rola państwa w wypadku kwestii spornych
z Kościołem powinna polegać również na aktywnej polityce edukacyjnej, która stopniowo wykluczyłaby skrajne opinie. Takie podejście byłoby w najwyższej mierze pożądane i jest możliwe,
bowiem badania socjologiczne wskazują, że w społeczeństwie polskim dominuje umiarkowane nastawienie do relacji państwo - Kościół. Polacy nie mają nic przeciwko obecności religii w sferze
publicznej: krzyżom w budynkach publicznych, mszom w mediach publicznych, uczestnictwu katolickich duchownych w uroczystościach państwowych itp. Natomiast wpływ Kościoła na politykę -
ingerencje w kampanię wyborczą czy konkretne ustawy - nie jest akceptowany.
Kompromis, jaki ukształtował się między Kościołem a państwem w Polsce po 1989 roku, był realistyczny. Kościół cieszy się u nas o wiele większym poparciem społecznym niż w innych
krajach europejskich. Ma oparcie w ukształtowanej przez tradycję religijności Polaków. Jest to jego atutem, z którym musi się liczyć każdy rząd. Pozycja Kościoła jest zatem silna i nic nie
wskazuje, by miało się to zmienić w ciągu najbliższych lat, bowiem religijność utrzymuje się na stałym, wysokim poziomie.
Jeśli chodzi o drugą stronę, czyli państwo, sytuacja jest skomplikowana. Dotychczasowe rządy reprezentowały różne opcje światopoglądowe. Jedną moglibyśmy nazwać
"modernistyczną", nieprzychylną wobec Kościoła i podkreślającą znaczenie państwa laickiego, drugą zaś "tradycyjno-zachowawczą", reprezentowaną w ciągu
ostatnich dwóch lat przez PiS. To, jak w danym momencie kształtują się relacje z Kościołem, zależy przede wszystkim od strony rządowej.
Kościół zajmuje twarde stanowisko w wielu kwestiach, takich jak aborcja, zapłodnienie in vitro, eutanazja. Ta fundamentalistyczna postawa zderza się z jednej strony z działaniami rządów
nastawionych bardziej "modernistycznie", z drugiej zaś z oczekiwaniami społecznymi. Społeczeństwo w kwestiach dogmatycznych kieruje się "racjonalnością życia
codziennego". Z badań wynika np., że zdecydowana większość Polaków, aż 72 proc., popiera zapłodnienie in vitro. Sytuacja jest w tym wypadku jeszcze bardziej złożona, bowiem zgodnie
z nauczaniem Kościoła głównym celem rodziny jest prokreacja. Zapłodnienie in vitro w oczywisty sposób służy temu celowi, więc protesty hierarchów kościelnych - oskarżenia o pozbawianie
człowieka jego godności - są dla sporej części wiernych zupełnie bezpodstawne.
To, że racjonalność życia codziennego wygrywa z dogmatyczną racjonalnością Kościoła, nie oznacza jednak zaniku religijności. Z jednej strony wiara w Boga i uczestnictwo w praktykach
religijnych niekoniecznie powodują zmianę stanowiska w kwestiach takich jak zapłodnienie in vitro czy aborcja. Z drugiej strony religijność nie wyklucza sprzeciwu wobec dogmatów postrzeganych
jako nieżyciowe. W trójkącie społeczeństwo (religijne i zarazem pragmatyczne) - Kościół - państwo konflikt pojawić się może między ostatnimi dwoma ogniwami. Państwo, zwłaszcza po
przystąpieniu do Unii Europejskiej, będzie musiało stanąć na straży pryncypiów nowoczesności, których wyrazem jest choćby Karta praw podstawowych. Kościół natomiast - jak to miało
miejsce do tej pory - będzie bronił tradycyjnego, dogmatycznego stanowiska. Trudno oczekiwać, że ulegnie to zmianie, bowiem w tym celu sam Kościół musiałby ulec głębokim przemianom, a na to
się na razie nie zanosi.
