Arcybiskup metropolita krakowski Eugeniusz Baziak zmarł nagle w czerwcu 1962 roku. Ponieważ wybór następcy musiał przebiegać według narzuconej przez komunistów procedury, mógł potrwać dowolnie długo. W związku z tym tuż po śmierci metropolity kapituła krakowska postanowiła, że do czasu powołania nowego gospodarza archidiecezji będzie ona zarządzana przez wikariusza kapitulnego w osobie biskupa Karola Wojtyły. Nowy zarządca spodziewał się, że w krótkim czasie zostanie zwolniony z obowiązku kierowania archidiecezją krakowską, jednak proces wyboru następcy arcybiskupa Baziaka był przez władze skutecznie utrudniany.
"PRZECZEKAĆ WYSZYŃSKIEGO"
Zgodnie z procedurą prymas Stefan Wyszyński przedstawił Urzędowi do Spraw Wyznań (UdSW) kandydatury na urząd arcybiskupa krakowskiego. Wszystkie, prawdopodobnie sześć lub siedem (niektórych nazwisk nie ujawniono), zostały odrzucone. W listopadzie 1963 roku negatywne opinie otrzymali kolejni kandydaci: biskup Jerzy Stroba, ksiądz Tadeusz Fedorowicz oraz biskup Karol Wojtyła. O dotychczasowym wikariuszu kapitulnym napisano m.in.: […] jest oddany bez zastrzeżeń sprawom Kościoła. Jako człowiek wybitnie zdolny i dobry organizator jest bodaj jedynym biskupem, który potrafiłby skonsolidować nie tylko kurialistów i kler diecezjalny, ale również skupić wokół siebie część inteligencji i młodzieży katolickiej. […] Mimo pozorów wykazywanej kompromisowości i elastyczności w stosunkach z władzami państwowymi jest bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem ideowym. Ta wnikliwa charakterystyka to rezultat pracy agentów inwigilujących księdza, a później biskupa Wojtyłę, który od przełomu lat 50. i 60. był przez nich szczególnie uważnie obserwowany, bowiem miał rozległe i systematyczne kontakty z młodzieżą akademicką.
Biorąc pod uwagę zacytowaną opinię o Wojtyle, nie miał on szans na objęcie funkcji metropolity krakowskiego. Nawet prymas Wyszyński nie wyobrażał sobie, że właśnie ów biskup mógłby objąć to stanowisko, dlatego zaproponował jego kandydaturę na końcu (po 18 miesiącach). Zrobił to prawdopodobnie pod naciskiem innych hierarchów będących pod wrażeniem wystąpień biskupa na pierwszej sesji Soboru Watykańskiego II.
Rozpatrując wszystkie te okoliczności, nieprawdopodobny wydaje się fakt, że już miesiąc po odrzuceniu przez komunistów kandydatury biskupa Wojtyły premier Józef Cyrankiewicz wystosował do prymasa dokument, w którym stwierdził: Rząd Polski Rzeczypospolitej Ludowej […] nie zgłasza zastrzeżeń przeciwko mianowaniu na stanowisko biskupa ordynariusza archidiecezji krakowskiej ks. Biskupa Karola Wojtyły, wikariusza kapitulnego w Krakowie.
Można jedynie snuć przypuszczenia, co wpłynęło na taki bieg wydarzeń. Według Stanisława Stommy odpowiedzialny był za to Zenon Kliszko, ówczesny marszałek sejmu, który zajmował się polityką państwa wobec Kościoła. Uważał on Wojtyłę za biskupa apolitycznego, który jako metropolita będzie się zajmował jedynie pracą duszpasterską. Prawdopodobnie to za jego sprawą odrzucani byli kolejni kandydaci przedstawiani przez prymasa. Kliszko czekał, aż padnie nazwisko Wojtyła. W rozmowie ze Stommą miał powiedzieć: Wojewoda miał nieustanne trudności z Baziakiem o budynek seminarium - ale ten biskup w dwa tygodnie wszystko załatwił. Znajdźcie takiego, który umie z nami rozmawiać. Kliszko sądził, że doprowadzając do objęcia przez takiego biskupa rządów nad archidiecezją krakowską, uderzy w Wyszyńskiego i doprowadzi do rozdźwięku w Kościele. Tę ostatnią informację potwierdza Marek Lasota, autor książki "Donos na Wojtyłę". Twierdzi on, że według władz partyjnych ordynariuszem w Krakowie musiał zostać człowiek, który na tyle osłabiłby pozycję Wyszyńskiego, że w przyszłości mógłby zająć jego miejsce. W pewnym sensie nienawiść żywiona do prymasa uniemożliwiła komunistom trzeźwą ocenę sytuacji. Choć agenci donosili w raportach, że Wojtyła to groźny przeciwnik, "góra" partyjna kontynuowała swoją politykę. Marek Lasota podaje jeszcze inny prawdopodobny scenariusz wydarzeń z grudnia 1963. Otóż na decyzję premiera Cyrankiewicza wpłynąć mogły raporty wywiadu zawierające informacje o pracy Wojtyły w trakcie obrad Soboru Watykańskiego II, które dotarły do Warszawy dopiero w grudniu. Wikariusz kapitulny Krakowa dał się wówczas poznać nie tylko jako wybitny teolog, ale też intelektualista obdarzony talentem dyplomatycznym, otwarty na dialog i współpracę z laikatem.
