p
Edmund Wnuk-Lipiński*
Podobieństwa i różnice między PO i PiS
Polityka polska uległa dość zasadniczej zmianie w ciągu ostatnich dwóch lat, po naszym wejściu do Unii Europejskiej. Wejście do NATO, a następnie do Unii, były celami strategicznymi, które mogły wytwarzać płaszczyznę dla dyskursu politycznego w Polsce. Ta płaszczyzna - ponieważ cele zdefiniowano bardzo jasno - rzeczywiście była inna od tego, co stało się po naszym wejściu do Unii Europejskiej. W odróżnieniu od Rafała Matyi ("Ślepa uliczka", "Europa" nr 205 z 8 marca) nie sądzę jednak, by sama zmiana układu rządzącego, to znaczy objęcie władzy przez PiS, spowodowała tak radykalną przemianę. Był to raczej wynik osiągnięcia tych celów strategicznych, którymi żyła polska polityka przez kilka co najmniej lat.
Matyja diagnozował ową przemianę, stawiając tezy o fałszywej stabilizacji w polskiej polityce oraz podobieństwie rządzącego obecnie obozu Platformy Obywatelskiej do Prawa i Sprawiedliwości. Mimo że zgadzam się z diagnozą o przemianie polskiej polityki, polemizowałbym jednak z Matyją w kilku kwestiach.
Teza o podobieństwie Donalda Tuska do Jarosława Kaczyńskiego polegającym na tym, że obaj odwołują się do haseł populistycznych, jest moim zdaniem zupełnie nietrafna. Po pierwsze dlatego, że Matyja w sposób bardzo osobliwy rozumie pojęcie populizmu. Populizm to ideologia, która wolę ludu uważa za prawo. W myśl jej założeń politycy pełnią jedynie funkcję listonoszy. Nie kreują żadnych potrzeb społecznych. Mogą być jedynie wiernymi nosicielami treści, które wprowadza na scenę społeczeństwo. Naturalnie, populistyczny przywódca nie jest biernym listonoszem woli ludu, zwłaszcza jeśli dysponuje charyzmą generującą bezkrytycznych wyznawców (a przywódcy populistyczni często ten dar mają). Wówczas możliwe jest cyniczne wykorzystywanie zaufania pokładanego w przywódcy do realizacji jego własnych partykularnych interesów.
Matyja tymczasem zdaje się rozumieć populizm jako działanie na emocje zbiorowe w celu mobilizowania poparcia. Gdybyśmy rzeczywiście tak szeroko definiowali populizm, to musielibyśmy przyznać, że każdy polityk w systemie demokratycznym, który by nie postępował w ten sposób, po prostu przegrywałby wybory. I że w tym sensie każdy polityk jest populistą - nawet ten, który mobilizuje poparcie dla trudnych reform naruszających rozmaite interesy grupowe. Jedynie systemy autorytarne mogłyby sobie pozwolić na zrezygnowanie z tak rozumianego populizmu, bowiem tylko tam poparcie społeczne nie jest potrzebne do sprawowania władzy, a wręcz może przeszkadzać. Tak było w roku 1956 w PRL, gdy Gomułka miał autentyczne poparcie społeczne - i był nim autentycznie przerażony.
To jasne, że dzisiejsza polityka (zresztą nie tylko w Polsce) w dużej mierze orientuje się na słupki poparcia. Jednak jest to charakterystyczne dla każdego systemu demokratycznego, w którym istnieją rzetelne ośrodki badania opinii publicznej. Nie jest to nic nowego w tym sensie, że rozpoczęło się już przed drugą wojną światową, a po jej zakończeniu bezustannie się nasila.
Inną sprawą, którą być może ma na myśli Matyja, jest gra na tych nastrojach części społeczeństwa, które zdefiniować można jako nostalgię za komunizmem. Nostalgia ta - charakterystyczna zresztą nie tylko dla Polski, ale również dla innych krajów postkomunistycznych - wiąże się z różnymi czynnikami, do których należą wspomnienia młodości oraz zmistyfikowany i wyidealizowany obraz opiekuńczego państwa. Pamięta się bowiem zwykle o tym, że wiele rzeczy było za darmo, a nie to, że dziś dysponujemy realnymi środkami materialnymi. Generalnym podłożem nastrojów nostalgicznych jest myślenie warstw znajdujących się na dole drabiny społecznej - że za komuny było może nie tyle lepiej, ale równiej.
