Nie można wyprzedzić konkurencji, robiąc to samo, co ona – to jedno z podstawowych praw kapitalizmu XXI wieku. Dlatego tak znacząca jest dziś wartość start-upów. Jak nazwa wskazuje, takie przedsięwzięcie ma przede wszystkim coś rozpocząć: wyjść z nowym pomysłem i sprawdzić, czy da się go opłacalnie wykonać na naprawdę dużą skalę. Twórcy start-upu nie muszą mieć ogromnego kapitału. Ważniejsza jest ambicja i idee, których nie wprowadził w życie nikt inny. Przykładami znanych start-upów ze świata są Uber, aplikacja pozwalająca znaleźć szybko przejazd, czy Xiaomi, producent telefonów komórkowych. Aby założyć start-up, teoretycznie nie są konieczne studia matematyczne czy wiedza technologiczna. Nie da się jednak ukryć, że dzisiaj wiele spośród tych najbardziej opłacalnych pomysłów dotyczy właśnie działalności w internecie czy technologii komórkowych. Szczególnie w Polsce, gdzie funduszy państwa i inwestorów nie ma tak wiele jak w USA czy Chinach i największe szanse na sukces mają pomysły, które są po prostu tanie w realizacji. Do powstania jednego algorytmu czy wzoru technicznego potrzebna jest jedynie odpowiednia wiedza, a mogą być warte fortunę. Oto przykłady krajowych start-upów, które na pewno zachęcają do wyboru matematyki na studiach:

psav

Geometria dla zaawansowanych

Większość polskich start-upów powstaje w dużych miastach: Warszawie, Krakowie, Poznaniu... Ale nie ten, który jest na językach całego świata: olsztyński Zortrax. Firma produkująca drukarki 3D wypracowała w ubiegłym roku milionowe zyski i niedługo wejdzie na giełdę. Druk 3D może zrewolucjonizować metody produkcji, przez co wiele kształtów i sprzętów stanie się łatwiejszych i tańszych do wytworzenia. Mogą to być tanie protezy, modele medyczne, elementy maszyn, ale także naczynia czy ubrania. Potencjał druku 3D jest ogromny. Wdrożenie go na masową skalę zależeć będzie jednak od kosztów konkretnych projektów i niezawodności technologii w dłuższej perspektywie. Dlatego przebojem stała się drukarka Zortrax M200, która zawiera oprogramowanie znacznie ułatwiające tworzenie modeli, a także materiały do takiego druku. M200 wyróżnia się też na rynku przystępną ceną i niewielką awaryjnością. Właśnie dlatego polski start-up ma szanse stać się dla druku 3D tym, czym dla fotokopii był Xerox. Z M200 korzysta już m.in. Dell, który w ten sposób zmniejszył koszty wytworzenia prototypów swoich urządzeń. Niedługo pojawią się inne wersje drukarek Zortax – tańsze i mniejsze dla hobbystów oraz większe dla profesjonalistów.

Założyciele start-upu, Rafał Tomasiak i Michał Olchanowski, nie skończyli studiów matematycznych. Początkowo studiowali marketing w... Ełku, następnie wyjechali do Hongkongu, gdzie poznali raczkującą wtedy technologię druku 3D. Korzystali ze źródeł open source, czyli oprogramowania dostępnego publicznie. Nie znaczy to jednak, że łatwo na jego podstawie wykonać gotowy produkt. Podobnie jak w przypadku produkcji tradycyjnej, na wtryskarkach, druk 3D wymaga znajomości cech fizycznych materiału i perfekcyjnie przygotowanego projektu. Wyobraźnia przestrzenna i znajomość zasad geometrii zawsze będzie potrzebna nie tylko twórcom takich drukarek, ale też użytkownikom. Co więcej, niski koszt wytworzenia modelu sprawia, że drukarki 3D stają się bardzo atrakcyjne dla szkół. Mogą być pomocne w uczeniu trójwymiarowej geometrii. Całkiem możliwe, że niedługo obliczenie powierzchni czworościanu będzie podstawowym elementem pracy w każdej niemal branży – np. kandydaci na lekarzy będą wykonywać modele na zadanie domowe, by udowodnić, że znają budowę anatomiczną człowieka lub zaprezentować przykład operacji. Ci, którzy już teraz „orientują się” w tej dziedzinie, będą mieli przewagę – warto o tym pamiętać.

Matematyka łączy ludzi

Jeśli kiedykolwiek przeglądaliście stronę, a w jej dolnym rogu pojawiło się okienko pozwalające na rozmowę z konsultantem firmy przez chat, prawdopodobnie była to usługa LiveChat. Wrocławska firma o tej nazwie jest bowiem światowym liderem w tej dziedzinie. Rok 2015 przyniósł LiveChatowi przekroczenie symbolicznych granic liczbowych. Z ich usług korzysta już 10 tys. firm z całego świata (w większości z USA). Co więcej, jako pierwsza firma technologiczna w Polsce, osiągnęli na giełdzie wycenę w wysokości miliarda złotych. A nie mówimy o gigancie – LiveChat zatrudnia zaledwie kilkadziesiąt osób, pracujących w niedużym domu przy ul. Dębowej we Wrocławiu. Renoma, którą cieszą się w branży sprawia, że nie mają w swoich szeregach ani jednej osoby odpowiedzialnej za reklamę. Firmy amerykańskie oferujące podobne usługi często liczą ponad tysiąc pracowników. To pozwala zrozumieć, czemu Polacy konkurując z nimi, wygrywają. Wśród klientów LiveChat są tak znane marki jak Adobe, LG, Bosh, mBank czy Uniwersytet Stanforda, ale większość to firmy małe i średnie.

Gdy Mariusz Ciepły zakładał ten start-up w 2002 roku, studiował na II roku inżynierii systemów informatycznych. Matematyka na studiach na pewno mu się przydała do zaprojektowania programu tak wydajnego, jak LiveChat. Na pierwszy rzut oka wydaje się on bardzo prosty, a jednak okazał się niemożliwy do podrobienia przez konkurencję. Jednym z kluczowych elementów programu są algorytmy i analiza danych konkretnego klienta, które pozwalają, by okienko chatu pojawiało się tylko w wybranych przypadkach: na przykład gdy internauta długo ogląda jakiś produkt, być może szukając konkretnej informacji. Zbiór danych pozwala firmie na analizę statystyczną, dzięki której może dokładnie sprawdzić, w jakich okolicznościach klient decyduje się na zakup.

Za sukcesem rynkowym stoi nie tylko programowanie, ale też matematyka stosowana innego rodzaju: w której pierwszorzędne znaczenie ma ilość klientów, którą firma może zyskać, używając LiveChata. Jak się okazuje, coraz więcej osób nie lubi dzwonić do firmy czy wysyłać e-maili. Za to chętnie rozmawiają poprzez chat i decydują się na zakup. Dlatego też Polacy liczą na kilkaset nowych współpracowników każdego miesiąca. LiveChat zapewne nie odniósłby sukcesu rynkowego, gdyby założyciel nie postanowił przejść na model SaaS (program jako usługa). W tym modelu program znajduje się w „chmurze” w Internecie, a klient nie kupuje go dożywotnio za określoną sumę (gdzie często koszt jest wysoki), ale płaci za dany czas korzystania np. miesięczny abonament. Dzisiaj większość firm technologicznych w Polsce używa właśnie modelu SaaS, by zachęcić do przetestowania ich usługi. Jeśli klientowi się spodoba, zostanie.

Oko na Internet

Jedną z zalet firm technologicznych, które pozwalają im na szybki rozwój, jest łatwość zastosowania ich rozwiązań w innych miejscach świata. Doskonałym przykładem jest tu założony w 2011 roku start-up Brand24, o którym już trzy lata później media donosiły, że podbija rynek... Indonezji. Rok później kolejna wiadomość: wśród klientów firmy znalazł się amerykański Biały Dom. Twórca projektu, Michał Sadowski, miłością do matematyki został „zarażony” przez ojca i pasjonował się nią już od podstawówki. Podobnie jak założyciele LiveChatu, skończył informatykę na Politechnice Wrocławskiej. Jak sam mówi, wykorzystał w praktyce wiedzę z matematyki stosowanej, której uczył się na studiach, w przeciwieństwie do wiedzy z przedmiotów dotyczących np. budowy komputera. Pierwszy milion Sadowski zarobił, jak twierdzi, późno jak na dzisiejsze standardy w branży, bo... na czwartym roku studiów, kiedy to sprzedał udziały swojego pierwszego start-upu, Patrz.pl. Był to serwis w stylu YouTube, który nadal funkcjonuje, choć świata nie podbił. To udało się dopiero Brand24, narzędziu, które służy do monitoringu Internetu.

Matematyka stosowana w dzisiejszej informatyce często polega głównie na wprowadzeniu określonych oszczędności. Cenione są metody, które pozwalają na skrócenie czasu wykonania czynności. Właśnie dlatego, wbrew stereotypom, matematycy wcale nie muszą np. szybko policzyć, jaki jest wynik rachunku 167 razy 850. Wielu z nich nie umie tego zrobić, od tego są w końcu kalkulatory. Algorytmy, które odróżnią jeden serwis od drugiego, powinny skracać drogę do celu, z użyciem dostępnych metod. W dużym biznesie nawet kilkuprocentowa oszczędności może stanowić różnicę między zyskiem a stratą. Tak właśnie można opisać zasady funkcjonowania zdalnego monitoring internetu, np. serwisów społecznościowych. Teoretycznie, gdybyśmy chcieli samodzielnie sprawdzić, co ludzie na Facebooku, Twitterze, YouTube itp. mówią o naszej firmie, jest to możliwe. „Wystarczy” zatrudnić kilkanaście osób, które przez cały dzień będą przeglądały wszystkie profile, szukały informacji, w których ktoś wspomniał o danym temacie i spisywały wnioski. Jednak dużo taniej będzie skorzystać z programu napisanego przez matematyka, który zadał sobie pytanie, jak zrobić to automatycznie. Następnie napisał program wykonujący te czynności, tak by klient za stosunkowo niewielką opłatą mógł mieć je podane na talerzu.

Czy algorytm matematyczny faktycznie może podać nam konkretną, rzetelną analizę wypowiedzi w języku polskim i angielskim, które przecież bywają bardzo różnorodne i skomplikowane? Wyniki mogą być niezwykle przydatne, przy czym trzeba pamiętać o jednym: matematyka stosowana nie opiera się tylko na znajomości liczb, ale przede wszystkim – na znajomości przedmiotu, który badamy. W tym wypadku twórcy programu muszą przemyśleć to, jakich słów szukać w treści postów. Oczywiście będzie to nazwa danej firmy, ale wypowiedzi o konkurentach czy też o całej branży również będą przydatne. Precyzja masowego wzoru pewnie nigdy nie osiągnie 100% – trudno będzie np. wyuczyć maszynę, aby rozpoznała, kiedy opinia o treści „firma X jest super” pada ironicznie… Jednak specjaliści od monitoringu Internetu każdego dnia badają sposób, w jaki się wypowiadamy, w celu znalezienia prawidłowości. Które następnie będzie można umieścić w algorytmie i zbliżyć się do pełnej precyzji. Taka wiedza na pewno jest dziś w cenie.

Nie spisuj na przerwie – rozwiązuj razem

Kolejny przykład polskiego sukcesu rozpoczętego właśnie jako start-up udowadnia wartość edukacji. To strona internetowa zachęcająca uczniów i nauczycieli, by zamieszczali pytania i odpowiedzi w nurtujących ich dziedzinach. Chodzi o Brainly, obecnie międzynarodową sieć, która wyrosła z polskiego serwisu Zadane.pl. Anglojęzyczna wersja magazynu „Forbes” opisała ten start-up jako rewolucję nie tylko w dziedzinie internetowej edukacji, ale i przedsiębiorstw w ogóle. Dziennikarka pisma była pod wrażeniem, jak w praktyce sprawdza się metoda „społecznego uczenia się”. Użytkownicy Brainly udzielają odpowiedzi na pytania z dziedzin, w których są mocni i w ten sposób zdobywają punkty wymagane do zamieszczenia własnych pytań. Zdaniem zarządców serwisu, na stronę wchodzi zaskakująco wiele osób, które po prostu chcą pomagać innym, i być może poczuć satysfakcję z rosnącej liczby punktów. Są to np. nauczyciele, udzielających odpowiedzi na wysokim poziomie.

Zadane.pl i potem Brainly założył w Krakowie Michał Borkowski, który chciał przenieść do internetu to, co najbardziej podobało mu się na studiach na SGH: wspólne rozwiązywanie zadań. Mówi, że taka pomoc przydałaby się jemu samemu w liceum, gdy miał problemy z fizyką. Borkowski studiował finanse i rachunkowość oraz zarządzanie. Przy uruchomieniu serwisu pomogli mu więc inni, bardziej doświadczeni w zakresie technologii IT. Dziś serwis zatrudnia w krakowskim biurze m.in. Brytyjczyków i Francuzów, a także coraz liczniejsze grono dyrektorów regionalnych . Działa bowiem w wielu regionach takich jak: Francja, Rosja, kraje Ameryki Łacińskiej, Indie, Malezja... Tak właśnie spełnia się idea start-upu: dobry pomysł można łatwo rozszerzyć na cały świat. Brainly ma ambicje objąć swoim zasięgiem wszystkich uczniów na świecie. Na razie spekuluje się, że liczba użytkowników programu osiągnęła w 2015 r. aż 100 milionów.

Wymieniając przedmioty, w których zadaje się najwięcej pytań, Borkowski zwraca uwagę na fakt, że praktycznie w każdym kraju na szczycie tej listy jest matematyka. Jak uważa, to dlatego, że w tej dziedzinie jest wiele sposobów na rozwiązanie zadania. Dlatego czasem pomoc nowej osoby, odpowiedź przedstawiona innymi słowami niż w szkole, może znacznie pomóc zrozumieć logikę danej sytuacji.

Start-upowcu – naucz się liczyć na swoje zdolności!

Sukcesy polskich start-upów bez wątpienia udowadniają wartość edukacji w świecie, w którym komputery pozwalają łatwo skopiować dobry pomysł. Zwykły student może założyć start-up, który w ciągu roku zyska miliony klientów - internautów albo setki profesjonalnych firm. Patrząc na popularność Zadane.pl, możemy zaś lepiej zrozumieć, jakie metody nauki są najbardziej efektywne. Jego założyciel krytykuje polski system oświaty za przesadną sztampowość: „od najmłodszych lat uczymy wszystkie dzieci robienia tego samego. Te same lektury, zadania z matematyki”. Schematyczność w szkole zniechęca umysł do szukania kreatywnych, oryginalnych rozwiązań problemu. Tymczasem prawdziwie ekspercka znajomość matematyki i nauk ścisłych nie polega jedynie na wchłonięciu podręcznika, ale też na rozumieniu możliwości zastosowania wiedzy w realnym życiu.

Jedną z najważniejszych postaci w Brainly jest Łukasz Haluch – absolwent prywatnej Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. To kolejny przykład, że talent światowej klasy może rozwinąć się nie tylko w dużym mieście, na znanej uczelni. Sukcesy polskich start-upów dowodzą wartości inwestycji w edukację. Takich inwestycji dokonują coraz częściej także prywatne firmy. W celach charytatywnych, jak i po to, by rozwijać talenty które w przyszłości stworzą kolejne ciekawe projekty. Przykładem takiej działalności jest program mFundacji, a w nim mPotega, powołanych przez mBank. Priorytetem dla fundacji stało się wsparcie nauczania matematyki poprzez dotacje programów edukacyjnych mających zaktywizować społeczność szkolną wokół tej dziedziny nauki. Pozbawienie matematyki na studiach i w szkołach sztampy, sprawienie, że zajęcia będą atrakcyjnym i społecznym elementem życia ma szanse zaowocować w przyszłości jeszcze większą ilością kreatywnych ścisłych umysłów z Polski, które zrobią wrażenie na całym świecie.

Artykuł powstały przy współpracy z mFundacją.