56-letni pracownik branży turystycznej Paolo Di Benedetto mieszka na Lampedusie od trzech dziesięcioleci. W połowie marca, u szczytu kryzysu związanego z masowym napływem nielegalnych imigrantów z Tunezji, zaczął być zatrzymywany przez niektórych z nich na ulicy. Prosili go o pieniądze, papierosy.

Reklama

"A ja zapytałem ich, czy są głodni i czy czegoś potrzebują. Zabrałem ich do siebie, dałem jeść i miejsce do spania" - powiedział Di Benedetto w wywiadzie. "Najpierw przyszedł jeden chłopak, który mówił po włosku, potem przyszła trójka, żeby się umyć, zjeść, odpocząć. Dałem im bieliznę na zmianę. Potem było ich już siedmiu, a potem w ciągu 20 dni udzieliłem gościny około sześćdziesięciu" - relacjonował. I przyznał: "Miałem z nimi dobre relacje, nawet zażyłe, nazywali mnie: +wujek Paolo+".

W zamian za dach nad głową Tunezyjczycy w wieku 20-30 lat pomagali Włochowi w ogrodzie, zbudowali mu altanę w tunezyjskim stylu, odmalowali pokój, w którym nocowali. W miejsce imigrantów, którzy kolejno opuszczali wyspę odwożeni do innych ośrodków pobytu we Włoszech, przybywali do jego domu następni.

Paolo Di Benedetto twierdzi skromnie, że nie jest jedyny i że właśnie dzięki takim zwykłym porywom serca i solidarności mieszkańcy Lampedusy są w stanie przeżyć kolejne sytuacje kryzysowe.