Pustynia z wielką sceną, 1500 aut, 6 odrzutowców i tłum 2000 fanów - tak zaczyna się „The Grand Tour”, czyli nowy program Jeremiego Clarksona, Jamesa Maya i Richarda Hammonda, trójki byłych moto-gwiazd BBC.

Amazon, nowy pracodawca twórców brytyjskiego formatu „Top Gear” wydał na otwierającą scenę pierwszego odcinka ponoć 3,2 mln dolarów, czyli lekko licząc ponad 13 mln złotych. Światowe media uznały, że to rekord, jakiego telewizyjna produkcja jeszcze nie widziała. Rekord o tyle znaczący, że program zadebiutuje tylko w internecie.
Dla porównania - tyle wynosił budżet jednego z najdroższych seriali w historii TVP, czyli „Bodo”. Podkreślamy, że chodzi o budżet całego sezonu, a nie kilkunastu minut - jak w przypadku „The Grand Tour”.

Czy gigantyczna inwestycja, ponad 830 mln zł wydanych na 36 odcinków show Amerykanom się opłaci? Już wiadomo, że gigant sprzedaży online wykorzysta premierę show do międzynarodowej ekspansji i w grudniu oficjalnie wejdzie do 200 krajów. W tym do Polski. Szczegóły oferty nie są jeszcze znane.

Pewne jest, że dla nas geoblokada już została wyłączona. Od piątku polscy internauci, którzy zapisali się do subskrypcji Amazon Prime mogli obejrzeć nie tylko premierowy odcinek show Jeremy’ego Clarksona i jego kamratów, ale też oryginalne produkcje z biblioteki Amazona, jak choćby serial na podstawie książki Philipa K. Dicka, „Człowiek z Wysokiego Zamku”.

Ale nie spodziewajcie się polskiej wersji językowej. Amazon w Polsce to w rzeczywistości przetłumaczona na nasz język wersja niemieckiej platformy. Amazon Prime dostaniemy więc z niemieckim lektorem i napisami. I raczej nie ma się co spodziewać, że w grudniu, kiedy to zapowiedziano oficjalną, światową premierę "The Grand Tour" to się zmieni. Netflix, który światową karierę na taką skalę zaczął na początku 2016 roku też wystartował z anglojęzycznym serwisem, dopiero po kilku miesiącach odpalił jego polską wersję.

Globalna ekspansja Amazona właśnie przy okazji premiery „The Grand Tour” ma swoje uzasadnienie. „Top Gear” trafił dzięki trójce prowadzących do księgi rekordów Guinessa w 2013 roku gromadząc przed telewizorem 350 milionów ludzi w 212 krajach! Sam Clarkson tłumaczył, że jeśli zaledwie 1 proc. publiczności jego byłego programu wykupi abonament Amazon Prime za 79 funtów rocznie to nadawca odzyska około 276 mln funtów. A przecież nie tylko o abonamenty tu chodzi. Przy okazji promowania oferty wideo, Amazon będzie zapewne rozwijał swój e-sklep i próbował zwiększać międzynarodowe obroty, bo to zakupy online są przecięż podstawą ich biznesu.

Matematyka Clarksona - w temacie wideo online - na polskim rynku może jednak nie wypalić. „Top Gear” miał tu co prawda swoich miłośników, co pokazują choćby ubiegłoroczne statystyki BBC Brit, ale trudno ocenić ilu z nich za dostęp do serwisu zapłaci. - Stacji w czasie premierowych emisji tego programu zdarzało się gromadzić 100-180 tys. widzów, a więc absolutnie rekordowe dla siebie widownie (średnia dla kanału wynosił w ub.r. 6 tys. widzów) - mówi nam Izabela Albrychiewicz prezes MEC.

Dodaje, że Polska wciąż nie jest jednak eldorado dla serwisów z wideo na życzenie, za które trzeba płacić regularne kwoty miesięcznie (SVOD). - Skłonność do płacenia za treści lekko u nas rośnie, ale wciąż tylko 26 proc. internautów zdarza się sięgać po kartę czy telefon, by opłacić wideo. To niewiele więcej niż w badaniu, które przeprowadziliśmy rok wcześniej - dodaje.

A ceny są, jak na polski rynek wysokie. Pierwszy miesiąc korzystania z Amazon Prime jest darmowy, ale potem trzeba zapłacić co najmniej 7,99 euro miesięcznie czyli dokładnie tyle, ile życzy sobie za dostęp do swojego serwisu Netflix. Konkurent Amazona, jako pierwszy dostrzegł potencjał działalności globalnej. Dziś chwali się, że ma 86 mln użytkowników na świecie. Ale w Polsce, choć zainwestował w polską wersję językową i lokalne filmy na razie jest daleko poza pierwszą dziesiątką najpopularniejszych serwisów z wideo w sieci.

Ilu konkretnie Polaków płaci za dostęp? Tego nie wiadomo. Gemius/PBI podaje, że w październiku odwiedziło Netflixa 430 tys. internautów. W porównaniu z polskimi gigantami jego wyniki są po prostu słabe. Liczby w przypadku konkurentów z naszego podwórka idą w miliony użytkowników. Jeśli chodzi o legalne serwisy VOD to pierwsze miejsca pod względem liczby użytkowników okupuje Grupa Onet (4,2 mln), oraz platformy największych stacji TVN (3,7 mln), TVP (2,7 mln) i Polsatu (2,45 mln). Co więcej, internauci spędzają tam średnio miesięcznie nie 5 minut, jak to ma amerykańskiej platformy, ale 5 godzin, jak to ma miejsce w przypadku TVN Player.

Wszystkie są jednak bezpłatne (za to z reklamami, których nie ma np. w Netflixie) i co najważniejsze opierają się na lokalnych produkcjach.

W Polsce nie mamy modeli subskrypcyjnych ze względu na nasze prawo i biedę – mówił Maciej Stec, członek zarządu Cyfrowego Polsatu w czasie Konferencji Polskiej Izby Komunikacji Elektronicznej w Łodzi. Wskazywał też małą rozpoznawalność oryginalnych produkcji Netflixa.

- To kontent z innej rzeczywistości. Gdybyśmy wyszli z hotelu, na łódzką ulicę, to podejrzewam, że na pytanie czy znają „House of Cards” większość ludzi odpowiedziałaby wzruszeniem ramion - dodawał.

Polacy najbardziej sobie cenią rodzime produkcje, co widać zarówno po frekwencji na polskich filmach w kinach jak i telemetrii. To dlatego w polskie seriale coraz mocniej inwestują właściciele płatnych kanałów, jak HBO i Canal+.

Ale to nie znaczy, że polscy nadawcy mogą spać spokojnie. - Na rynku VOD panuje ogromne poruszenie. Siłą międyznarodowych gigantów jest właśnie ich globalność i zasięg, w wyścigu o prawa do najlepszych produkcji wygrywają z lokalnymi graczami właśnie z pomocą tych atutów. Stąd zainteresowanie  Polską, czyli największym rynkiem CEE nie dziwi - mówi Albrychiewicz.

Dodaje, że badania MEC pokazują, że już połowa e-widzów skłonna jest do płacenia za treści, których nie może obejrzeć w telewizji, a jedna trzecia gotowa jest płacić za programy, o ile dostanie je przed telewizyjną premierą. - Widać więc, że kluczem do sukcesu jest oryginalny kontent i ten atut miałby Amazon Prime.