Gdy pięć lat temu były premier Belgii Herman van Rompuy obejmował nowoutworzone stanowisko stałego szefa Rady, jego wybór był przyjmowany w najlepszym razie z pobłażliwym uśmiechem. „Szara mysz” czy „Pan Nikt” – to były najłagodniejsze z określeń. W 2009 roku Unia Europejska była w środku kryzysu finansowego, w trakcie reform. Van Rompuy przez pięć lat udowodnił, że nie trzeba był showmanem, by być dobrym szefem Rady. Bez nadmiernego lansu, spokojnie umacniał swoją pozycję (także jako fachowca, w końcu był też ministrem finansów Belgii), coraz bardziej dystansując Barroso.

Donald Tusk nie będzie miał lekko. Wypolerowanie angielskiego to najmniejszy problem. Problemem jest sama Unia Europejska. Już pięć lat temu było kiepsko, teraz jest jeszcze gorzej. Owszem, recesja z 2008 r. jest już prawie zażegnana, ale część ekonomistów straszy wizją drugiego uderzenia kryzysu. Poza tym kryzys i narzucone oszczędności naruszyły zaufaniem obywateli do Unii i zwiększyły popularność populistów i eurosceptyków. Widać to było wyraźnie po wynikach wyborów do Parlamentu Europejskiego. Referenda secesyjne w Szkocji i Katalonii pokazują, że także jedność i spójność poszczególnych krajów członkowskich jest nadwyrężona. To wyzwanie na poziomie europejskim, a nie tylko krajowym. Polityka imigracyjna Wielkiej Brytanii jest kolejnym problemem. Rysuje się przez to oś podziału na starą, bogatą i nową, biedną Europę. A w Wielkiej Brytanii za rok będą wybory, szykuje się także referendum w sprawie ewentualnego wyjścia z UE.

Granice, najbliższe granice unijne, płoną. Fanatycy islamscy to nie tylko ISIS, Syria i Irak. To także obywatele unijni, zasilający szeregi dżihadystów. I naturalne ryzyko zamachów terrorystycznych w samej Europie. Czyli wzmocnienie bezpieczeństwa wewnętrznego. A to z kolei chcą wykorzystać zwolennicy przywrócenia kontroli celnej wewnątrz także strefy Schengen. Wojna na Ukrainie i podejście do Rosji z kolei (oraz sankcji na Rosję) coraz bardziej dzieli Unię. Wojna to też przede wszystkim kwestia wzmocnienia bezpieczeństwa europejskiego, tym bardziej, że plany wspólnej polityki obrony i bezpieczeństwa są coraz bardziej ambitne. Pytanie, czy Donaldowi Tuskowi uda się uwrażliwić resztę, zwłaszcza zachodniej, Europy na nasz punkt widzenia. Zwłaszcza jeśli chodzi o podejście do problemu Rosji.

Jest wreszcie jeden z najważniejszych projektów gospodarczych – czyli negocjacje umowy o wolnym handlu między UE a USA. A biorąc pod uwagę silne nastroje antyamerykańskie (pogłębione przez aferę podsłuchową), nie będzie łatwe.

Poważnych wyzwań jest naprawdę wiele. Pierwszym pokazem umiejętności negocjacyjnych, a i językowych Tuska (bo przecież szef Rady to przede wszystkim mediator) będzie grudniowy szczyt unijny. Już teraz można podejrzewać, że byłemu premierowi i szefowi partii, przyzwyczajonemu do samodzielnych rządów i posłuszeństwa nie będzie łatwo przestawić się na bycie tym, który musi znaleźć kompromis i w dodatku współpracować (a nie tylko wydawać polecenia) z unijno-urzędniczym otoczeniem.