MARIUSZ NOWIK: 15 listopada 1978 roku nad ranem do Jeziora Żywieckiego niedaleko Oczkowa spadają z mostu dwa autokary wiozące górników. Jeden po drugim, w odstępie kilkunastu minut. Ginie 30 osób. To największa w tym czasie katastrofa drogowa w Polsce. Badał Pan ten wypadek. Co było jego przyczyną?

PAWEŁ ZYZAK: Śledztwo milicyjne i prokuratorskie poprowadzono tak, by za wszelką cenę udowodnić, iż przyczyną katastrofy była oblodzona jezdnia. Winą obarczono dwóch kierowców autobusów - Józefa Adamka i Bolesława Zonia. Nie wzięto pod uwagę żadnych innych wersji. Akta sprawy dopasowywano do wersji ustalonej w gabinetach władzy.

Ponoć do wypadku przyczyniła się milicyjna nyska, którą na oblodzonym asfalcie musiał ominąć jeden z autokarów i dlatego wpadł w poślizg. Taka legenda przewija się w opowieściach o tej katastrofie. Sprawdzał ją Pan?

W odróżnieniu od prokuratorów sprawdzałem różne wersje dotyczące katastrofy w Wilczym Jarze. Weryfikując relacje ustne, natrafiłem na legendę o milicyjnej nysce. Samochód jakimś trafem znalazł się na moście i miał przyczynić się do wypadku. Jak ustaliłem, opowieść o nysce powstała tuż po wypadku. Stworzyli ją górnicy, którzy przyjechali „kopalniakami” krótko po tym, jak pierwszy z dwóch autobusów spadł w przepaść. Ta legenda przedostała się potem do szerszego ogółu i rozeszła po całej Żywiecczyźnie.

Ale czy jest w niej chociaż ziarno prawdy? Opowieść o tajemniczym radiowozie milicji wypływa co jakiś czas - na internetowych forach, w artykułach o katastrofie...

Sprawa jest żywa do dziś, między innymi dlatego, że nigdy nie została w pełni wyjaśniona. Legenda o milicyjnej nysce krążyła, powtarzały ją rodziny ofiar, kierowców, górników, a nawet niektórzy strażacy i funkcjonariusze milicji. Poniekąd dawano jej wiarę. Jak pokazały badania, całkiem słusznie. Śledztwo prokuratorskie w sprawie katastrofy w Wilczym Jarze omijało ten temat, skupiając się na nie mniej istotnych kwestiach warunków pogodowych i stanu technicznego autokarów, ale przez to tuszując rzeczywistą, pierwotną przyczynę nieszczęścia. Nie przekraczając kompetencji naukowca, mogę powiedzieć, że na moście prawdopodobnie doszło do zderzenia autokaru z jakimś pojazdem, najpewniej radiowozem MO.

Jak tuszowano ten wypadek? Trudno chyba byłoby ukryć śmierć 30 osób.

To katastrofa masowa. Nie sposób było jej przemilczeć. W takich przypadkach władze partyjne i administracyjne stosowały sprawdzony już schemat działania. Przedstawienie tego mechanizmu było jednym z moich celów, kiedy zabierałem się do pracy nad książką o katastrofie w Wilczym Jarze. Chciałem stworzyć publikację, będącą naukową analizą postępowania władz wobec wielkich katastrof PRL-u.

Katastrof w Polsce Ludowej nie brakowało. Podobna do tej w Wilczym Jarze wydarzyła się w styczniu 1978 roku, w Osiecznicy, gdzie ciężarówka wojsk radzieckich wioząca element mostu przecięła na pół autobus PKS. Zginęło wówczas 15 osób. Albo tragedia, jaka wydarzyła się na defiladzie w Szczecinie w październiku 1962 roku, gdzie czołg wjechał w tłum, zabijając siedmioro dzieci. To były wypadki z politycznym podtekstem, niewygodne dla władz. Czy można je porównywać do sprawy z Wilczego Jaru?

