Dziennik Gazeta Prawana logo

Nigdy w życiu nie broniłbym esbeka

11 lipca 2008, 23:36
Ten tekst przeczytasz w 14 minut
Nawet w tym lekko śmierdzącym zawodzie można znaleźć dla siebie takie miejsce, by nie śmierdzieć. Bo zawsze jest dylemat: sprawiedliwy wyrok czy uniewinnienie klienta. Ja wyznaczałem sobie granice kręcenia sądem. Jeśli w mojej ocenie zarzut stawiany oskarżonemu był wyjątkowo ohydny, nie podejmowałem się obrony - mówi w rozmowie z DZIENNIKIEM prawnik, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego Wiesław Johann.

Wieczorem wypiliśmy resztki alkoholu, który był w domu. Wszystko, łącznie z mastiką. Pił pan to kiedyś?


Ścierwo. Pić się nie da, jakaś bułgarska wódka. W każdym razie tego wieczoru skończyła się moja zabawa w dziennikarstwo.


I jednocześnie byłem w tej dobrej sytuacji, że miałem zawód w ręku, więc wpisano mnie na listę adwokacką i od 1 kwietnia 1982 zacząłem pracę. Wtedy przestałem być chłopaczkiem, który bawi się a to w detektywa w prokuraturze - bo tam wcześniej pracowałem - a to w radio. Tu trzeba było poważnie wziąć się do rzeczy.


Od razu dzięki wsparciu przyjaciela ze studiów Piotra Andrzejewskiego zacząłem bronić w tych sprawach. Zaliczyłem ich chyba najwięcej. Miałem poczucie występowania w słusznej sprawie, co dawało ogromną satysfakcję. Nawet jeśli nie udało się wybronić, to przynajmniej można było powiedzieć kilka słów prawdy.


I chce mi pan zadać pytanie, które zadaje się każdemu adwokatowi: "Przecież to morderca, gwałciciel, złoczyńca, jak może go pan bronić?".


To rzeczywiście dylemat, ale człowiek, podejmując decyzję o wyborze tego zawodu, powinien mieć świadomość, że przed tym dylematem będzie musiał stanąć. Można oczywiście górnolotnie powiedzieć, że każdy, nawet największy zbrodniarz, ma prawo do obrony. Może się pomylić policja i prokuratura, a nawet jeśli się nie pomylą, to by wydać sprawiedliwy wyrok, trzeba uwzględnić wszystkie elementy: stan faktyczny, kwalifikację prawną, osobowość sprawcy, jego przeszłość. Te okoliczności mają znaczenie dla wydania wyroku.


Broniłem kiedyś Sycylijczyka, który właśnie zabił żonę Polkę. Ona robiła go w konia, oszukiwała go, więc jak to Sycylijczyk, rozwiązał problem za pomocą noża. Po prostu nie wytrzymał. Czy pan wie, kto zwrócił się o to, bym go bronił? Rodzice zasztyletowanej przez niego kobiety! I co, miałem go nie bronić? Więc przedstawiłem sądowi, a przewodziła wtedy pani Barbara Piwnik, wszystkie okoliczności, wszystko wyciągnąłem, naświetliłem jego stan psychiczny, opowiadałem o mentalności sycylijskiej.


Chce mnie pan ustawić pod ścianą, ale ja nie wiem, czy podjąłbym się tej sprawy.


Ogromne pieniądze. Skoro już jesteśmy szczerzy, to mówmy i o tym.


Wie pan, ja wielokrotnie odmawiałem. Właśnie dlatego, że mam te dylematy, o które pan pyta. Tak, to prawda, czasami miałem satysfakcję, że wygrałem sprawę i czułem się podle. Jednocześnie. Tak było, czułem się podle.


Wie pan, z drugiej strony obrońcy jest łatwiej, bo to nie on wydaje wyrok. Pan pyta o wielkie morderstwa, ale przecież ten sam dylemat towarzyszy przy drobniejszych przestępstwach - przy napadach rabunkowych, ciężkich pobiciach, kradzieżach. Owszem, w swoim zawodzie stykałem się często z łajdakami, którym pomagałem.


Zmniejszyć karę.


Chce pan koniecznie dojść do puenty, że adwokat to ścierwo, które działa wbrew poczuciu elementarnej przyzwoitości?