Przypadek rządu Platformy Obywatelskiej jest w tym kontekście szczególnie interesujący. PO wygrała wybory głównie głosami wyborców, którzy mieli dość
quasi-wyznaniowego państwa otwarcie opowiadającego się za tradycyjnie pojmowaną religijnością. Platforma musi się liczyć z oczekiwaniami tej części swojego elektoratu. Posunięcia pani
minister zdrowia zapowiadającej refundację zapłodnienia in vitro czy spór o ocenę z religii na świadectwie maturalnym są wyraźnymi sygnałami, że PO będzie próbowała iść właśnie w tym
kierunku. Nie chce jednak utracić poparcia wyborców nastawionych bardziej tradycyjnie. Podział społeczny, jaki istnieje w Polsce, zmusza Platformę do lawirowania między przeciwnościami i do
przyjęcia taktyki "badania gruntu". Sygnalizując gotowość do podjęcia problemu finansowania zapłodnienia in vitro z budżetu państwa czy chcąc usunąć ocenę z religii ze
świadectwa maturalnego, PO sonduje sytuację. Kiedy napotyka na silny opór, wycofuje się. Ta taktyka jest na dłuższą metę nie do utrzymania, wywoła bowiem reakcję zniechęcenia i
rozczarowania u wyborców, którzy zadecydowali o zwycięstwie Platformy.
Na razie poparcie dla rządu Donalda Tuska utrzymuje się niezmiennie na wysokim poziomie. Obóz rządzący powinien wykorzystać tę sytuację, zacząć patrzeć perspektywicznie i zdać sobie
sprawę, że religijność Polaków ewoluuje coraz bardziej w stronę pragmatyzmu. Ta korzystna sytuacja nie będzie trwać wiecznie i dlatego jest to dobry moment na podjęcie próby rezygnacji z
polityki ustępstw wobec Kościoła.
Pytanie o stosunki między Kościołem a państwem w Polsce po 1989 roku przywodzi mi na myśl nieco wcześniejsze wydarzenie. W lutym 1983 roku byłem świadkiem uroczystości wręczenia
kapelusza kardynalskiego prymasowi Józefowi Glempowi. Po oficjalnej ceremonii zbiorowej każdy kardynał jest przyjmowany osobno przez papieża podczas nabożeństwa, w którym uczestniczą
przedstawiciele Episkopatu danego kraju. Jan Paweł II powiedział wówczas prymasowi (a było to w dwa miesiące po zawieszeniu stanu wojennego): "Proszę pamiętać, że Kościołowi
polskiemu jest do twarzy w cierniowej koronie". Zdanie to było uderzające ze względu na ówczesną sytuację Kościoła w Polsce oraz toczące się spory wokół postawy prymasa, którą
wiele osób, również w obrębie Episkopatu, uważało za zbyt pojednawczą wobec władz PRL.
Ta przestroga Jana Pawła II jest wciąż aktualna. Bliskie związki Kościoła z władzą państwową (a historycznie "ołtarza" z "tronem") są zazwyczaj
korzystne finansowo, ale nie wychodzą Kościołowi na dobre w sensie moralnym. Ogromny autorytet polskiego Kościoła, który miał istotne znaczenie w okresie Okrągłego Stołu i później,
zbudowany został na oporze wobec polityki państwa, które w okresie PRL było nie tylko strukturą organizacyjną, ale przede wszystkim ucieleśnieniem określonej ideologii. Po 1989 roku taki
sprzeciw stracił sens i należało stosunki ułożyć na nowo. Pojawiała się pokusa kształtowania państwa, jego ustawodawstwa i struktur takich jak szkolnictwo pod kątem interesów Kościoła.
Kompromis między hierarchią kościelną i środowiskami politycznymi ukształtował się na początku lat 90. i całkiem nieźle funkcjonował. W jego wyniku instytucje kościelne uzyskały pełną
swobodę działania, ale Kościół nie podporządkował sobie instytucji państwowych.