Oczywiście, część polityków - nie tylko w Polsce - stara się tego typu sentymenty przekładać na poparcie społeczne, schlebiając elektoratowi. PiS czyni tak być może w mniejszym stopniu, niż na przykład czyniła kiedyś Samoobrona.
Jeśli więc miałbym określić podobieństwa i różnice między rządem premiera Jarosława Kaczyńskiego a rządem Donalda Tuska, powiedziałbym, że ci dwaj liderzy prezentują zupełnie inne rozumienie nie tylko władzy, ale również polityki. W pierwszym wypadku była to polityka nastawiona raczej na bardzo wyraźne zdefiniowanie swojej bazy społecznej i przeciwstawianie tej bazy wrogom zewnętrznym, czyli reszcie społeczeństwa. Wszystko po to, by ją umocnić. Przypadek drugi fundamentalnie się różni. Baza społeczna nie jest zdefiniowana ostro, a Donald Tusk stara się zjednywać sobie kolejnych sprzymierzeńców. Określenie tego stylu przez Matyję jako przywództwa transakcyjnego nie oddaje zresztą w moim pojęciu jego charakteru. Przywództwo transakcyjne oznaczałoby grę na zasadzie coś za coś. Tymczasem public image Tuska polega raczej na negocjacjach i próbie dogadywania się. Ten styl nie jest niczym nowym w zachodnich liberalnych demokracjach, natomiast w Polsce to coś zupełnie nowego. W tym sensie uważam, że teza Matyi, iż poprzednia i obecna ekipa rządowa w gruncie rzeczy nie różnią się, bo prowadzą tę samą grę nowego populizmu, jest prawdopodobnie nietrafna, a w każdym razie dyskusyjna. Zdecydowanie mamy tu do czynienia z dwoma zasadniczo różnymi typami polityki. Pierwszy z nich oparty jest na regulacji przez konflikty, a drugi - przez negocjacje.
Skutkiem - w wypadku rządów Kaczyńskiego - było to, że w odbiorze większości społeczeństwa dwa lata pełnienia przez niego funkcji premiera przyniosły właściwie jedynie likwidację WSI i radykalne obniżenie zaufania społecznego. W odróżnieniu zresztą od poprzednich ekip rządowych, które na początku swojego urzędowania zwykle miały duże poparcie, potem zaś następował radykalny jego spadek, poparcie dla PiS wydaje się dość stabilne, przynajmniej na razie. Poprzednie ekipy rządowe szybciej zużywały początkowy kredyt zaufania. Napięcie kumulowało się wówczas na osi społeczeństwo - władza: my - oni. Prezesowi Kaczyńskiemu udało się natomiast wprowadzić nowy element - decentralizację zaufania. Tymczasem zaufanie do PO po wyborach bardzo wyraźnie wzrosło, ale bardzo trudno jest w tej chwili określić, jak długo się ono utrzyma. Wciąż jeszcze ma bowiem charakter kredytu i dzisiaj nie bardzo wiemy, czy jest to kredyt krótkoterminowy, czy... hipoteczny.
To między innymi dzięki temu zjawisku, czyli załamaniu się kapitału zaufania społecznego, Platformie Obywatelskiej udało się wygrać ostatnie wybory. Większość Polaków odrzuciła bowiem model życia podejrzliwego. Zaś nostalgiczne tęsknoty za silnym państwem opiekuńczym (niechby nawet było i szorstkie...) są obecne jedynie w pewnych segmentach społeczeństwa, zwłaszcza wśród osób starszych, które na dodatek mają kłopoty z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Młoda część społeczeństwa, która poprzedni system zna albo z podręczników, albo z filmów Barei, nie odczuwa nostalgii. Dla nich rzeczywistość społeczna, która dla mojego pokolenia nawet po 18 latach wciąż stanowi rodzaj cudu, jest tak naturalna jak powietrze, którym oddychają. Według nich można ją tylko ulepszać. Nie zgadzam się więc z Matyją, gdy ten pisze, że "liberalizm młodych wyborców PO może oznaczać zatem raczej niechęć do silnej władzy czy twardych reguł, a niekoniecznie - zamiar radzenia sobie w życiu bez oglądania się na interwencję państwa. Może oznaczać - co podkreślają sami politycy Platformy - wybór stylu i języka polityki, przy całkowitej ambiwalencji w sferze podejmowania przez nią realnych decyzji i reprezentowania realnych interesów". Po pierwsze, młode pokolenie odrzuciło