Tak. Wszystkie automatycznie zyskiwały ostrze polityczne, jako że w państwie totalitarnym każda dziedzina życia była kontrolowana i przez to upolityczniana. Katastrofy potencjalnie groziły niekontrolowanym wybuchem niezadowolenia, wszystkie prowokowały do pytań. Wiadomości o katastrofie w Szczecinie miały największe szanse przedostania się do szerszej opinii publicznej. Wypadek wydarzył się w czasie oficjalnych uroczystości, na defiladzie wojskowej, wokół było mnóstwo świadków. Natomiast w przypadku katastrof w Wilczym Jarze i Osiecznicy mogło być inaczej. Katastrofa w Osiecznicy wydarzyła się po zmroku, ale na ruchliwej drodze. Informacje o niej, dzięki Radiu Wolna Europa, wyszły na Zachód. Najłatwiej było zdławić pogłoski o katastrofie autokarów w Oczkowie. Katastrofa była specyficzna. Wydarzyła się w górach, w terenie zamkniętym, na lokalnej drodze, przed świtem, kiedy ruch był niewielki. Jednak we wszystkich tych przypadkach władza stosowała podobny modus operandi.

Na czym on polegał?

Szybko powoływano zespół rządowy składający się z ministrów i wiceministrów, który ustalał oficjalną wersję wydarzeń. Na miejscu wypadku z marszu do działań przystępowała Służba Bezpieczeństwa. Wchodziła w kompetencje MO, ustalała razem z „drogówką”, co się wydarzyło, pomagała zabezpieczać teren, wstępnie indagowała świadków oraz domniemanych sprawców, jeśli oczywiście przeżyli. Później odwiedzała rodziny ofiar, ponownie świadków, urzędników powiązanych ze sprawą, dbając cały czas, by śledztwo nie wyskoczyło z właściwych torów. Zdarzało się, że SB „tworzyła” własnych świadków, których zadanie polegało na dezinformowaniu, poprzez rozprzestrzenianie plotek lub podważanie wiarygodności świadków i domniemanych sprawców. Władze polityczne wykorzystywały zamęt informacyjny, aby nakierować opinię publiczną na oficjalną wersję wydarzeń.

A dziennikarze, którzy opisywali katastrofy? Ich też „nakierowywano”?

Media w takich sytuacjach miały bardzo ważną rolę do odegrania. I one działały według jasno określonego schematu. Kiedy w prasie krajowej pojawiała się - najczęściej enigmatyczna i krótka - wiadomość o wypadku, natychmiast zestawiano ją z informacją o jeszcze większej katastrofie na Zachodzie lub w krajach Trzeciego Świata. Tragedię w Wilczym Jarze „Trybuna Ludu” przykryła katastrofą lotniczą na Sri Lance, w Kolombo, w której zginęło 199 osób. Zabieg ten miał skutkować osłabieniem wrażenia, jakie mogły tworzyły rozmiary katastrofy na Żywiecczyźnie. Następnie media krajowe odcinano od informowania o wypadku. Zajmowały się nim wyłącznie media lokalne. Tam z kolei publikowano doniesienia zatwierdzone na szczeblu politycznym. Opisując przyczyny katastrofy, kładziono nacisk na jakąś usterkę, na brak czujności operatora, kierowcy, maszynisty, na warunki pogodowe. Podkreślano, że władze zabezpieczyły byt rodzin ofiar i zatroszczyły się o rannych. Wiele miejsca poświęcano na oficjalne kondolencje. Partia musiała wykazać się współczuciem i wzbudzić przekonanie, że władze dokładają wszelkich starań, by uniknąć podobnych tragedii w przyszłości. Jednak z każdym kolejnym rokiem istnienia PRL, wraz z upadającą gospodarką, represjami i stagnacją umysłową elit PZPR władza miała coraz większe problemy ze wzbudzeniem zaufania gdziekolwiek.

Urzędnicy z wyższej półki, dyrektorzy czy ministrowie odpowiadali za katastrofy?

Oczywiście, że nie. Winni musieli być maluczcy. Kierowcy, piloci, motorniczy, dyspozytorzy ruchu... Z punktu widzenia władz najlepiej, jeśli zginęli w katastrofie. Wówczas łatwiej było pokierować śledztwem. Ustalenia milicji i prokuratorów musiały być zgodne z przekazem wytworzonym na szczeblu rządowym oraz „transmitowanym” przez media. W tymże przekazie dyrektorzy zakładów, okręgów, władze partyjne, ministrowie - byli poza jakimikolwiek podejrzeniami oraz jakąkolwiek odpowiedzialnością. W efekcie byli nietykalni.

Mówi Pan o zabezpieczeniu politycznym katastrofy, na wpływaniu na świadków i rodziny ofiar. Dlaczego władzom centralnym miałoby zależeć na tuszowaniu sprawy z Wilczego Jaru? Sprawy, jakby nie patrzeć, przecież lokalnej.

