Patrząc na gwałtowny wzrost znaczenia Chin, o którym opowiada dziś w "Europie" Mark Leonard, widzimy, jak bardzo Zachód się pomylił. Po upadku komunistycznej Rosji triumfował, sądził, że reszta świata albo będzie wegetować, albo przyjmie zachodnie warunki rozwoju. To były czasy, kiedy napawano się wizją kolejnych państw azjatyckich, afrykańskich, arabskich, latynoamerykańskich spełniających wszelkie życzenia dziejowych zwycięzców.

Oficjalny język był ostrożny i poprawny, jednak przekonanie, że Zachód ma monopol na panowanie nad światem, było w istocie powszechne. Różnice dotyczyły jedynie oceny rozmiarów odniesionego sukcesu. Byli zatem optymiści i hurraoptymiści. Pierwsi uważali, że co prawda Zachód nie dysponuje pakietem kontrolnym wystarczającym, aby przerobić resztę świata na swoją modłę, jednak ma coś w rodzaju złotej akcji zapewniającej, że nie pojawi się konkurent zdolny rzucić mu wyzwanie. Optymizm najlepiej było widać w sposobie opisywania reszty świata. Otóż martwiono się - bardzo po pańsku - czy aby obrzeża świata nie są za słabe. Czy próżnia władzy w posowieckim regionie albo w Afryce nie stanie się wylęgarnią pomniejszych bandyckich działań. Szczytem kłopotów była Al-Kaida, czyli terroryzm, który owszem, mógł psuć radość i spokój dziejowego sukcesu, ale - powiedzmy szczerze - nigdy nie był siłą mogącą realnie zagrozić Zachodowi. Ci, którzy dowodzili, że właśnie toczy się trzecia wojna światowa, w istocie mówili, że 11 września oraz wojna z Irakiem są czymś najgorszym, co można sobie wyobrazić. Nie umniejszam w niczym znaczenia tych ofiar, jednak historia uczy nas innej miary i porażki, i cierpienia.

Hurraoptymiści szli jeszcze dalej. Jeśli się pochylimy nad ich świadomością, pod warstwą narzekań znajdziemy głębokie przekonanie, że dysproporcje w podziale siły na świecie są tak olbrzymie, że problem dotyczy już tylko tego, jakimi metodami dokooptować resztę świata do jego centrum. Czy lepsza jest metoda Rumsfelda, tradycyjna, polegająca na kruszeniu opornych nagą siłą, czy też subtelne metody naukowe. Bo w latach 80. i 90. politologia postanowiła pomóc polityce, uwierzyła, że potrafi łamać kody kulturowe. Te wszystkie konferencje o transition, granty na temat islamu, cały ów główny nurt politologii zachodniej, zastanawiający się nad tym, jakie są kulturowe, społeczne, ekonomiczne podstawy liberalnej demokracji, był w istocie wielkim projektem poszukiwania naukowej metody pozwalającej na przeszczepienie innym własnych celów. Tak jak dawniej antropologowie kultury myśleli, że potrafią wejść w dowolną wspólnotę i poznać rządzące nią mechanizmy, tak teraz politologowie uwierzyli, że potrafią rozpracować każdą społeczność, a potem przekazać tę wiedzę politykom w postaci prostych recept. Sprowadzających się do informacji, jakie socjologiczne guziki trzeba przycisnąć, aby przerobić Arabów czy Latynosów na ludzi własnego pokroju. Zaczynających dzień od "Heralda", kawy i dyskusji o kolejnych sukcesach liberalnej demokracji.

Dziś ten zachodni optymizm trwa jeszcze, ale w coraz słabszej formie. Ameryka nie stała się drugim Rzymem, który zręcznie dołączał do siebie kolejne zadowolone z tego prowincje i mógł wierzyć, że epoka jego supremacji nazywa się wieczność.

Chiny, których potęga pojawiła się znowu, nie wiadomo kiedy, i - co bardziej niepokojące - nie wiadomo po co, przypomniały reguły gry w ludzkiej historii. A mianowicie, że Duch dziejów nieustannie tasuje karty. Co dekadę, dwie następuje nowe rozdanie, w którym można wszystko zyskać i wszystko stracić. Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że przyznana Chinom olimpiada będzie kolejnym dowodem sprawności Zachodu w przerabianiu innych na własną modłę. Że zobaczymy Chińczyków, którzy robią wszystko, by popisać się swoją zachodnią normalnością. Dziś widać, że będzie odwrotnie. Chiny chcą pokazać, że kultowa zachodnia impreza w Chinach organizowana jest po chińsku. A Zachód jest zmuszany do tego, by przyjąć te zasady i jeszcze udawać, że się przy tym dobrze bawi.

Robert Krasowski