Dziennik Gazeta Prawana logo

Reforma szkoły dobra, ale za szybka

31 sierpnia 2009, 18:35
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Reforma szkoły dobra, ale za szybka
Inne
Sposób wprowadzenia reformy jest jak rozpoznanie bojem. A przecież sześciolatki to małe dzieci i trzeba postępować z nimi delikatnie. Powinny iść do dobrze przygotowanej na ich przyjęcie szkoły - mówi Krystyna Łybacka.

Po części tak, po części nie. Bardzo podoba mi się na przykład pomysł wysłania sześciolatków do szkół, ale uważam również, że cała ta operacja została niepotrzebnie przyspieszona.

Mają rację. Wystarczy przypomnieć, że zgodnie z założeniami reformy rodzice mieli mieć aż do 2012 roku wybór pomiędzy zostawieniem sześciolatka w przedszkolu a wysłaniem go do szkoły. Tymczasem już na starcie rozpłynęły się pieniądze, za które gminy miały przygotować szkoły na przyjęcie maluchów. Po drugie wprowadzono nowe podstawy programowe, które zakładają, jakoby wszystkie sześciolatki były już w pierwszej klasie. Dlatego jeżeli sześciolatek zostaje jednak w przedszkolu, to uczy się z programu dla pięciolatka! A z kolei siedmiolatek, który idzie do pierwszej klasy, w jakimś sensie powtarza to, co robił w zerówce.

Trzeba było poczekać z wprowadzaniem zmian do momentu, gdy wszystkie sześciolatki znajdą się w pierwszej klasie. Tymczasem teraz najważniejszy cel reformy, czyli wyrównywanie szans edukacyjnych polskich dzieci, nie został osiągnięty.

Obawiam się, że tak. To, jak wprowadzana jest reforma, to rozpoznawanie bojem. A przecież to są małe dzieci i trzeba z nimi postępować nadzwyczaj delikatnie. W czasie pracy nad ustawą specjalnie przygotowaliśmy zapis, że co roku minister edukacji ma przedstawiać w Sejmie stopień przygotowania szkół na przyjęcie sześciolatków. Tak miało być aż do chwili włączenia wszystkich sześciolatków do systemu edukacyjnego. Właśnie dlatego, że bardzo nie chcieliśmy, aby te trzy lata do roku 2012 były czasem straconym.

O tym, jaki efekt przyniosą te zmiany, przekonamy się dopiero za kilka lat. Ja jednak już teraz bardzo się niepokoję, czy to wczesne profilowanie, które zakłada np. zakończenie nauki historii już po pierwszej klasie szkoły ponadgimnazjalnej, rzeczywiście przyniesie pozytywne skutki. Boję się, że polska szkoła zbytnio się zamerykanizuje, i to w negatywnym sensie tego słowa. Bo jeśli teraz porównamy przeciętnego Polaka z Amerykaninem, to Polak bije go na głowę. Tym, że orientuje się w świecie, zna historię. Polak potrafi wymienić większość stanów USA, a Amerykanin nie będzie wiedział, gdzie leży Polska. Dlaczego? Bo amerykański system edukacji zakłada wczesne profilowanie. To powoduje, że młody człowiek musi dość szybko dokonać wyboru: czy chce iść np. ścieżką humanistyczną, czy woli przedmioty ścisłe. I jeśli potem stwierdzi, że jednak ma inne zainteresowania, może mieć problem z dostaniem się na studia.

Jestem zawsze zdziwiona, kiedy mówi się, że dzieci nauczą się matematyki, jeśli będzie z niej egzamin. Matematyka, owszem, uczy logicznego myślenia, ale od samej konieczności zdawania egzaminu nikt się niczego nie nauczy.

Matematyki należy uczyć solidnie przez pierwszych sześć lat szkoły i potem sprawdzić poziom wiedzy dzieci. Następnie trzeba matematyki uczyć przez trzy lata w gimnazjum i znowu zrobić test. A potem dalej trzeba uczyć tego przedmiotu w liceum, ale nie dopuszczać do egzaminu ucznia, który nie zna matematyki na poziomie podstawowym. Jeżeli matura ma zastępować egzamin wstępny na studia, to pozwólmy młodemu człowiekowi wybrać te przedmioty, jakich oczekuje od niego uczelnia. A poza tym jeżeli matura z matematyki ma mieć żenujący poziom, to lepiej, żeby w ogóle jej nie było. A jeśli ma to być egzamin na przyzwoitym poziomie, to nie ulega wątpliwości, że nie wszyscy sobie z nim poradzą.

Ja tylko jestem uczciwa wobec młodych ludzi. W momencie wprowadzenia nowej matury powiedziano, że nowa matura ma dwa zadania - zunifikować egzamin w skali całego kraju i zastąpić egzaminy na wyższe uczelnie. Pierwsze zadania się powiodło, ale drugie nie. Bo jeżeli matura ma zastąpić postępowanie rekrutacyjne, to przede wszystkim uczelnie powinny ustalić kryteria egzaminowania. Tymczasem teraz niektóre politechniki przyjmują studentów, którzy nie zdawali matematyki na egzaminie dojrzałości. To oznacza, że tym uczelniom zależy na liczbie studentów, a nie na jakości kształcenia. Ale z drugiej strony nie należy zmuszać do zdawania matematyki tych, którzy chcą studiować historię czy wszelkie filologie!

To bardzo pozytywny krok. Im więcej będzie w szkole wychowania seksualnego, tym mniej niechcianych ciąż i dramatów młodych ludzi.

Zgadzam się, że największą bolączką tego przedmiotu jest brak dobrych nauczycieli. Mam nadzieję, że wreszcie zacznie się dofinansowywać nauczycieli, którzy chcą zrobić specjalizację z tego przedmiotu. Bo jeśli lekcje prowadzi osoba z niedostateczną wiedzą, to młodzi ludzie po prostu przestają na nie chodzić.

Wszystko pięknie, tylko znowu mam to samo pytanie: kto będzie tego języka nauczał? Bo przecież gminy nie są w stanie zatrudnić dodatkowych nauczycieli. Więc na razie wydaje mi się, że zabraknie nam lingwistów, ale oczywiście chciałabym się mylić. Jak będzie, przekonamy się już wkrótce.

*Krystyna Łybacka, była minister edukacji narodowej

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj