Na co choruje Polska Nauka? Jak ją z tego wyleczyć? Jak sprawić, by była konkurencyjna na świecie? Jak zatrzymać w niej młodych utalentowanych ludzi i pozwolić im się rozwijać? O bolączkach Polskiej Nauki dyskutowano w czasie debaty zorganizowanej w redakcji "Dziennika Gazety Prawnej". Oto podsumowanie propozycji jednego z jej uczestników, prof. Leszka Pacholskiego. WIĘCEJ O DEBACIE >>>

Kluczowa jest zmiana ładu korporacyjnego na polskich uczelniach. Ład korporacyjny definiuje, kto podejmuje najważniejsze decyzje. Wokół tego narosło wiele nieporozumień. Często pojawiają się opinie, że uczelnie mogą wyłonić rektora w konkursie i że to wcale nie musi być profesor. Problemem nie jest to, że uczelnią rządzi profesor. Tak jest prawie zawsze w USA i dobrze sobie tam radzą. Rektor może zatrudnić sprawnego kanclerza do bieżącego zarządzania. Sam zaś, podobnie jak dobry prezes firmy, powinien budować strategię rozwoju i definiować priorytety. Natomiast problemem jest to, czyje interesy rektor reprezentuje. Wyłoniony przez komisję konkursową powołaną przez senat uczelni, będzie reprezentował te same interesy co rektor wybrany przez elektorów, czyli interesy przeciętnych profesorów.

Reklama

Od dawna pojawiają się pomysły, aby władzę na uczelni oddać w ręce rad powierniczych. Jestem zwolennikiem tego rozwiązania. Znalezienie dobrego mechanizmu powoływania takich rad i określania misji uczelni jest najważniejszym problemem szkolnictwa wyższego na najbliższe lata. Są dobre przykłady, jak takie rady powoływać, niestety brakuje dobrych kandydatów na członków – osób niezależnych, rozumiejących działanie dużych instytucji, wyzwania dzisiejszego świata oraz specyfikę badań naukowych i szkolnictwa wyższego. Praca w radzie powierniczej ma być zadaniem do wykonania, a nie wynagrodzeniem za wcześniejsze zasługi. Zapewne rozwiązania dające partiom politycznym władzę na uczelniach spowodują bunt i bardzo opóźnią wprowadzanie rozsądnych reform.

Bardzo ważna jest likwidacja przywilejów związanych z tytułem profesora i stopniem doktora habilitowanego. Wiem, że wiele osób jest przywiązanych do tradycji i ceni prestiż związany z literkami przed nazwiskiem, można więc pozostawić możliwość ich zdobywania. Jednak ich posiadanie nie powinno być wymagane na żadne, nawet najwyższe stanowiska na uczelniach i w centralnych ciałach akademickich. Tak jest na przykład w RFN, gdzie wciąż są habilitacje, ale bez habilitacji, można zostać profesorem. To otworzy drogę do zatrudniania osób z zagranicy i umożliwi młodym dojrzałym uczonym opiekę nad doktorantami. Zlikwiduje też sporo patologii.

Trzeba zmienić sposób zatrudniania pracowników naukowych. W dobrych uczelniach profesor powinien być liderem, prowadzącym badania na dobrym światowym poziomie i kształcącym pracujących pod jego kierunkiem post-doków, doktorantów i magistrantów, którzy potem rozjadą się po świecie. Uczelnia, zatrudniając młodego uczonego po doktoracie, prawie nigdy nie wie, czy jest on kandydatem na lidera. Potem przy kolejnych ocenach oraz awansach sprawdza, czy naukowiec systematycznie coś produkuje, i nikt nigdy nie zadaje pytania, czy zdobył on kompetencje lidera. W końcu ten uczony zostaje profesorem mimo braku kwalifikacji do kierowania grupą. Aby tego uniknąć, trzeba oddzielić etaty czasowe (post-doków) od etatów potencjalnie stałych (tenure track).

Reklama