Czy zatem nowoczesność, sprowadzając na świat globalne zagrożenia, okazała się porażką? Czy ludzkość powinna spokornieć i "przyhamować" cywilizacyjny rozwój? Zdaniem Bruno Latoura, jednego z najwybitniejszych współczesnych intelektualistów europejskich, potrzeba nam czegoś wręcz przeciwnego: jeszcze większego zaangażowania w przekształcanie natury i naszego społecznego otoczenia. Nowoczesność zgrzeszyła nie nadmiarem ambicji, lecz jej niedostatecznym zakresem. Chciała uwolnić człowieka od wpływu natury, ale zapomniała, że za sprawą nauki i techniki związki między człowiekiem i tym, co pozaludzkie, w gruncie rzeczy stają się coraz ściślejsze. Naprawdę nowocześni wedle Latoura będziemy wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że "natura" nigdy nie była i nie będzie czymś odrębnym wobec społeczeństwa. I - zamiast żyć w podsycanym przez ekologów strachu przed katastrofą - naprawdę weźmiemy za nią polityczną odpowiedzialność. Jak za każdą inną część naszego ludzkiego świata.
p
Chcę przez to powiedzieć, że nowoczesność była od samego początku czymś zupełnie innym, niż zakładano w planach. Opisywaliśmy ją jako wielki skok: zerwanie z
przeszłością, oddalanie się od natury, wyzwalanie z materialnych ograniczeń. Liczyliśmy na to, że nauka ukaże nam prawdziwe oblicze świata skrywane przed naszymi przodkami za niezliczoną
liczbą zasłon. Mieliśmy do czynienia z wielką opowieścią o emancypacji. A przecież historia nowoczesności może być także opisana za pomocą zupełnie innej narracji. Nauka, technologia -
wbrew temu, co wciąż twierdzimy - zwiększały zakres związków między człowiekiem a naturą. To co w pierwszej narracji było postrzegane jako dowód coraz większego panowania człowieka nad
światem i powiększania zakresu emancypacji, stanowiło często całkowicie odmienny fenomen: odzwierciedlało ruch w kierunku coraz ściślejszych związków między człowiekiem a światem
pozaludzkim.
Każdy jest dzisiaj reakcjonistą, każdego można dziś tak nazwać. Ale, mówiąc precyzyjniej, prawdziwy problem leży trochę gdzie indziej: nie istnieje już jeden ideowy pakiet, który pozwala
odróżnić progresistów od reakcjonistów. W czasach, gdy wszyscy wierzyli w emancypację, mogliśmy stosunkowo łatwo rozróżnić między postawami progresywnymi i reakcyjnymi. Dziś wszyscy
rozumiemy, że skomplikowane kwestie natury czy kultury nigdy nas nie opuszczą, że przyszłość oznacza jeszcze bliższe związki między społeczeństwem i naturą, a nie tylko emancypację.
Dlatego coraz większe miejsce w naszym życiu codziennym zajmuje ekologia. Musimy - za pomocą środków prawnych czy technicznych - wziąć pod uwagę niezliczone czynniki, takie jak klimat, morza,
lasy czy geny, które do niedawna były całkowicie nam obojętne. Kpiliśmy z naszych przodków, którzy bali się, że niebo spadnie im na głowę, a dziś - rzekomo wyzwoleni - domagamy się walki
z globalnym ociepleniem. I jak tu się dziwić, że znika nasza naiwna wiara w nowoczesność - liczba bytów kolektywnych nie przestaje rosnąć, a trudność wspólnego życia staje się coraz
bardziej oczywista...
Sen o emancypacji nie przerodził się w koszmar, jak twierdzą niektórzy. On był raczej zbyt ograniczony - ponieważ wykluczał świat pozaludzki, nie przejmował się nieoczekiwanymi
konsekwencjami, odrzucał odpowiedzialność za zbyt wiele spraw. Nie uważam, że nowocześni zgrzeszyli przez brak umiaru. Wprost przeciwnie: zgrzeszyli przez to, że ich wizja była jeszcze zbyt
skromna. Nawiasem mówiąc, tony apokaliptyczne mogą tylko przerażać, poza tym nie służą niczemu. Widać to zresztą w wypadku emocji związanych z ekologią - gdy ekologowie zaczynają
apelować do ludzkiego strachu, ich działalność staje się całkowicie kontrproduktywna.
Beck doskonale zrozumiał jedno: podnosimy nieustannie kwestie ryzyka nie dlatego, że żyjemy w świecie coraz bardziej zagrożonym - egzystencja w dzisiejszym Monachium, Paryżu czy Warszawie jest
z pewnością mniej niebezpieczna niż sto lat temu - ale dlatego że konsekwencje naszych czynów nieoczekiwanie stały się samym jądrem definicji działania.
Tak. Nie ma żadnego zewnętrza i dlatego nie możemy nie brać pod uwagę tego, jaki skutek przyniosą wszystkie nasze działania. Kłopot polega na tym, że u Becka podobnie jak u ekologów - jak
pan słusznie zauważył - odnajdujemy tony apokaliptyczne. Ryzyko jest tutaj przedstawiane jako czynnik całkowicie zewnętrzny, niepojmowalny i nieobliczalny. Podczas gdy historia nauki pokazuje
coś zupełnie odwrotnego: ryzyko staje się coraz wyraźniej poddane kontroli - początkowo za pomocą rachunku prawdopodobieństwa, a potem za pomocą nauk o statystyce. Dostrzegam u Becka
zasadnicze nieporozumienie: uważam, że zamiast mówić o "społeczeństwie ryzyka", należy mówić raczej o "powrocie troski". Nasze społeczeństwo troszczy
się o więzi między nami a nowymi bytami. Dziś, gdy na przykład dodaje się mączki pochodzenia zwierzęcego do pokarmu ryb czy krów, nikt nie mówi: "To mnie nie dotyczy".
Mówi raczej: "To nasza wspólna sprawa". Nieustannie doświadczamy czegoś, co jest pełne wątpliwości. Wypatrujemy niespodziewanych konsekwencji naszych działań. To na tym
polega największa różnica. W epoce naiwnej modernizacji byliśmy przekonani, że panujemy nad fenomenami technicznymi, że nauka może wziąć odpowiedzialność za wszystko. Dziś wiemy, że nie
jesteśmy w stanie zapanować nad bytami, które dzięki nam przychodzą na świat…
Mam z tym kłopot, ponieważ uważam, że nigdy nie byliśmy nowocześni, tak więc pojęcia w rodzaju "antynowoczesnych" - jak u Compagnona - niewiele dla mnie znaczą.
Tracimy bardzo dużo. Przede wszystkim przekonanie, które nieustannie pchało nas do przodu: że my, ludzie Zachodu, jesteśmy całkowicie inni od całej reszty ludzkości. Uważaliśmy, że
wszystkie inne kultury - poza naszą - żyją w pomieszaniu faktów i wartości. Jednocześnie tradycja zachodnia opierała się na wierze, że nasz świat jest na dłuższą metę horyzontem rozwoju
ludzkości, że wszyscy - czy tego chcą, czy nie - muszą stać się dokładnie tacy jak my. Nowocześni co prawda toczyli wojny, ale ich jedynym celem miało być przekonanie do oczywistości
wspólnego świata ukonstytuowanego przez naturę i technikę. Dziś ta wymówka pedagogiczna nie istnieje. Nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na to, że Ziemia się zjednoczy. Liczą na to tylko
szaleńcy w rodzaju bin Ladena czy Busha....
Nie możemy wyobrażać sobie jakiejkolwiek zgody, porozumienia między nami a resztą świata, jeśli nie weźmiemy pod uwagę tej gigantycznej niezgody, która dotyczy dosłownie wszystkiego, co
nas otacza: definicji Boga, rynku, wydajności technologii itd. Innymi słowy Zachód musi raz na zawsze przyjąć do wiadomości, że ma prawdziwych wrogów i wziąć na poważnie różnorodność
świata. Ta brutalna zmiana może być dla wielu powodem do rozpaczy: przyzwyczailiśmy się do życia w pokoju, nie mieliśmy wrogów, uważaliśmy się za obywateli świata gotowych zaakceptować
wszystkie inne kultury bez względu na to, jak pozornie ekstrawagancka była ich inność. A teraz nagle, jak Amerykanie po 11 września, wszyscy musimy zadawać sobie pytanie: "Dlaczego
wszyscy tak nas nienawidzą? Skoro mamy tak dobre intencje, skoro tyle w nas szczerości?". Dlaczego musimy walczyć z innymi - Chińczykami, Hindusami, Rosjanami - o definicję wszystkich
istotnych słów i wartości...
Moim zdaniem w relacjach Europy z resztą świata nadeszła pora na to, co nazywam dyplomacją... Dyplomata to człowiek, który pojawia się w sytuacji równości i jednocześnie prawdziwego konfliktu wartości. A dziś nastąpił właśnie taki moment: po raz pierwszy w historii Europejczycy są mali. Na dobre wyszliśmy z epoki postkolonialnej, postimperialnej. Dziś możemy szczerze wyznać innym: "Nasza wiara w nieustanną modernizację była wielkim złudzeniem". To jest bardzo istotne, ponieważ w tej chwili Rosja, Indie czy Chiny modernizują się w sposób, który jest absolutnie karykaturalny. I będą musiały za to zapłacić.
To rzeczywiście pewien kłopot. Globalizacja wydawała się nam wspaniała w czasach, gdy byliśmy jej jedynymi autorami i jedynymi beneficjentami. Dawni nowocześni, którzy chcieli modernizować
całą planetę, nagle mają coraz większe wątpliwości, widząc gigantyczne wieżowce Szanghaju, informatyczną potęgę Indii czy wielkie banki Singapuru... To bywa śmieszne, gdy ci sami ludzie,
którzy do niedawna kochali globalizację, wychodzą na ulice i na barykadach, bombardowani przez gazy łzawiące, protestują przeciwko niej...
Wielkim zadaniem, jakie stoi przed nami, jest znalezienie następcy dla pojęcia modernizacji. Ekologia miała być właśnie tym wielkim następcą. Tutaj powstaje jednak ogromny problem, ponieważ
dla wielu ekologów upolitycznienie kwestii natury jest równoznaczne z powrotem do praw naturalnych. Próba wprowadzenia natury do polityki za pomocą ekologii miała ponure konsekwencje: w imię
walki ze straszną przyszłością ludzkiej rasy Zieloni zdołali odpolityzować nasze życie, nie pozostawiając nam innego wyjścia poza przygnębiającym ascetyzmem i perspektywą Wielkiej Kary za
deptanie Natury. Do niesłychanych rozmiarów rozdęli w nas pogardę wobec innowacji, techniki i nauki. Tu w gruncie rzeczy nie chodzi o politykę, ale o całkowite uniemożliwienie polityki.
Europa musi wreszcie zrozumieć, że nie ma natury poza społeczeństwem. Prace Philippe’a Descoli, największego żyjącego dziś antropologa, pokazują, że wizja naturalistyczna istnieje
jedynie na Zachodzie. W innych społeczeństwach w ogóle nie mówi się o czymś takim jak natura. Tak więc nasze zadanie nie polega na wprowadzeniu natury do polityki. Zadanie polega na tym, że
musimy zdać sobie sprawę, że natura nigdy nie była zewnętrzna wobec egzystencji społecznej. To dlatego pasje polityczne wywoływane przez ekologów są pasjami absolutnie kontrproduktywnymi.
Ponieważ ich fundamentem jest nawoływanie do ascezy, narzucania sobie coraz większych ograniczeń, wycofywania się. I to w chwili, kiedy ludzkość powinna zrobić coś dokładnie odwrotnego -
wziąć cały świat na swoje barki.
Tak. Na przykład ci, którzy za wszelką cenę chcą bronić naturalnych ekosystemów w parkach narodowych z ogromnym zaskoczeniem dowiadują się, że po to, by natura pozostała w nich
wystarczająco naturalna, człowiek musi interweniować coraz częściej i w coraz bardziej skomplikowany sposób. Twierdzenia o naturze "nietkniętej ludzką ręką" są zwykłym
blefem. Ta święta Natura wymaga naszej nieustannej opieki, naszych bardzo drogich instrumentów, tysięcy uczonych, wielkich instytucji i całej masy pieniędzy. To jest paradoks: mieliśmy
naturę, mieliśmy kulturę, ale nigdy nie pamiętaliśmy o tym, że natura potrzebuje kultury... Dlatego musimy jak najszybciej wyprodukować narrację alternatywną - taką, która nie
traktowałaby natury jako odmiennej od ludzkiego świata. Najlepiej widać to u Sloterdijka, najważniejszego filozofa w Europie. W jego opowieści o nowoczesności główna metafora, czyli
"Kryształowy Pałac", opisuje świat sztuczny, dla którego nieustannym punktem odniesienia jest natura.
Heidegger przejmuje argument - nadając mu negatywne zabarwienie - obecny w filozofii Zachodu od bardzo dawna. Nowoczesne marzenie, bardzo wyraźne już u Hobbesa, a potem u Rousseau, dotyczy
całkowitej eliminacji polityki dzięki nauce. To są zresztą źródła absurdalnej utopii zwanej komunizmem. Tymczasem moje stanowisko jest dokładnie przeciwne: nic nie może zastąpić polityki.
Choćby dlatego że zadaniem nauki jest zupełnie co innego niż poszukiwanie prawdy. Nauka prowadzi nas raczej ku niepewności w obliczu bytów, które zaludniają nasz świat... Rolą nauki jest
zdumienie. Tymczasem funkcją epistemologiczną państwa jest decyzja. To państwo - a nie eksperci - ma decydować w debacie....
Proszę mnie dobrze zrozumieć - moje państwo jest tak mało stalinowskie, jak się tylko da. Etatystyczno-matematyczny sen o zakończeniu polityki budzi we mnie wstręt. Chciałem powiedzieć
zupełnie co innego: usiłowanie ograniczenia roli państwa jest przedsięwzięciem całkowicie absurdalnym, ponieważ państwo nie ma granic, które byłyby nam z góry znane, jako że nie znamy
ostatecznie natury publicznego dobra. Państwo nie ma myśleć w jedyny właściwy sposób. Ono powinno pozostać eksperymentem i być nieustannie odkrywane na nowo.
Sen o makropolityce coraz wyraźniej zanika, ponieważ każdy z nas w ciągu tego samego dnia styka się z różnymi sprawami, których nie sposób ułożyć w jedną całość - rozmawiamy o
kryzysie finansowym, mutacjach genetycznych, supermarketach, kwestiach rozbudowy miast czy ścieżkach rowerowych. Kiedyś te wszystkie wielkie i mniejsze tematy były podporządkowane polityce
według określonych procedur. Dziś każdy z nich podejmowany jest na odmiennym forum. Stąd wrażenie "pikselizacji" polityki, jej rozkładu na czynniki pierwsze. Można
oczywiście widzieć w tym coś negatywnego - zapowiedź "płynnego życia", o którym pisze na przykład Zygmunt Bauman. Ja natomiast uważam, że sytuacja, w której polityka
odnosi się do konkretnych problemów, jest znacznie lepsza od sytuacji, w której jest ona zdeterminowana głównie przez ideologie.
p
*Bruno Latour, ur. 1947, socjolog, filozof nauki, profesor w paryskim Institut d’Etudes Politiques. Zasłynął napisaną wraz ze Steve’em Woolgarem książką "Laboratory Life" (1979), w której opisywał "społeczne konstruowanie naukowych faktów" i podważał roszczenia nauki do obiektywności. Jest współtwórcą teorii aktora-sieci (actor-network theory) podkreślającej znaczenie pozaludzkich elementów rzeczywistości społecznej takich jak na przykład sieci komputerowe. Inne jego ważne książki to "N’avons jamais été modernes" (1991) oraz "Politiques de la nature" (1999).