To nie była wyłącznie sprawa lokalna. Należy na nią spojrzeć na tle wydarzeń i procesów społecznych z drugiej połowy lat 70. Był to okres wyjątkowo podatny na bunty niezadowolenia, mogące doprowadzić do rewolty na wielką skalę. Meldunki SB mówią o rosnącym niezadowoleniu społecznym, o niepokojach wynikających z fatalnej sytuacji ekonomicznej kraju. Władza wiedziała, że prędzej czy później do ludzie wyjdą na ulice, zwłaszcza, że wydarzenia roku 1976 przyniosły tylko doraźne rozwiązania ekonomiczne. Każda taka katastrofa jak tragedia w Wilczym Jarze mogła ten bunt przyspieszyć. Zwłaszcza katastrofa, w której uczestniczyli górnicy, pracujący przecież w branży - z punktu widzenia Polski gierkowskiej - strategicznej. Przypadek na dodatek sprawił, że w dniu, w którym wydarzyła się katastrofa w Oczkowie, miał miejsce zjazd Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Bielsku-Białej.

Ale jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Ofiary pochodziły z gór, z pogranicznej Żywiecczyzny, a więc regionu o topografii utrudniającej kontrolę policyjną. Ludzie posiadali tu mentalność charakterystyczną dla ludności pogranicza, z właściwymi dla potomków Wołochów bogobojnością i zawadiactwem. Czas pokazał ten charakter. Determinacja robotników na Podbeskidziu w czasie strajków w sierpniu 1980 roku i w lutym 1981 roku, nie miała sobie równych. Strajk generalny z początku 1981 roku, który przeszedł do historii jako bunt Podbeskidzia, doprowadził do usunięcia wszystkich najważniejszych notabli związanych z administracją i MO w Bielsku-Białej z zajmowanych stanowisk. Rzecz wówczas bez precedensu. W najsłynniejszych i najdłuższych strajkach stanu wojennego na Śląsków, w KWK „Piast” i KWK „Ziemowit” pod ziemią znajdowali się między innymi górale z Żywiecczyzny.

Rozmawiał Pan z rodzinami ofiar. Czy SB wpływała na ich zeznania?

Starali się to czynić pracownicy wydziału kryminalnego MO, prowadzący śledztwo. Funkcjonariusze SB interesowali się śledztwem, lecz przede wszystkim tym, co z niego wyłączono - między innymi plotką o milicyjnej nysce. Jedną osób, które SB nachodziła, był Marian Adamek, starszy brata Józefa, kierowcy pierwszego autobusu. Marian Adamek próbował na własną rękę oczyścić imię brata, obarczonego winą za wypadek. Józef Adamek osierocił czworo dzieci, w tym Tomasza Adamka, znanego pięściarza.

Czytając Pańską książkę, odniosłem wrażenie, że bardzo osobiście podchodził Pan do katastrofy w Wilczym Jarze...

Moja rodzina pochodzi z Oczkowa, mój ojciec i jego bracia byli górnikami, jeździli tymi „kopalniakami”. Mój dziadek Karol pracował w PKS-ie, przyjaźnił się z kierowcami, którzy zginęli w tej katastrofie. Gdy przygotowywałem się do napisania książki, w USA rozmawiałem także z synem Józefa Adamka. Zależało mu dogłębnym wyjaśnieniu całej sprawy.

W książce nie przytacza Pan jednak dokumentów Służby Bezpieczeństwa...

W archiwach Instytutu Pamięci Narodowej nie znalazłem akt SB dotyczących sprawy Wilczego Jaru. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Być może komuś zależało, by się już nie odnalazły. Musimy jednak pamiętać, że policja polityczna nie zajmowała się wyjaśnianiem katastrof. Stanowiła „oczy i uszy” partii, chroniła jej interesy i interesy reżimu. Dlatego jeśli w przyszłości znajdą się dokumenty dotyczące tej tragedii, najpewniej nie opowiedzą nam w szczegółach o jej przebiegu.

Paweł Zyzak - historyk i publicysta, autor m.in. kontrowersyjnej biografii „Lech Wałęsa - idea i historia” oraz monografii „Tajemnica Wilczego Jaru” poświęconej katastrofie dwóch autokarów na Żywiecczyźnie, jaka wydarzyła się 15 listopada 1978 roku

ZOBACZ TAKŻE inne artykuły z wydania "Dziennika Gazety Prawnej" z 27 grudnia >>>