PO KADŁUBKU, PUZYNIE I SAPIEŻE
Wreszcie po kilkunastu miesiącach perturbacji z wyborem następcy arcybiskupa Baziaka, po zaakceptowaniu decyzją premiera kandydatury biskupa Wojtyły, 30 grudnia 1963 roku papież mianował dotychczasowego wikariusza kapitulnego arcybiskupem metropolitą krakowskim. Po uroczystym ingresie, który odbył się 8 marca 1964 roku, nowy gospodarz archidiecezji krakowskiej rzucił się w wir pracy. Życie w pałacu biskupim przy ulicy Franciszkańskiej toczyło się od godziny 5 do północy. Kuria musi być czynna, a nie martwa - mawiał arcybiskup. Sprawy duszpasterskie zajmowały go bez reszty, choć trudno było pogodzić liczne obowiązki metropolity z wyjazdami na kolejne sesje soborowe.
NIEOBYWATELSKI POSTĘPEK
Arcybiskup Wojtyła z prawie dwuletnim wyprzedzeniem postanowił rozpocząć przygotowanie Kościoła krakowskiego na zbliżające się dużymi krokami obchody Millenium chrztu Polski. Podróżował po swojej diecezji i głosił homilie, w których przypominał ważne dla Polaków wydarzenia historyczne i objaśniał znaczenie nadchodzących uroczystości. Władze z takiej aktywności hierarchy nie mogły być zadowolone. Tym bardziej że w 1965 roku arcybiskup Wojtyła zaangażował się w przygotowanie listu-orędzia do biskupów niemieckich wystosowanego w związku z obchodami milenijnymi. "Orędzie biskupów polskich do ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim", w którym m.in. padły słowa: udzielamy wybaczenia i prosimy o nie, zostało natychmiast wykorzystane przez komunistów do przeprowadzenia akcji propagandowej mającej zniechęcić wiernych do Kościoła. Prasa urządziła nagonkę na twórców dokumentu, zarzucając im działanie przeciw interesom narodu i państwa. Arcybiskupa Wojtyłę szczególnie poruszył opublikowany w partyjnej gazecie krakowskiej list robotników z zakładów Solvay, w których pracował w czasie okupacji. Tragiczne dzieje naszego narodu w okresie okupacji hitlerowskiej znane są Jego Ekscelencji […]. Dlatego też z wielkim oburzeniem, a także zdumieniem przyjęliśmy do wiadomości informacje o udziale Księdza Arcybiskupa w przedwstępnych rozmowach z biskupami niemieckimi oraz jego udziale w redagowaniu i sygnowaniu Orędzia, w którym wypowiedziano się po sobiepańsku w sprawie żywotnych interesów naszego narodu. Adresat odpowiedział na list, jednak władze nie pozwoliły na zamieszczenie w prasie jego odpowiedzi. Podobnie jak wielu innych duchownych, metropolita krakowski został wezwany na rozmowę do prezydium rady narodowej. Z notatki służbowej, która zachowała się z tej wizyty wynika, że arcybiskup ustosunkował się do sformułowania słowa polityka. Stwierdził on, że to słowo nie ma zastosowania do Orędzia, ponieważ dokument ten wywodzi się z najlepszych odczuć moralno-chrześcijańskich, ewangelicznych.
Cała akcja propagandowa, jak szybko się narodziła, tak szybko umarła, nie przynosząc komunistom oczekiwanych korzyści. Kościół stanął przed nowym zadaniem - przygotowaniem obchodów tysiąclecia chrztu Polski.
ABSORBUJĄCE ZAJĘCIA ORDYNARIUSZA
Obowiązki arcybiskupie wymagały od biskupa Wojtyły dużej aktywności. Codziennie wstawał o 5, potem odprawiał mszę świętą i aż do rozpoczęcia oficjalnych audiencji pisał, czytał i załatwiał korespondencję. Pracy było tak dużo, że w samochodzie, którym jeździł wizytować diecezję, kazał zamontować sobie z tyłu pulpit i lampkę. Z powodu natłoku zajęć musiał też ograniczyć działalność publicystyczną, choć od czasu do czasu przysyłał do redakcji "Tygodnika Powszechnego" listy poświęcone pracom soborowym.
Premier Cyrankiewicz podpisał dokument zezwalający na objęcie przez Wojtyłę stanowiska metropolity krakowskiego nazajutrz po powrocie biskupa z pielgrzymki do Ziemi Świętej, w której towarzyszył on papieżowi. Okoliczności te były umiejętnie wykorzystywane przez człowieka, jeśli nie z bliskiego otoczenia Cyrankiewicza, to przynajmniej takiego, któremu premier ufał. W archiwach bezpieki znajdują się dokumenty zawierające informacje o tajnym współpracowniku posługującym się kryptonimem "Turysta". Z notatek na temat agenta wynika, że był on spowinowacony z ministrem Hilarym Mincem, a w dzieciństwie mieszkał w tej samej kamienicy, co Cyrankiewicz - ich rodziny miały utrzymywać przyjazne kontakty. Choć "Turysta" był księdzem, w dodatku na tyle darzonym przez Wojtyłę zaufaniem, że typowanym przez niego do objęcia parafii nowohuckiej, mógł mieć istotny wpływ na premiera w kwestii poparcia kandydatury biskupa.
p