Na początek kilka przykładów. Start-up nr 1: .
Start-up nr 2: .
Start-up nr 3: .
Start-up nr 4: .
Informacje o kolejnych innowacyjnych serwisach i usługach – zdobywających miliony użytkowników, setki tysięcy złotych dofinansowania czy miliony dolarów od inwestorów – spływają właściwie codziennie. Na każdym kroku atakują kolejne, jak "Tinder dla świata mody", "polski Instagram z nagrodami" czy "Legalny Uber z Polski" – takie start-upy ostatnio się objawiły. Wszystkie oczywiście mające unikatowe pomysły i są gotowe podbić świat. A przynajmniej sporą jego część.
Przyznaję, że choć o start-upach piszę od lat i poznałam dziesiątki bystrych, pracowitych i mądrych ludzi, którzy działają w tym środowisku, to mam z nim coraz większy problem. Taki, o jakim niedawno w wywiadzie dla Money.pl mówił prof. Janusz Filipiak, prezes Comarchu, jednej z nielicznych polskich firm z branży IT, które odniosły międzynarodowy sukces: .
Filipiak ma rację. To startupowanie dla startupowania. To brak generowania realnych zysków mimo czasem lat działalności, jak w przypadku Twittera czy Snapchata. To brak realnego wpływu na coś, co można by górnolotnie nazwać rozwojem społecznym. Oraz wielomilionowe, ale wirtualne wyceny.
Startupowanie
Słowa prof. Filipiaka były jak kubeł zimnej wody wylany na głowy ludzi ze startupowej branży. Nagle okazało się, że mimo iż ma ona obecnie (szczególnie od czasu zapowiedzi planu Morawieckiego, który zakłada dofinansowanie start-upów) świetną passę i jest na ustach polityków, to jednak wcale nie jest z nią tak idealnie.
Jak choćby w przypadku start-upu nr 1 – tego od poznawania Nowych Ludzi. Fajnie "sprzedaną" informacją szybko zachłysnęły się rodzime media, które już zaczęły pisać o "polskim Facebooku podbijającym Indonezję". Ale sama branża postanowiła sprawdzić, ile w tym azjatyckim sukcesie jest prawdy. I zaczęła się niewybredna kłótnia (dobrze oddaje ją angielski termin "shitstorm"). Z jednej strony padały oskarżenia, że serwis buduje ruch na "farmach fanów" oraz na "sztucznym zawyżaniu statystyk". Z drugiej – krytykom zarzucano zawiść, bo ktoś inny odniósł sukces. Nie mnie przesądzać, kto w tej pyskówce miał rację, ale jedno jest pewne: start-up, nawet jeżeli odnosi jakieś sukcesy, to na pewno nie jest drugim FB.
Ledwie przycichła ta historia, gdy zaczęło się wyśmiewanie innej firmy, która ogłosiła, że nie sprzedała udziałów. Tak, dobrze czytacie: wzgardziła milionową propozycją, bo czeka na lepsze oferty. Postawa może i fajna, ale czy na pewno wystarczająca do tego, by się promować w mediach?
– – mówi nam szef jednej z agencji PR zajmującej się m.in dbaniem o wizerunek start-upów. – – dodaje.
–– wzdycha Maciej Sadowski z Fundacji Startup Hub Poland. – – dodaje.
To startupowanie polega na tym, że gdy zapytać kolejnego szefa kolejnego start-upu o to, ile jego firma zarabia, to za każdym niemalże razem usłyszy się tę samą odpowiedź: "Jeszcze jesteśmy na za wczesnym etapie", "Jeszcze nie skalujemy tak wystarczająco szeroko, by osiągać zyski", "Wciąż jesteśmy na etapie seedu". Czytaj: nie zarabiamy, żyjemy z tego, co dał nam za procent udziałów inwestor.
– opowiada o strategiach szef agencji PR. – – dodaje.
W efekcie ten świat różni się od świata zwykłych młodych firm, gdzie wszystko toczy się wokół składek ZUS, podatków, księgowości, faktur, załatwiania kolejnych pozwoleń i urzędowych kwestii.
Seed, pitch, unicorn
Tu mamy: seedy, inkubatory, skalowanie, akceleratory, mentorów, co-worki, aniołów biznesu, unicorny. Nie rozumiesz, czytelniku, ani słowa? Nie szkodzi. Jeżeli nie jesteś startupowcem, znajomość tych terminów do niczego ci się nie przyda. W wielkim skrócie oznaczają pracę nad uruchomieniem biznesu, poszukiwanie inwestorów i doradców.
Tyle że kiedy tradycyjna firma, np. szkoła języków obcych, walczy o klientów – by przetrwać, zarobić i może się rozwinąć, to start-up często się zachowuje jak księżniczka czekająca na księcia na białym koniu. Księżniczka, która nasłuchała się bajek o tym, jak to można zdobyć w dwa lata takiego inwestora, który kupi całość udziałów, więc będzie można się scashować (sprzedać) i wyjechać na Bahamy. Lub przeznaczyć te pieniądze na dalsze sprejowanie. By wmówić wszystkim, że oto staliśmy się już dużą firmą.
Tyle że nie chodzi tu o zatrudnienie tysiąca ludzi, postawienie nowych fabryk czy magazynów (choć tak się zdarza), tylko o wycenę. Czyli to, na ile jakaś grupa inwestorów wirtualnie szacuje wartość firmy. Wirtualnie, bo rzadko się zdarza, by ktoś kupił całe przedsiębiorstwo. Raczej przejmowany jest kawałek udziału, na podstawie którego robi się potem monstrualnie wielkie wyceny. Tak właśnie pojawiają się warte miliardy dolarów startupowe "jednorożce".
A przecież to iluzja. Mamy przykłady takich firm, jak Groupon i Zynga, których wyceny błyskawicznie weryfikował rzeczywisty rynek. Gdy ta pierwsza, jesienią 2011 r., wchodziła na NASDAQ, to planowała pozyskać od inwestorów 700 mln dol. za sprzedaż nieco ponad 5 proc. udziałów (20 dol. za akcję) – co dałoby jej wycenę niemal 13 mld dol. Po początkowych sukcesach kurs akcji Groupona zaczął dramatycznie spadać i dziś jest niższy o 86 proc.
opowiada PR-owiec.
Szkoła porażki
Skoro to branża bez zarobków, oparta na spekulacjach i z nikłymi sukcesami, to dlaczego jest tak atrakcyjna? Dlaczego cały czas przyciąga ludzi? –ostro ocenia Sadowski. Jednak szybko dodaje: –
Eric Ries, autor "The Lean Startup", definiuje start-up jako przedsiębiorstwo działające w warunkach skrajnej niepewności. Niepewności, którą stara się zredukować za pomocą eksperymentów – bo nie ma innej drogi. Niepewności, bo stara się wymyślić nowe usługi, których dostarczanie, produkowanie, rozliczanie tradycyjnymi sposobami już się nie sprawdza. I właśnie to – według ludzi, którzy działają na tym rynku – jest największą wartością, jaką niesie "gospodarka startupowa".
– tłumaczy Arkadiusz Regiec, prezes i twórca serwisu Beesfund.com oferującego crowdfunding udziałowy, czyli współfinansowanie start-upów w zamian za udziały w nich dla zwykłych ludzi.
zapewnia.
I właśnie w ramach takiego wpływu na gospodarkę Deloitte we wspomnianym raporcie analizuje wpływ start-upów. Po pierwsze – same w sobie mają dawać pracę, po drugie – buduje się wokół nich ekosystem: biura coworkingowe, agencje PR, porady prawne, księgowe, reklamowe, specjalne programy i aplikacje do zarządzania pracą. W efekcie w 2023 r. tę branżę ma tworzyć ok. 53 tys. miejsc pracy. – – uważa Sadowski.
Ludzie tego środowiska uważają wręcz, że nawet tych porażek nam brakuje.
mówi z pasją Regiec.
I zapewne ma rację. O ile nie dojdzie do tego, przed czym coraz częściej ostrzegają amerykańscy ekonomiści i inwestorzy. Czyli pęknięcia kolejnej bańki. Tym razem nadmuchanych, wirtualnie wycenionych "jednorożców". W końcu powinny być rzadkością, a jest ich dziś na świecie ponad 160. Wszystkie fajne, eksperymentalne i nowatorskie. Wiele jednak wciąż bez zysków.