projekt Kaczyńskiego z powodów estetycznych. Sprowadzanie polityki do znanego powiedzenia, że cel uświęca środki - znakiem tego choćby było zaproszenie do koalicji Leppera i Giertycha - oraz konfliktowanie ludzi, zarówno przez słowa, jak i uczynki, było dla nich nie do zaakceptowania. Po drugie, chodziło o stawianie dorosłych obywateli w pozycji nierozważnych dzieci, które trzeba prowadzić i które, jeżeli nie wiedzą, że prowadzi się je w dobrym kierunku, to albo są głupie, albo mają złą wolę. Niska tolerancja dla odmienności poglądów, zerojedynkowe dzielenie ludzi na naszych i nienaszych - kompletnie nie przystawało do postrzegania rzeczywistości politycznej i społecznej, zwłaszcza przez przedstawicieli młodego pokolenia. Po trzecie wreszcie, twarde reguły nie muszą oznaczać konfliktującej retoryki. Matyja - jak się zdaje - zbytnio utożsamił retorykę polityczną z celem, jaki sobie ona stawia. Silna władza to taka, której ludzie słuchają, bo nie opłaca im się jej nie słuchać. Taka, która zmierza do celów, o których jawnie mówi, nie zaś taka, która formułuje kategoryczne zdania, choćby i podniesionym głosem. Twarde reguły gry to takie, które egzekwowane są bez wyjątków i niezależnie od tego, kto rządzi. Rządy Kaczyńskiego nie były zaś szczególnym przykładem ani silnej władzy, ani twardych reguł gry. Dlaswoich bywały wyjątki.
Pozostaje wreszcie zagadnienie pozorności debaty publicznej w Polsce. Przyznałbym rację Matyi, gdy zarzuca mediom, że się tabloidyzują. Taka stabloidyzowana debata publiczna, coraz wyraźniej obecna w mediach, rzeczywiście dotyczy tego, co w dziennikarstwie nazywa się michałkami, a więc rzeczy zupełnie trzeciorzędnych lub kompletnie nieistotnych. Przypomnijmy sobie choćby niedawną dyskusję o tym, czy premier Tusk ma wilcze oczy, czy nie. To wskazuje na miałkość debaty, ale czy obnaża pozorność różnic między PO i PiS? Między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską od przedostatnich wyborów nawiązała się głęboka emocjonalna negatywna więź. Do dziś duża część tożsamości politycznej PiS budowana jest na negowaniu PO: Platforma stała się bowiem ważnym czynnikiem tożsamościowym dla polityków partii Kaczyńskiego. Wydaje się zresztą, że odwrotna relacja także ma miejsce. Redukcja naszej debaty publicznej do tabloidu wynika właśnie z tej negatywnej więzi. Ale to jeszcze nie wszystko. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że jedna z partii postanawia przedstawić swój projekt zmiany konstytucji, a następnie przedstawia naprawdę bardzo przemyślane i korzystne uwagi. Niezależnie od ich jakości i od tego, kto przedstawił ów projekt, możemy być pewni, że druga strona natychmiast podniesie krzyk, że zmiany są bezwartościowe lub niebezpieczne. Przyznanie się, że przeciwnik zrobił coś dobrego, jest w odbiorze liderów tych dwóch ugrupowań porażką. Gdyby na przykład Platforma stworzyła konkretny projekt zmian w konstytucji oparty na zasadzie władzy prezydenckiej, skończyłoby się to najpewniej nie dyskusją, czy w Polsce potrzebna jest władza prezydencka, czy parlamentarna, ale czy Tusk w ten sposób zwiększa swoje szanse na prezydenturę. Na tym właśnie - jak sądzę - polega najbardziej dramatyczny problem naszej debaty publicznej.
Edmund Wnuk-Lipiński
p
*Edmund Wnuk-Lipiński, ur. 1944, socjolog, profesor Instytutu Studiów Politycznych PAN i rektor Collegium Civitas. Autor wielu naukowych opracowań z dziedziny socjologii, takich jak "Socjologia życia publicznego" (2005) czy "Granice wolności. Pamiętnik polskiej transformacji" (2003). Jest także pisarzem SF specjalizującym się w fantastyce socjologicznej. Autor trylogii powieściowej "Apostezjon", laureat nagrody im. Janusza A. Zajdla za "Rozpad połowiczny" (1988). W "Europie" nr 34 z 8 grudnia 2004 roku opublikowaliśmy jego esej "Science fiction jako opis socjologiczny".