Wszyscy, którzy głosowali na PiS, uwierzyli, że możliwy do realizacji. Partia Jarosława Kaczyńskiego obiecywała w trakcie kampanii wyborczej, że przywróci niższy wiek emerytalny i właśnie swój plan (co prawda rękoma, a w zasadzie ustawą prezydenta, ale nie bądźmy drobiazgowi) zrealizowała. To oznacza, że nie będzie przymusu pracy do 67. roku życia. Kobiety od października 2017 r. popracują o siedem lat krócej, mężczyźni o dwa.

I co w tym złego? Wyborcy są zadowoleni, bo dostali to, na co głosowali, a rząd w tabeli „sukcesów” odznaczy kolejne zadanie jako wykonane. To, że państwa nie stać na taki prezent, wydaje się rzeczą drugoplanową. Skoro nie kupujemy np. caracali, to „zaoszczędzone” 13 mld zł równie dobrze może zasilić budżet ZUS? To tylko żart, który krąży wśród urzędników. Nieśmieszny jednak, bo obniżka wieku emerytalnego to pozycja kosztowa. Biorąc pod uwagę wszystkie dostępne wskaźniki demograficzne (emerytów będzie przybywać, długość życia będzie się wydłużała), bez wyższego wieku emerytalnego może się okazać, że dzisiejsi czterdziestokilkulatkowie dostaną albo groszowe świadczenie, albo w ogóle go nie zobaczą na oczy, bo nie będzie z czego płacić.

I na zakończenie. Benjamin Franklin, ojciec założyciel Stanów Zjednoczonych, mawiał, że w emeryturze nie ma nic złego, pod warunkiem że nie dopuścimy, aby nam przeszkadzała w pracy. I to chyba wskazówka dla przyszłych seniorów. Przynajmniej zminimalizują ryzyko skazania na głodową emeryturę.