Dziennik Gazeta Prawana logo

Romantyczni pozytywiści, czyli dlaczego daliśmy się uwieść "dobrej zmianie"?

30 kwietnia 2016, 08:45
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
Konwencja wyborcza Prawa i Sprawiedliwości, wrzesień 2015
Konwencja wyborcza Prawa i Sprawiedliwości, wrzesień 2015/Agencja Gazeta
Romantycy i pozytywiści tylko jako temat lekcji polskiego? Bynajmniej. Spór cały czas trwa i nie dotyczy jedynie literatury. Skakać na głęboką wodę czy powoli się wspinać? Romantyków i pozytywistów w polityce i gospodarce, czy szerzej w sferze publicznej, różnią cele i metody działania. Ci pierwsi to maksymaliści. Drudzy minimaliści i kunktatorzy. Ze wszystkimi konsekwencjami.

Różnice zaczynają się w diagnozie, co sprzyja fundamentalnym podziałom społecznym. –– mówi politolog Jarosław Flis. Między innymi dlatego jeszcze rok temu mieliśmy spór o to, czy przeżywamy drugi złoty wiek od czasów Jagiellonów (o czym zaczął pisać ekonomista Banku Światowego Marcin Piątkowski i prestiżowe magazyny takie jak „The Economist”), czy raczej Polska jest w runie (co z kolei lansował szykujący się do objęcia władzy PiS i sprzyjające mu media).

Polityczni romantycy chcą więcej, patrzą dalej. Więcej ryzykują, aby więcej zyskać. Polityczny temperament dobrze oddaje fragment pieśni konfederatów barskich z dramatu „Ksiądz Marek” Juliusza Słowackiego: . Pozytywiści, przeciwnie, wolą jeść łyżeczką, nie chochlą, martwią się, by nie było gorzej, niż jest, a wielkie uczucia pragną przełożyć na konkrety, co oddaje cytat z Bolesława Prusa.. Oba prądy powstały w trakcie zaborów. I jak podkreśla prof. Antoni Dudek, czasy niedemokratyczne bardziej sprzyjają romantyzmowi. – – zauważa prof. Dudek.

Polska scena polityczna w tej kwestii zawiera pewien paradoks: w ciągu kilkudziesięciu lat na linii pozytywiści – romantycy doszło do zmiany biegunów. – – mówi politolog Rafał Chwedoruk. Dodaje także, że szybką ewolucję przeszli liberałowie. Jeszcze w latach 80., gdy panował realny socjalizm, ich postulaty wprowadzenia wolnego rynku wyglądały na księżycowe. – – zauważa politolog.

Te różnice widać było w retoryce ugrupowań politycznych. Dla PiS Polska ma być silna i godna, dla PO normalna. Tendencja romantyczna to odwołanie się do heroizmu, wielkich zadań, poczucia wspólnoty wielkich celów. Pozytywistyczna – do wyzwań, ale nie wielkich, a codziennych, do ograniczonych celów. Tę różnicę pokazują także hasła kandydatów na prezydentów obu ugrupowań w ostatnich wyborach. Andrzej Duda przekonywał, że „Przyszłość ma na imię Polska”, co jednocześnie odwoływało się i do na nadziei na odmianę losu, i do poczucia wspólnoty. Za to hasłem Bronisława Komorowskiego było przyziemne i solidne „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo”.

Jeśli w polityczną strategię wpisać romantyczne Mickiewiczowskie „mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił”, to wygrana PiS w ostatnich podwójnych wyborach spełnia te kryteria. Gdy Andrzej Duda startował, dawano mu co najwyżej wejście do drugiej tury. Okazało się jednak, że pozytywizm PO Polaków zmęczył.

– mówi Rafał Chwedoruk. Polacy z jednej strony dość mieli ciepłej wody w kranie i liczyli na więcej, niż dawała PO. Z drugiej: PiS trafił do sporej części wyborców odwołaniem do wspólnoty i tożsamości narodowej. Polityka małych codziennych celów, stopniowej poprawy i hołubienia normalności poniosła klęskę.

Mierzenie sił na zamiary może być skuteczną metodą. Ale od czasu do czasu. Traktowane jako stały wyznacznik strategii – nie ma racji bytu, bo oznacza grę przeciwko prawdopodobieństwu. Ograniczenia tej strategii widać już dziś. Toczenie nieograniczonej wojny z Trybunałem Konstytucyjnym i opozycją oznacza ponoszenie kosztów politycznych wewnątrz kraju. Te akurat można znieść, póki PiS ma władzę. Jednocześnie słabnie międzynarodowa pozycja Polski, co może utrudnić załatwianie bardzo konkretnych postulatów w takich dziedzinach jak polityka klimatyczna czy energia. A tu straty mogą być już bardzo realne.

Drugą słabością strategii romantycznej jest to, że mobilizowanie nieustannym odwoływaniem się do poczucia wspólnoty, wielkich wyzwań, prowadzenie polityki na wysokim „c” na dłuższą metę może być tak samo męczące jak ciepła woda w kranie. Tak było w roku 2007. Wielu wyborców zmęczonych nieustanną polityczną wojną w Sejmie głosowało na PO głoszącą programową nudę. A PiS jest w dużej mierze skazany na nieustanną politykę w barwach wojennych właśnie z powodu swojego romantyzmu. Bo dla PiS istnieją tylko wielkie wyzwania. Także przeciwnicy tej partii są przedstawiani zawsze jako siły potężne i groźne, którym trzeba sprostać. KOD w oczach PiS nie jest ruchem, który powstał z powodu politycznej niezręczności rządzącej partii w sprawie trybunału, ale jawi się jako siła, przed którą trzeba bronić kraju. Zagrożenie hybrydowe. – – mówił Jarosław Kaczyński w marcu w Łomży o KOD.

Wątpliwości, czy PiS można uznać za ugrupowanie romantyczne, ma prof. Antoni Dudek. – – mówi politolog.

XIX-wieczny spór widać także w programach ugrupowań i ich realizacji. – – mówi ekonomista dr Andrzej Bratkowski.

W Polsce taki okres romantyczny to początek transformacji. Wyzwania były wielkie i jak podkreślano, nieznane. Recepty niewypróbowane. Nikt wcześniej nie przechodził drogi do kapitalizmu od socjalizmu. Dlatego daleko idące zmiany o olbrzymich konsekwencjach społecznych wprowadzano bez większej znajomości ich skutków. A te dla wielu grup społecznych okazały się na tyle dotkliwe, że gdy lewica przejęła władzę po ugrupowaniach solidarnościowych w 1993 r., w znaczący sposób wyhamowano tempo zmian, bojąc się ich politycznych efektów.

W ugrupowaniach postsolidarnościowych silny był duch reformatorski i romantyczny. Gdy doszły do władzy w 1997 r., znów pojawiły się wielkie wyzwania. –– mówi były minister budownictwa Andrzej Bratkowski.

Lewicowi następcy rządu Buzka woleli chodzić po ziemi. Po nich idea wielkich przemian legła u podstaw rządu, który powstał w 2005 r. – – mówi Antoni Dudek.

PiS sformułował program wyborczy, który miał porywać i przekonywać. Istotne było przekonanie, że możliwa jest szybka i radykalna zmiana praktycznie w każdej sferze życia. Sama skala zobowiązań finansowych – związanych z proponowanymi reformami – była niespotykana jak na partię głównego nurtu, która miała doświadczenie w rządzeniu. Gdy opozycja w swoich programach operowała miliardami złotych, PiS – procentami PKB, z których każdy wart był 18 mld zł. A to jeszcze 1 proc. PKB na wojsko. Ponad 1 proc. na 500+ czy kwotę wolną. Kolejny na zdrowie. W sumie zmiany tylko w tych sferach miały zwiększyć wydatki o ponad 70 mld zł.

To prawdziwe mierzenie sił na zamiary, a nie „zamiaru podług sił” z „Pieśni filaretów”. Obecnie politycy PiS liczą, że w 2017 r. uda się zwiększyć dochody o 12–15 mld zł. Daleko za mało, by zrealizować wszystkie cele. Ale spróbować można, w końcu hasłem PiS było: „Damy radę”, czym w kampanii kwitowano pytania o realność poszczególnych postulatów.

W tym kontekście, jeśli spojrzeć na hasła wyborcze rządzących ugrupowań, na ogół stawiają one na pozytywizm. Reformatorski AWS w 2011 r., gdy schodził z politycznej sceny – robił to ze skromnym: „Prawość, porządek, praca”. PO w 2011 r. mówiła o „Polsce w budowie”, a rok temu było: „Silna gospodarka, wyższe płace”.

Skłonność do romantyzmu widać również wyraźnie w polityce gospodarczej. Dla profesora Witolda Orłowskiego to różnica między taktyką ułańskiej szarży a mozolnym i systematycznym budowaniem własnych zasobów. Jego zdaniem miejsca na szarże w gospodarce jest coraz mniej. –– podkreśla ekonomista.

W latach 90. rynek w Polsce na dobrą sprawę dopiero się kształtował. Przemiany były gwałtowne. Stosunkowo łatwo było wypłynąć na szerokie wody. Dziś zdarza się start-up, który robi szybką karierę. Jednak to wyjątek potwierdzający regułę.

– podkreśla Witold Orłowski.

Dziś czymś w rodzaju wielkiego wyzwania ma być plan Morawieckiego. Mamy dogonić Niemcy, uczynić naszą gospodarkę kreatorem, a nie naśladowcą. Znów mamy wielkie cele, z którymi trudno się nie zgodzić.

W historii polskiej ekonomii zdarzały się cuda. Wówczas romantyczna idea stawała się faktem. Takim wydarzeniem było zbudowanie od podstaw w kraju, który nie miał żadnych morskich tradycji, floty handlowej przed drugą wojną światową.

Według prof. Witolda Orłowskiego nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, kto ten XIX-wieczny spór wygra: romantycy czy pozytywiści. Jego zdaniem warto motywować, jak ci pierwsi, i realizować w sposób zdyscyplinowany i zorganizowany, jak chcieli drudzy.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj