- W większości elekcji, to już największa partia polityczna w Polsce - mówi w rozmowie dla dziennik.pl prof. Rafał Chwedoruk, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Jak pokazują ostatnie sondaże, już 16 proc. ankietowanych deklaruje, że "nie weźmie na pewno udziału w zbliżających się wyborach parlamentarnych". 

- Widać, że ludzie są rozczarowani głównymi partiami i tym, co mają do zaoferowania. Swoje zrobiło także 25 lat obrzydzania im instytucji publicznych i państwa, które teraz oznacza dla nich przede wszystkim: ZUS, poborcę podatkowego i infantylnych polityków, którzy o niczym innym nie marzą jak tylko o tym, jak oszukać i odebrać innym ciężko zarobione pieniądze - dodaje.

Najbiedniejsi z biednych

Co jeszcze wiadomo o wyborcy niegłosującym? Mieszka głównie w średniej wielkości mieście (od 100 do 499 tys. osób), które najbardziej ucierpiało na przemianach ustrojowych. Z jednej strony utraciło status miasta wojewódzkiego, a z drugiej - nie może jak polska wieś liczyć na dotacje unijne na wsparcie rozwoju. To przy tym często miejscowości, gdzie głównym pracodawcą są instytucje publiczne, w tym m.in. urzędy i szkoły lub gdzie wcześniej mieściło się jedno przedsiębiorstwo, wokół którego do tej pory miasto się rozwijało, a teraz straszy tam brak zatrudnienia.

To też wyjaśnia, dlaczego dziś niegłosujący źle ocenia swoją sytuację materialną - tak uważa już blisko co czwarty ankietowany. I trudno się temu dziwić, skoro to głównie bezrobotny (33 proc.), rencista (26 proc.) lub robotnik niewykwalifikowany (23 proc.). Jeśli już pracuje, to w sektorze prywatnym poza rolnictwem oraz spółkach właścicieli prywatnych i państwa - odpowiednio po 17 proc. badanych. Z reguły jego dochody na jedną osobę wahają się od 1 tys. do 1999 zł (29 proc.), a nierzadko nie przekraczają nawet 649 zł (27 proc.).

- To najbiedniejsi z biednych, dorywczo zatrudniani na pograniczu produkcji i sektora usług, często migrujący i bez zameldowania w miejscu zatrudnienia. W sytuacji walki o przetrwanie trudno sobie wyobrazić, by masowo chcieli wziąć udział w niedzielnych wyborach - podkreślają eksperci.

Ucieczka od odpowiedzi

Ale wyniki ostatnich sondaży pokazują też, że im niższe wykształcenie, tym niższa frekwencja wyborcza - niegłosujący skończył szkołę zawodową (24 proc.) lub tylko szkołę podstawową lub gimnazjum (22 proc.) Statystycznie ma 25-34 lata (20 proc.), rzadziej więcej - 45-54 lata (19 proc.). - Brakuje tylko pokolenia, które wzięło kredyty na mieszkanie - żartuje prof. Rafał Chwedoruk. Przeważają ci, którzy stali się w największych stopniu ofiarą podniesienia wieku emerytalnego. - Teraz są nie tylko rozczarowani, ale ich związki z polityką - od zawsze słabe - jeszcze bardziej uległy rozluźnieniu - dodaje.

Ba, niegłosujący pytani o poglądy polityczne, najczęściej deklarują: "trudno powiedzieć" - 29 proc. (to ci, którzy nie interesują się już polityką) i centrum - 18 proc., przy czym Centrum oznacza często brak chęci czy możliwości identyfikacji. - Bo co to znaczy Centrum? Zarówno PO - bo jest liberalna i znajduje się miedzy konserwatywnym PiS-em a lewicą, jak i np. PSL, zdolne do zawarcia koalicji niemal z każdym i któremu w kwestiach gospodarczych bliżej lewicy, a w kwestiach światopoglądowych do prawicy. Centrum to nic innego jak ucieczka od odpowiedzi - kwituje politolog z Uniwersytetu Warszawskiego.

Z zasady to też osoba, która deklaruje, że w ogóle nie uczestniczy w praktykach religijnych - 27 proc. lub w Kościele pojawia się zaledwie kilka razy w roku - 19 proc. (uczestnictwo we wspólnocie to nierzadko także sposób na socjalizację, także w wymiarze politycznym).

Nie ma przy tym znaczenia płeć ankietowanych, bo do urn - jak wynika z deklaracji - nie pójdzie w niedzielę po 17 proc. tak kobiet, jak i mężczyzn.