Na krótko przed wczorajszą Radą ds. Ogólnych z wiceszefem Komisji Europejskiej spotkali się niemiecki socjaldemokrata i minister ds. europejskich Michael Roth oraz wywodząca się z podobnej opcji i zajmująca analogiczne stanowisko Szwedka Ann Linde. To politycy dalecy od PiS. Trudno ich podejrzewać o sympatię do Jarosława Kaczyńskiego.

Niemiec poinformował media, że unijni ministrowie nie zajmą się tematem sankcji przeciw Polsce. Szwedka precyzowała, że Frans Timmermans może liczyć co najwyżej na poparcie dla dalszego dialogu między KE i Polską. W publikowanej dziś w DGP rozmowie prezydent Łotwy Raimonds Vejonis mówi, że spór powinien zostać rozwiązany w "dialogu" i że "nie jest zwolennikiem sankcji". Podobnego zdania są Węgry i kilka innych państw. Po wczorajszym spotkaniu szef belgijskiej dyplomacji Didier Reynders powiedział, że ministrowie oczekują, iż do lipca relacje Polski z Komisją Europejską zostaną odblokowane. Z arytmetyki wynika, że jeśli polski rząd nie odpuści, inicjatywa Timmermansa nie ma szans na finalizację zgodnie z regułami zapisanymi w procedurze ochrony państwa prawa. Stwierdzenie naruszenia zasad praworządności wymaga jednomyślnego głosowania w Radzie Europejskiej, którego nie ma.

Timmermans jednak nie rezygnuje. Wczoraj zapewniał, że jest zadowolony z wprowadzenia tematu praworządności w Polsce na forum Rady ds. Ogólnych. W natłoku pytań i odpowiedzi najważniejsze wydaje się to, które komisarzowi zadała na konferencji prasowej reporterka "La Libre Belgique". Pytała, co dalej zamierza zrobić, skoro od roku KE i polski rząd w prowadzonym sporze nie mogą ustalić wspólnego mianownika. Timmermans odpowiadał wymijająco. Że nie zamierza nikomu ustalać terminów. Że nie chodzi o spychanie do narożnika. Na koniec dodał najważniejsze. Jego zdaniem kluczowe jest to, że wczoraj niemal wszyscy przy stole wyrazili "wspólną odpowiedzialność za rządy prawa". I że jest to "doskonały punkt, by pomóc Komisji wypełnić swoją rolę jako strażnika traktatów".

Wydaje się, że wiceszef Komisji tą deklaracją zdradził swój prywatny plan na wypełnienie treścią procedury ochrony państwa prawa. Z jednej strony zapewnia o dialogu. Z drugiej chciałby budować koalicję wszystkich Macronów Europy do tego, by zaangażowali się w wewnętrzne sprawy jednego z państw unijnych. W wariancie maksimum efektem działania takiej koalicji może być powiązanie w przyszłej perspektywie budżetowej kwestii praworządności z funduszami unijnymi.

Jeśli Frans Timmermans podąży w takim kierunku, skompromituje Komisję. Już dziś są poważne wątpliwości (mają je służby prawne Rady UE) co do tego, czy sama procedura ochrony państwa prawa jest legalna. Pisaliśmy na łamach DGP o jej sprzeczności z unijną zasadą przyznania. W traktatach nie ma również mowy o tym, że któreś z państw członkowskich może zostać ukarane odebraniem funduszy unijnych za kwestionowanie zasad praworządności.

Mimo tego komisarz Timmermans za pomocą faktów dokonanych chciałby stworzyć rzeczywistość, która nadałaby mu rangę unijnego superkontrolera. Powołanie takiej instytucji jest oczywiście do rozważenia. Każda dyskusja o przebudowie instytucjonalnej Unii ma sens. Od najbardziej suwerennościowej (wykluczającej instytucjonalizację Timmermansów) po najbardziej federalistyczną (zakładającą, że Timmermansowie mają pełną władzę nad procesem politycznym wewnątrz państw UE).

Belgowie mają np. pomysł, by regularnie przyglądać się praworządności we wszystkich państwach Unii. Podobnie jak to ma miejsce w Radzie Praw Człowieka ONZ w ramach powszechnego okresowego przeglądu praw człowieka. Te pomysły można wprowadzić w życie, gdy taką wolę jednomyślnie, w drodze zmiany traktatów, wyrażą państwa UE. Dziś takiej woli nie ma. Nie wykreuje jej komisarz, który o praworządność walczy metodami wątpliwymi z punktu widzenia prawa. Wspólnota to nie oktagon w mieszanych sztukach walki MMA. Nie wszystkie techniki są dozwolone.