Dziennikarską karierę zaczynał wcześnie, jeszcze w szkole średniej w Płocku. Pierwsze szlify zdobywał w "Nowym Mazowszu", lokalnej gazecie, której współwłaścicielem był były poseł SLD Wiesław Kossakowski. Nisztor pisał dużo o sporcie - jego konikiem była piłka nożna. Ale szybko zrozumiał, że nie chce się specjalizować tylko w tej dziedzinie. Chciał wypłynąć na szerokie wody.

Dariusz Wilczak w "Polityce" opowiada, jak w 2005 roku po napisaniu książki na temat Aleksandra Kwaśniewskiego zadzwonił do niego młody człowiek z Płocka, z propozycją organizacji w rodzinnym mieście wieczoru autorskiego. To właśnie był Nisztor. Pomysł wypalił, a chłopak szybko postarał się o staż. Wilczak przyznał jednak, że w tygodniku się nie ostał, bo miał braki w warsztacie dziennikarskim - kiepsko pisał. 

Nisztor się jednak nie poddał. Na studia przyjechał do Warszawy. Skończył Instytut Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW i jest magistrem... teologii.  Już na studiach zaczął regularnie pisać dla "Gazety Polskiej", skąd dość szybko trafił do "Dziennika Polska Europa Świat". Młody "pistolet" w dresowych szortach i t-shircie (dopiero po latach zamienionych na garnitur) zajmował się przede wszystkim wojskiem, służbami oraz polityką. Z "Dziennika" trafił do "Rzeczpospolitej". I tu opublikował pierwsze taśmy.

W tym czasie zraził do siebie środowisko "Gazety Polskiej". Poszło o tekst "Jak generał WSI rozdawał prezenty", o tym jak "kojarzona z aferami formacja przez lata wspierała działalność domu dziecka". Tekst wielu byłych kolegów z redakcji prawicowego pisma uznało za medialną próbę ocieplanie wizerunku WSI i dowód na to, że były kolega za mocno związał się ze służbami. Potem podobne oskarżenia pojawiały się coraz częściej. Im głośniejsze były teksty Nisztora, tym większe budził kontrowersje ich autor.

CZYTAJ WIĘCEJ: Piotr Nisztor, autor tekstu o podsłuchach: Nie jestem funkcjonariuszem służb

Z "Rz" rozstał się po czterech latach, jeszcze przed aferą "trotylową". Odnalazł się w "Pulsie Biznesu". Zaliczył też telewizyjny epizod, gdy w TVP rządził jeszcze Piotr Farfał. Ale jak wynika z naszych informacji naraził się podejmowaniem niewygodnych dla ówczesnego kierownictwa telewizji i ich politycznych mocodawców tematów. Wyemitowano tylko 9 odcinków "Na tropie" i program nie wrócił na antenę,

"Taśmowy"

Po publikacji przez "Wprost" najnowszych taśm Nisztor był przez wielu wskazywany jako najsłabszy punkt całej afery. A to dlatego, że właśnie dziennikarza menedżer restauracji Sowa i Przyjaciele miał wskazać jako tego, który zlecił założenie podsłuchów. Miał go też poinstruować, jak to zrobić. Nisztor zaprzeczył zeznaniom Łukasza N., jego oskarżenia nazwał absurdalnymi i zapewnił, że nie zna nawet nazwiska menadżera. 

Ale to uruchomiło lawinę. Pojawiły się kolejne zarzuty. Taśmy "Wprost", którymi od dwóch tygodni żyje kraj, nie są bowiem jedynymi nagraniami ujawnionymi przez Nisztora. Opublikowanych rewelacji z podsłuchów ma on na koncie znacznie więcej. Ich "antybohaterowie" dziś korzystają z okazji, by odbić sobie krzywdy kosztem dziennikarza. Jednym z oskarżycieli jest Jacek Karnowski, prezydent Sopotu. Zapis podsłuchanej rozmowy polityka Nisztor opublikował razem z Piotrem Kubiakiem na łamach "Rz".

Karnowski usłyszał wtedy kilka zarzutów, w tym ten najcięższy - o wzięcie łapówki. Po latach śledztwo umorzono, bo prokuratura uznała, że nagranie jest jednak kopią i mogło być zmanipulowane. Dziś prezydent Sopotu bije właśnie w Nisztora. Jego zdaniem całą "aferę sopocką" wykreowali dziennikarze. Obaj mieli współpracować bardzo ściśle z CBA Mariusza Kamińskiego. Karnowski na swoim blogu pisze, że 6 lipca 2008 roku, kiedy Julke "szedł nagrywać", obaj do niego wydzwaniali. - Na próżno apelowałem wtedy i przez wiele następnych lat, żeby wyjaśnić tę sytuację - pisze Karnowski i dodaje:

- W Polsce nigdy nie ścigało się tych, którzy manipulowali nagraniami, działając na zlecenie polityczne, a w konsekwencji tego jeden z bohaterskich redaktorów związanych z PiS-owskimi mediami jest na najlepszej drodze do doprowadzenia do rozkładu rządu.

Dziennikarza oskarża też inny bohater podsłuchowej afery. Chodzi o Władysława Serafina, który nagrał swoją rozmowę z byłym szefem Agencji Rynku Rolnego Władysławem Łukasikiem. Serafin w oświadczeniu napisał, że to Nisztor i jego kolega z TVN, Łukasz W. wyreżyserowali nagranie. A w dodatku oszukali go, twierdząc że materiał zostanie wykorzystany do reportażu telewizyjnym o spółce Elewarr. Serafin dziś opowiada, że Nisztor jest specem od podsłuchów, bo doskonale orientuje się w sprawach technicznych - zna urządzenia, metody.

Opisana w "Pulsie Biznesu" afera skończyła się dymisją ministra rolnictwa i kryzysem w koalicji. Dlaczego Serafin rzuca oskarżenia właśnie teraz? Twierdzi, że czekał z tymi informacjami dwa lata, bo wcześniej nikt nie traktował go poważnie. 

Zarówno oskarżenia Serafina jak i sugestie Karnowskiego Nisztor nazywa absurdalnymi. Dla niego to zemsta osób, które ucierpiały w opisywanych przez niego aferach.

- Ilość oskarżeń i insynuacji na mój temat pęcznieje z dnia na dzień. Nie chcę jednak robić z siebie ofiary, bo nie żałuję żadnej decyzji podjętej w czasie pracy w swoim zawodzie. Aczkolwiek wiem dobrze, że liczba wrogów mi rośnie - mówi dziennik.pl Nisztor. 

Zaprzecza też, jakoby miał cokolwiek wspólnego z "taśmami Piesiewicza". Jak pisze "Polityka" w aktach sprawy przeciwko byłemu senatorowi pojawia się nazwisko Nisztora. Jeden ze świadków zeznał, że wiedział od dziennikarza o tym, że ten ma film z nagraniem kompromitującym senatora.

- Nie mam nic wspólnego z tym, że "SE" zdobył nagrania, nigdy nie miałem ich w ręku. Jedyna rzecz, jaką w tej sprawie robiłem, to materiał nakręcony wraz z kolegą Polsat News, w którym z ukrytej kamery kręciliśmy szantażystów - mówi nam Nisztor i dodaje, że jego prawnik analizuje wszystkie kłamliwe doniesienia. Nie wyklucza pozwów.

CZYTAJ WIĘCEJ: Dziennikarz pomagał podsłuchiwać? "Być może to wrzutka, która ma doprowadzić do zamętu"

Sieć powiązań

Zarzuty w aferze taśmowej usłyszeli już menedżerowie z dwóch restauracji i dwaj biznesmeni, milioner Marek F. i jego szwagier. Z tym pierwszym Nisztor wielokrotnie rozmawiał, bo jak tłumaczy pisał tekst na temat jego firmy, Składy Węgla. Zatrzymanie biznesmenów go zaskoczyło. Nsztor zaprzecza jednak jakoby łączyły go z nimi jakiekolwiek prywatne relacje. Sugeruje, wręcz że śledczy podjęli fałszywy trop, sprawdzając i oskarżając jego rozmówców.

Pierwsze wątpliwości już się jednak pojawiły. O współpracy Nisztora z jedną ze spółek Marka F., HAWE napisała "Gazera Wyborcza". Dziennikarz zaprzecza, jakoby miał coś wspólnego z jakąkolwiek spółką biznesmena.

Ciekawy jest jednak fakt, że to właśnie w radzie nadzorczej w HAWE zasiadał swego czasu Andrzej Kleszczewski, były prezes Polskiego Holdingu Farmaceutycznego i bliski znajomy Nisztora. Dziennikarz twierdzi, że to nie ma znaczenia, bo z Kleszczewskim jego drogi rozeszły się już dwa lata temu. Nie chce zdradzać, o co się poróżnili.

W gronie wysoko postawionych znajomych Nisztora jest jeszcze Andrzej Wilamowski, właściciel firmy Elektrix, biznesmenem, o którym mówi się, że ma szerokie znajomości wśród prominentnych polityków PSL.

Wilamowskiemu Nisztor poniekąd zawdzięcza stanowisko redaktora naczelnego. To jego syn - Michał - i pracownicy Elektrixu figurują w spisie właścicieli Press Media Enterprise, wydawcy tygodnika "7 Dni Puls Tygodnia", którego redaktorem naczelnym był Nisztor. Konkurencyjny dla "Angory" tygodnik okazał się klapą, ukazywał się tylko przez kilka miesięcy. Zanim go zamknięto, wydawnictwo pożegnało się z Nisztorem.

- Piotr ma ogromne "parcie na szkło". Za 5 minut sławy i chwały jest gotów palić wieloletnie relacje - mówi jeden z jego dawnych kolegów z redakcji. Jego zdaniem to właśnie ambicja i specyficzne środowisko, w jakim Nisztor zaczął się obracać, miały wpływ na przebieg jego kariery.

CZYTAJ WIĘCEJ: Grupa podsłuchująca władzę? Przeciek z ABW: Poseł PiS, dziennikarze, byli oficerowie BOR

Dziennikarz nie ma jeszcze trzydziestki, a był już dwukrotnie nominowany do nagrody Grand Press, ma też na koncie nominację do Mediatorów i książkę o tragicznych wydarzeniach z 2010 roku "Cała prawda o katastrofie smoleńskiej. Kto naprawdę ich zabił?". Pracuje nad kolejnymi m.in. o kulisach prywatyzacji w Polsce pt. "Nietykalni".

Mimo kontrowersji, jakie coraz częściej budzi jego osoba, i poważnych oskarżeń, jakie na niego spadają, jest przekonany o tym, że wypełnia swoją misję. Nie wydaje się człowiekiem targanym przez dylematy. Publikacji taśm nie żałuje.