Kompromis bywał kwestionowany przez koła konserwatywno-prawicowe (raczej polityczne niż kościelne), które domagały się np. zaostrzenia i tak surowych przepisów antyaborcyjnych. Trzeba jednak
pamiętać, że Kościół to nie tylko hierarchia, ale przede wszystkim wspólnota wszystkich wiernych. Większość osób wierzących uważa, że ludzkie sumienie jest ważniejsze niż litera
prawa. Ich obawy budzi wspomaganie postulatów wiary przez artykuły kodeksu karnego i państwowe rygory administracyjne. W okresie komunizmu ludzie gotowi byli się narażać, bowiem sumienie
kazało postępować im inaczej, niż tego oczekiwała władza. Ta niezależność sumień wobec ideologii i instytucji państwowych była wartością umacniającą wiarę, a zarazem budującą
autorytet Kościoła. Autorytetu tego nie da się wytwarzać środkami administracyjnymi. Moralność chrześcijańska nie jest łatwa, ale w dzisiejszym świecie otwartości informacyjnej i
demograficznej nie można jej ani zadekretować, ani umacniać z pomocą kodeksu.
Dyskusja na temat zapłodnienia in vitro jest dobrą ilustracją tego problemu. Minister zdrowia Ewa Kopacz ogłosiła zmiany polskiego prawa w taki sposób, by podobnie jak w wielu innych krajach
zapłodnienie in vitro mogło być refundowane z budżetu państwa. Moim zdaniem sprzeciw hierarchii kościelnej był zbyt pochopny, bowiem kwestia początku istnienia osoby ludzkiej jest od dawna i
nadal przedmiotem filozoficznych i teologicznych dyskusji - i to również wśród dogmatyków. Poważny dylemat moralny został zinstrumentalizowany w walce politycznej. Sprowadzenie debaty o
zapłodnieniu in vitro do poziomu aktualnej konkurencji politycznej może służyć interesom ugrupowań konserwatywno-prawicowych, które chcą się odegrać za wynik wyborów - ale nie służy
interesom Kościoła jako wspólnoty wiernych. Praktycznie problem dotyczy niewielkiej grupy ludzi, którzy swoje decyzje będą podejmować w stanie pełnej świadomości. W takich sytuacjach jak
największa przestrzeń powinna zostać pozostawiona sumieniu człowieka. Regulacje prawne dotyczące tak doniosłych i spornych kwestii powinny być formułowane w sposób, który pozwoliłby
uniknąć niepotrzebnych podziałów w obrębie zarówno społeczeństwa, jak i Kościoła. Przecież z punktu widzenia zarówno społecznego, jak i moralnego są sprawy bardziej palące, w których
Kościół i państwo powinny współpracować - takie jak gwałtownie wzbierająca fala rozwodów związana z okresową emigracją zarobkową. W obliczu tego wyzwania ludzie są dzisiaj zbyt
osamotnieni.
PO zaakceptowało porozumienie, jakie w początkach lat 90. wykrystalizowało się między państwem a Kościołem. Pogląd, że ocena z religii (a przecież uczymy w szkole nie religii w ogóle,
lecz określonej wiary definiowanej przez dogmaty) nie powinna być wliczana do średniej na świadectwach czy nieświadome wejście na minę przez podjęcie kwestii zapłodnienia in vitro, nie są
moim zdaniem próbami podważenia owego kompromisu. Mają raczej na celu jasne nakreślenie jego granic. Chodzi o sformułowanie punktów spornych i wspólne poszukiwanie rozwiązań, a nie
przeciwstawianie się Kościołowi hierarchicznemu. W tej dyskusji Kościół nie powinien podpierać swojego autorytetu środkami administracyjno-prawnymi. Nie może stać się Kościołem
paragrafów, musi pozostać Kościołem sumienia.