Według socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego, dzisiejsza decyzja premiera powoduje, że zwiększają się szanse na wygraną obecnego lokatora Pałacu Prezydenckiego.

"Żaden z konkurentów nie jest przekonujący. Nie ma błyskotliwego, nieznanego do tej pory i niezużytego trzeciego kandydata. Ani Andrzej Olechowski, który już startował parę razy, ani Jerzy Szmajdziński, ani profesor Tomasz Nałęcz - to nie są ludzie, którzy mogliby porwać tłumy. Żaden z nich nie jest Obamą. Zwiększa to szanse Lecha Kaczyńskiego, który może wygrać w pierwszej turze, bo ma oddany żelazny elektorat" - uważa Krasnodębski.

Zdaniem profesora, PO może mieć problem z wytypowaniem swojego kandydata. "Mówi się o marszałku Bronisławie Komorowskim, jest to kandydatura mająca pewne słabości, tam są różne rzeczy niewyjaśnione, które się za nim ciągną. Żaden inny polityk nie skupia tylu pozytywnych emocji wśród zwolenników PO, jak premier. Platforma może teraz dążyć do zmniejszenia roli tych wyborów i zmniejszenia roli prezydenta, zresztą już to robi" - mówi socjolog.

Według niego, decyzja premiera jest bezpieczna z punktu widzenia interesów Platformy Obywatelskiej.

"Ostatnio w Polsce zachodzą duże zmiany w nastrojach społecznych, słyszymy też coraz więcej o podziałach wewnątrz PO. Myślę, że tu zadecydowały te względy. Chodzi o utrzymanie władzy w partii i pewne ryzyko związane z kampanią wyborczą, gdyby głównymi przeciwnikami byli Lech Kaczyński i Donald Tusk, przy zmieniającej się na niekorzyść premiera nastrojach. Platforma zużyła się rządzeniem, być może jest to początek końca. Nie zdziwiłbym się, że tak będziemy kiedyś oceniali ten dzień - jako dzień zmierzchu Donalda Tuska jako polityka" - podkreśla Zdzisław Krasnodębski.