To jest pytanie, co jest ważniejsze: poczucie sprawiedliwości, które wymaga, by sprawca został ujęty i skazany, czy też interes indywidualnego człowieka, który też ma prawo do pomocy. Adwokat również powinien mieć poczucie moralności, etyki, jakiś system wartości i nim się kierować.


Dlatego miałem poczucie dyskomfortu. Bo kiedy podejmuję się obrony, to wiem, że po to, by człowiekowi pomóc, a pomóc oznacza, by on z tej sprawy wyszedł. I kiedy mi się to udaje, to mam satysfakcję, ale jednocześnie ów dyskomfort. Ja sobie radziłem w ten sposób, że nie w każdej sprawie występowałem.


To prawda. I co?


Śmierdzący zawód. Ale nawet w tym lekko śmierdzącym zawodzie można znaleźć dla siebie takie miejsce, by nie śmierdzieć. Mam wrażenie, że usłyszałby pan to samo właśnie od adwokatów, którzy bronili w procesach politycznych.


W głębi duszy sprawiedliwego wyroku, ale wiem, że oskarżony, który mnie wynajął, liczy na to, że wykorzystam całą moją wiedzę i doświadczenie, żeby mu pomóc, żeby go wyciągnąć.


Miałem takie sytuacje, ale ja występuję w pierwszej instancji. Wyrok jest poddawany ponownej ocenie w apelacji.


Zgoda, ale ja naprawdę wyznaczałem sobie granice tego kręcenia sądem, o którym pan mówi. Jeśli w mojej ocenie zarzut stawiany oskarżonemu był wyjątkowo ohydny, to nie podejmowałem się obrony.


Raz jeden w życiu doprowadziłem do uniewinnienia sprawcy zabójstwa. Człowiek pochodził z bardzo dobrej inteligenckiej rodziny, ale przez alkohol się stoczył, wpadł w nieodpowiednie towarzystwo. Parał się jakimś nielegalnym handlem sztucznymi kamieniami i podczas rozliczenia z partnerem w interesach wyłamał nogę od krzesła i zabił go.


Rzeczywiście, zakatował. O podjęcie się obrony poprosiła mnie matka. Sprawca przyznał się podczas pierwszego przesłuchania, ale potem odwołał zeznania, twierdząc, że milicjanci go pobili. I obdukcja wykazała ślady bicia. Dodatkowo w więzieniu wbił sobie gwóźdź w czoło, ale dokładnie między dwa płaty mózgu - wiedział, jak to zrobić, żeby się nie zabić, bo wypożyczał z biblioteki książki o mózgu. I ja broniłem tego człowieka.


Sędzia wydający wyrok Andrzej Deptuła dziś w Sądzie Najwyższym powiedział, że sąd jest głęboko przekonany, że on jest sprawcą, ale musi go uniewinnić, ponieważ milicja nie zabezpieczyła dowodów i zatarła ślady. To ma ciąg dalszy: 23 grudnia on wyszedł z więzienia, a w lutym zabił kolejnego człowieka. Tym razem trzonkiem od siekiery.


Odmówiłem. Właśnie ze względu na ten dylemat, który towarzyszył mi przy każdej sprawie karnej.


To prawda, lecz gdy się już podejmowałem obrony, to nie przez motanie czy kręcenie.


Dlatego podczas pierwszej rozmowy lojalnie przestrzegałem, żeby klient nie oczekiwał ode mnie kłamstwa, nieprawdy, udawania.


W moim obowiązku było wykorzystanie wszystkich możliwości, by pomóc klientowi. Wszystkich możliwości, które daje prawo.


Przyznam się, że wywołuje coś jeszcze: satysfakcję. Satysfakcję, że ja przez zręczne przedstawienie wszystkich okoliczności doprowadziłem do takiego wyroku. Tylko z czego powinienem odczuwać radość? Z tego, że odniosłem sukces w pojedynku na sali sądowej, czy z tego, że gość idzie do domu? Ale zawsze tej satysfakcji towarzyszy dylemat. Bo przyłożyłem rękę do tego, że winny nie poniósł kary. I podejmując się obrony, niestety muszę odłożyć te dylematy na bok.


Nie, ale oni i tak do mnie nie przychodzili. Wykręciłbym się, że mam mnóstwo spraw.


