Człowiek honorowy, bystry, do bólu pracowity i uczciwy. Mój los dziennikarski zetknął nas, gdy Wypych zaczął się zajmować sprawami społecznymi. W 2005 roku został wiceministrem pracy i polityki społecznej. Odszedł z resortu w sierpniu 2006 roku, po tym jak objęła go Samoobrona. Kilka miesięcy potem, w grudniu, został głównym doradcą premiera, a od lutego 2007 roku do czerwca podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Formalnie odpowiadał za nadzór nad ZUS. Jednak pełniona przez niego funkcja wiceprzewodniczącego Międzyresortowego Zespołu do Spraw Nadzoru Ubezpieczeń Społecznych oznaczała, że był tak naprawdę, najpierw pod nadzorem Ludwika Dorna, a następnie Przemysława Gosiewskiego, operacyjnie odpowiedzialny za dokończenie reformy emerytalnej.

Pamiętam, kiedy przyszedłem do niego na wywiad, tuż po objęciu przez niego tych funkcji zimą 2007 roku. Siedział w małym pokoiku na parterze budynku kancelarii. Czuć było, że to nowe dla niego zadanie. Jednak nadzwyczaj szybko się uczył. Już kilka tygodniu później bez problemu poruszał się w skomplikowanej tematyce wypłat emerytur z OFE, waloryzacji świadczeń czy ubezpieczeń społecznych. Później, od czerwca do listopada 2007 roku, pełnił też jedną z najtrudniejszych w Polsce funkcji - prezesa ZUS.

Po odwołaniu przez premiera Donalda Tuska został doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I tu znowu dała o sobie znać jego niezwykła pracowitość. Pamiętam, że spotkałem się z nim kilka miesięcy później w Sejmie. Zgolił wąsy. "Na 40. urodziny" - tłumaczył. Narzekał, że trochę się w kancelarii nudzi. "Chyba napiszę doktorat" - żartował. Jego energia została jednak szybko spożytkowana przez prezydenta. W kwietniu 2009 r. został mianowany sekretarzem stanu w jego kancelarii.