Prezydenta wybierzemy 10 maja. Ewentualną dogrywkę zaplanowano dwa tygodnie później. Kalendarz przedstawił wczoraj marszałek Sejmu Radosław Sikorski. Przeanalizowaliśmy, ile poszczególne sztaby zamierzają wydać na walkę o prezydenturę. Z informacji, które uzyskaliśmy, wynika, że będzie to kampania przeprowadzona "po kosztach". Zdecydowanie tańsza niż ta w 2010 r.

Oszczędności dyktują sondaże. Wynika z nich, że Bronisław Komorowski stale cieszy się dużym zaufaniem, które może mu pozwolić na zwycięstwo już w pierwszej turze. Konkurencyjnym sztabom bardziej zależy na wylansowaniu własnych kandydatów. Zwycięstwo jest postrzegane hipotetycznie. PSL jeszcze do niedawna zastanawiał się, czy w ogóle wystawiać własnego kandydata (ostatecznie został nim Adam Jarubas, marszałek województwa świętokrzyskiego). Przy takim założeniu angażowanie w kampanię dużych pieniędzy faktycznie nie ma sensu. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do wyborów parlamentarnych koszty tej kampanii nie będą zwracane.

Kampania parlamentarna jest ważniejsza dla partii politycznych. Od niej zależą losy setek polityków i liczonych w tysiące ich współpracowników. Byłoby nieodpowiedzialne zaciąganie kredytów na kampanię prezydencką, gdy nie wiadomo, czy ugrupowanie dostanie się do Sejmu - komentuje dr hab. Rafał Chwedoruk.

Kolejny powód oszczędności to mniejsze subwencje. Ostatni raz budżetowe pieniądze dla partii w pełnej wysokości zostały wypłacone w 2010 r. Potem spadły o połowę z powodu kryzysu. Dotacje dla PO i PiS wynosiły blisko 40 mln zł. Dziś są mniejsze o ponad połowę. Jeszcze mniejsze budżety mają małe ugrupowania: SLD i PSL. Do ich kasy wpływa około 6 mln zł.

Sytuacja finansowa ugrupowań sejmowych to ważny powód wystawienia przez SLD czy PSL osób spoza ogólnopolskiej polityki. Mamy do czynienia z całkowicie odmienną sytuacją niż w wyborach w 2000 r., gdzie urzędujący prezydent dominował nad innymi kandydatami. Przeciwko Aleksandrowi Kwaśniewskiemu stanęli kontrkandydaci z pierwszej ligi: szef Solidarności Marian Krzaklewski i były szef MSZ Andrzej Olechowski.

Najdroższe kampanie w Ameryce

Koszt wyborów prezydenckich w Polsce to zaledwie ułamek tego, co na kampanię wydaje się w innych krajach. Prezydentura najwięcej kosztuje w USA; kampania w 2012 r., w której zmierzyli się Mitt Romney i Barack Obama, kosztowała łącznie 2 mld dol., po miliardzie na kandydata (dane Federalnej Komisji Wyborczej). Trend jest rosnący. Jeszcze w 2008 r. ta suma wynosiła 1,5 mld dol. Do magicznej bariery miliarda dolarów zbliżył się koszt wyścigu George W. Bush kontra John Kerry, ale przekroczona została dopiero przez Baracka Obamę i Johna McCaina.

Wybory w USA zawsze należały do drogich. Jak podaje amerykańskie Center for Responsive Politics, po II wojnie światowej nie było kampanii, której koszt wyrażony w obecnych cenach nie przekroczył 100 mln. Najdroższa w XX w. była batalia prezydencka z 1968 r., kiedy walczyli ze sobą republikanin Richard Nixon, demokrata Hubert Humphrey i kandydat niezależny George Wallace. Pochłonęła ona łącznie 600 mln dol. (wartość wyrażona w cenach stałych z 2011 r.).

Wielkie pieniądze wchodzą w grę także w Brazylii. Według tamtejszej organizacji pozarządowej badającej przejrzystość życia publicznego Trasparencia Brasil koszt kampanii prezydenckiej w ub.r. osiągnął wartość 400 mln dol. Gigantyczne kwoty są zaangażowane w kampanie prezydenckie w Meksyku. Jak odnotowała amerykańska Council on Foreign Relations, wielką rolę w tym kraju odgrywa nielegalne finansowanie kampanii. Uwzględniając pieniądze w kopertach, jak szacuje rada, wyścig prezydencki w 2012 r. mógł kosztować prawie miliard dolarów.

Znacznie skromniejsze są środki, jakie na mocy prawa mogą wydać na swoje kampanie politycy europejscy. Kandydaci we Francji mają do dyspozycji równowartość 22 mln dol. (limit zwiększa się do 30 mln dol., jeśli kandydat przejdzie do drugiej tury). Państwo zwraca 47 proc. poniesionych kosztów, ale tylko jeśli kandydat w pierwszej turze osiągnie próg 5 proc. głosów. Dla przykładu kampania Nicolasa Sarkozy’ego w 2007 r. kosztowała 22 mln dol. Niestety, pięć lat później koszty przegranej kampanii przekroczyły ustawowy limit i sąd orzekł, że partii Sarkozy’ego nie należy się zwrot.

ZOBACZ TAKŻE: Najświeższe wiadomości ze świata polityki>>>