Włochom udało się w unijnych roszadach sporo ugrać - w końcu ponad rok temu na stanowisku szefowej unijnej dyplomacji panią Catherine Ashton zastąpiła koleżanka Renziego, Federica Mogherini. I powiedzmy szczerze, była to nominacja na wyrost, bo doświadczenie dyplomatyczne i międzynarodowe pani Mogherini było nader niewystarczające. Była zaledwie przez kilka miesięcy szefową włoskiej dyplomacji, nawet na tle dokonań wcześniejszych pani Ashton nie było to imponujące doświadczenie zawodowe.

Mogherini wygrała, bo na to stanowisko potrzebna była kobieta i przedstawicielka socjalistów, a przy tym z południa Europy. Bo w nowym, z 2014 roku, unijnym rozdaniu południe było niedoreprezentowane. Mogherini udało się obsadzić na wysokich stanowiskach w unijnej dyplomacji Włochów. Był to jednak jeden z ostatnich dużych sukcesów Włoch na europejskiej, a ściślej unijnej scenie.

Punktów zapalnych na linii Rzym-Bruksela jest kilka. Najważniejsze z nich to kwestia uchodźców i relacje z Rosją, w kontekście sankcji. Już kilka miesięcy temu szef Rady, Donald Tusk krytykował Włochy za kiepską koordynację akcji pobierania odcisków palców od starających się o azyl imigrantów. Ba, Włochy są oskarżane o to, że nie specjalnie rejestrują imigrantów i pozwalają im swobodnie oddalać się do innych krajów unijnych, w ten sposób pozbywając się problemu.

Włochy były także wymieniane jako jeden z tych krajów, które niedostatecznie chronią własnych i jednocześnie unijnych granic. Między Tuskiem a Renzim doszło nawet to scysji, ściślej mówiąc Renzi w czasie jednego z poprzednich szczytów nakrzyczał na Tuska (w czasie kolacji dla przywódców). Niewiele cieplejsze są relacje włoskiego premiera z Komisją Europejską i jej szefem, Jean-Claudem Junckerem. Zwłaszcza po decyzji KE o wszczęciu postępowania przeciwko Włochom w związku z nierejestrowaniem imigrantów. Relacje między Renzim a szefem Parlamentu Europejskiego, Niemcem Martinem Schulzem są także dosyć napięte.

Obok uchodźców punktem spornym jest kwestia sankcji unijnych na Rosję. Włochy były teraz jedynym krajem, który tak mocno napierał na debatę poprzedzającą przedłużenie tych sankcji. Najchętniej Rzym w ogóle zrezygnowałby z sankcji. Jak niedawno pisał "Politico", zbyt łagodne stanowisko w sprawie sankcji było powodem, dla którego Renzi chce teraz zdymisjonować włoskiego ambasadora przy Unii Europejskiej. Zdaniem włoskiego premiera, ambasador był zbyt łagodny w forsowaniu włoskiego punktu widzenia. Do Brukseli miałby przyjechać obecny włoski ambasador w Moskwie.

I wreszcie punkt, który najbardziej interesuje Polskę. Nord Stream 2. Tuż przed zakończonym w piątek szczytem okazało się, że Włochy sprzeciwiają się temu niemiecko-rosyjskiemu projektowi. Biorąc pod uwagę prorosyjskie afiliacje Renziego, na pierwszy rzut oka brzmi to dziwnie. Ale w istocie włoski sprzeciw jest wymierzony nie w Rosję, a w Niemcy. Kilka miesięcy temu został bowiem, z powodu nacisków unijnych, odstawiony do lamusa projekt South Stream, który dostarczałby rosyjski gaz także do Włoch. Teraz tymczasem, pomimo unijnych sankcji, Niemcy chcą budować gazociąg z Rosją i zapewniać sobie rosyjski gaz. To rozwścieczyło Renziego, który - i trudno mu nie przyznać racji uznał to za stosowanie podwójnych standardów. Innych wobec Niemiec, innych wobec Włoszech lub też jak to ujmuje Renzi: innych wobec południa (które jego zdaniem jest ustawicznie dyskryminowane przez Unię), a innych wobec północy.

Włochy walczą zatem z instytucjami unijnymi, ale rozpoczęły także walkę z największym unijnym krajem - Niemcami. Na poprzedzającym unijny szczyt, spotkaniu socjalistycznych szefów rządów Renzi domagał się stworzenia wspólnego, europejskiego frontu przeciwko dominacji Niemiec. Na spotkaniu, w którym uczestniczył także jako specjalny gość Martin Schulz, pomysł Renziego nie zyskał jednak poparcia. Na samym zaś szczycie Renzi krytykował Nord Stream 2 i politykę unijną. Jak mówi się w kuluarach, władze unijne z niepokojem oczekują wystąpień włoskiego premiera, który zaskakuje wszystkich zgłaszając co rusz nowe, nader oryginalne pomysły i wyrasta na jednego z największych awanturników. Znacznie prześcigając w tym węgierskiego premiera, Viktora Orbana, o polskim rządzie nie wspominając.

Renziemu, jak podkreślają komentatorzy, w samych Włoszech drepczą po piętach partie populistyczne: Ruch 5 Gwiazd i Liga Lombardzka. Ich eurosceptyczna agenda utwierdzać będzie zapewne Renziego w konfrontacyjnym kursie. Swoją drogą, gdyby faktycznie włoski premier chciał zmniejszyć dominację niemiecką w Europie, powinien poszukać sojuszników w innych środowiskach. Bo z jednej strony komunistyczna SYRIZA rządząca Grecją ma podobne podejście, a z drugiej niektóre przynajmniej kraje środkowoeuropejskie. I tak mógłby stworzyć szerszy front.