Raz wykonałem zbliżony numer. Zwróciła się do mnie grupa dziennikarzy usuniętych z telewizji po 1989 r. Podeszli mnie, mówiąc: "Walczyłeś o sprawiedliwość, a oni nas wykopali, tak samo jak czerwoni wykopywali ich". No i obudziło się moje poczucie sprawiedliwości, więc w tajemnicy przed żoną Olgą, która by mnie zabiła, podjąłem się tej sprawy.


Bardzo trafnie pan to nazwał (śmiech). Tak, broniłem ich i odnieśliśmy sukces.


A ja w dodatku miałem ciche dni w domu. Ale esbeka nie broniłbym.


Adwokatów w mieście jest ośmiuset, akurat ja nie muszę bronić esbeka. Tak samo nigdy w życiu nie broniłbym gwałciciela, bo ta zbrodnia wydaje mi się najohydniejsza.


To nie ten adres, nie ma mowy. Pewien znany prezenter telewizyjny miał do mnie po rozwodzie pretensje, pytając: "Słuchaj, stary, czyim ty byłeś prawnikiem? Moim czy mojej żony?". Bo rzeczywiście czasami występowałem w sprawach rozwodowych po stronie męża, tego niedobrego, i starałem się mu uzmysłowić, że to jego wina, żeby nie był niesprawiedliwy wobec swojej partnerki.


Nie. I to nie tylko dlatego, że sędzia to też człowiek, który jest poddany różnego rodzaju czynnikom, bodźcom, sympatiom i antypatiom, może wreszcie ulegać pokusom materialnym. Ale chcę być precyzyjny: nie twierdzę, że nie ma sędziów niezawisłych, tylko na podstawie mojego wieloletniego doświadczenia nie do końca wierzę w pełną i powszechną niezawisłość.


Wierzę głęboko, że sędziowie Trybunału są niezawiśli. I mówię tak nie dlatego, że jako sędziemu w stanie spoczynku nie wypada mówić mi inaczej.


Powiedzmy sobie jasno: każdy, również sędzia, żyje w określonym świecie, ma swoje poglądy, sympatie i antypatie, ale cała umiejętność i wielkość sędziów Trybunału powinna polegać na tym, by owe poglądy i sympatie nie przekładały się na wyroki.


(śmiech) Zgoda, pewnie tak by było. Ja mam taki pogląd, a Ewa Łętowska inny. Ja w wyniku swojego zaangażowania społecznego wyrobiłem sobie takie przekonania i najszczerzej uważam, że są one słuszne. I przyrzekam panu, panie Robercie, uroczyście, że do mnie nikt nigdy nie dzwonił i nie sugerował, jak należy głosować. Głęboko wierzę, że - przynajmniej za moich czasów - do pozostałych sędziów też nie dzwoniono.


Ja akurat nad ustawą o otwarciu adwokatury się wyłączyłem, bo sam trafiłem do niej tylnymi drzwiami. Wyłączyłem się też przy ustawie o ustroju Warszawy, bo żona jest stołeczną radną i nie chciałbym, by ktoś patrzył na moje decyzje pod tym kątem.


Byłem wtedy opętany sportem i uprawiałem lekką atletykę. Był taki przepis, że jak się miało pierwszą klasę sportową, to można się było dostać na AWF bez egzaminów i taki był mój pomysł. Wybił mi go z głowy jeden z moich trenerów Jan Mulak.


On właśnie zrobił mi awanturę. Sprawdził, że na maturze mam piątkę z historii i z geografii, i kazał iść na prawo. Jako że w domu brakowało forsy i musiałem się utrzymywać, przyjąłem tam stypendium prokuratorskie, które trzeba było potem odpracować. Poszedłem więc na aplikację prokuratorską, ale ten zawód mnie nie pociągał, wolałem adwokaturę. A że po czterech latach pracy można się wpisać na listę adwokacką, to wszystko wydawało się łatwe.


Nawet mi się to podobało. Zajmowałem się przestępstwami kryminalnymi: włamania, napady, rabunki. Czułem się po trochu detektywem, miałem do czynienia z policją kryminalną.


Przepraszam, z milicją, ale to byli faceci, których polityka specjalnie nie interesowała - chodziło o to, żeby złapać złodzieja, postawić przed sądem i cześć. Fajnie się w tym czułem, aż nadszedł 1968 r. Wielkie sprawy polityczne prowadziła wówczas prokuratura wojewódzka, a śródmiejska, w której pracowałem, miała pomniejsze sprawy wichrzycieli.


Zostałem wezwany na proces dwóch studentów Politechniki Warszawskiej oskarżonych o to, że nie rozeszli się, mimo wezwania służb porządkowych. No i po przewodzie sądowym złożyłem wniosek o uniewinnienie.


Miałem nawet sporo satysfakcji, bo ich obrońcy byli świetnie przygotowani, mieli z sobą mnóstwo materiałów, orzecznictwa i tak dalej. I wszystko na nic, bo prokurator wniósł o uniewinnienie! Poza tym chciałem pokazać tym studentom i ich kolegom, że i w prokuraturze uchował się taki.


Sędzia Barbara Krukowicz sama została 8 marca poturbowana przed sklepem na Krakowskim Przedmieściu, więc wydała wyrok uniewinniający (śmiech).


Formalnie nie, ale odsunięto mnie od takich spraw i bardzo dobrze. A nieprzyjemności to miałem w domu, bo moją żonę, pracownika naukowego politechniki, pobito, i wróciła do domu z pretensjami: "Patrz, co zrobiła ze mną twoja milicja!". Jaka moja?!


To był poważny sygnał, wcześniej w ogóle nie postrzegałem prokuratury jako organu partii, do której zresztą nie należałem. Musiałem jednak odpracować stypendium. Ostateczną decyzję o odejściu podjąłem w grudniu 1970 r. Wtedy już nie miałem żadnych wątpliwości i zacząłem pracować jako radca prawny.


Tu także był wpływ żony. Olga wiedziała, że się piekielnie nudzę jako radca prawny, a że wyczytała, że telewizja ogłosiła konkurs na sprawozdawców sportowych, więc wydała krótki komunikat, że zamiast ją zanudzać, ile kto skoczył w dal czy wzwyż, mam iść na konkurs. Wygrałem, ale do telewizji nie trafiłem, bo były tam jakieś dziwaczne układy. Poszedłem do radia, miałem potem przejść do redakcji sportowej, którą kierował mój stary kumpel Tomek Hopfer, ale zasiedziałem się kilka lat.


Z racji moich zainteresowań współpracowałem z redakcją sportową, robiłem relacje z imprez turystycznych, rzadko publicystykę społeczną. Ale zdarzyło mi się relacjonować też zmianę wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza 22 lipca. Chciałem wyjechać do żony i córki do Władysławowa, jednak kierownik, z którym się nie lubiliśmy, złośliwie wyznaczył mnie na dyżur. Dowiedział się o tym realizator Maniek Adamski i zaproponował pomoc. Kazał mi nagrać relację, że uroczysta odprawa wart, że stoją jakieś pododdziały, dodał szum publiczności, sygnał wojskowy i gotowe. Był tylko problem zajawki, bo trzeba było powiedzieć, kto tam jest, więc umówiłem się z dyżurnym, on odczytał to z PAP i dodał: "A teraz oddajemy głos naszemu sprawozdawcy". A ja sobie siedziałem z rodziną nad morzem i słuchałem.


Numer chciał powtórzyć kolega, który nagrał relację z przyjazdu Yehudi Menuhina, ale poległ, bo Menuhin przyjechał dzień później i wybuchł skandal.


Moja męskość niby na tym cierpi, ale przynajmniej ktoś za mnie podejmuje decyzje (śmiech).


W to się nie wtrącała. Czasem tylko po ogłoszeniu niektórych wyroków mieliśmy ciche dni.


Posiłków jeszcze mi nie odmawiano, ale desery były wstrzymywane (śmiech).

*Wiesław Johann, prawnik i dziennikarz, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku. Był radcą prawnym w Stowarzyszeniu Artystów ZAIKS. Pracował jako dziennikarz w Polskim Radio. Od 1982 w zawodzie adwokata, był m.in. obrońcą w procesach politycznych. Jest wykładowcą w Wyższej Szkole Collegium Civitas w Warszawie. Autor licznych książek i publikacji naukowych z zakresu prawa prasowego i autorskiego

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj