Żydowsko-amerykański badacz Zagłady Raul Hilberg wydał w 1992 r. książkę "Perpetrators, Victims, Bystanders: Jewish Cata strophe 1933–1945”. To tekst kluczowy dla zrozumienia współczesnych badań nad Holokaustem. Sprawcy, ofiary oraz gapie – opisana przez niego triada stała się punktem wyjścia do nazwania wojennej postawy nieżydowskich mieszkańców Europy: obserwującą. A w przypadku Polaków – do opisu zachowań wobec żydowskich uciekinierów chroniących się w lasach, na wsiach czy sąsiadów podczas tzw. drugiej i trzeciej fazy Holokaustu (po zamknięciu Żydów w gettach, podczas likwidacji „dzielnic żydowskich” i masowego mordowania Żydów w obozach zagłady).
Polacy – z 3 mln ofiar polskich, z 3 mln ofiar polskich Żydów, z państwem poddanym anihilacji – w opracowaniach naukowych ostatnich lat zostali obok ofiar zakwalifikowani do grupy gapiów. Aby potem w niektórych przypadkach ewoluować do roli sprawców. Prof. Jan Grabowski w "Na posterunku. Udział polskiej policji granatowej i kryminalnej w Zagładzie Żydów” opisuje udział polskiej policji granatowej w Zagładzie: "Akcje przeciwko Żydom prowadzono na własny rachunek, z własnej inicjatywy, często w geście swoiście rozumianej solidarności społecznej z miejscowymi ludźmi, którzy prosili «granatowych» o likwidację dość uciążliwych – lub stwarzających zagrożenie dla wiejskiej wspólnoty – "obywateli pochodzenia żydowskiego”.
We współczesnym naukowym dyskursie mówimy dziś o trzech rolach Polaków jednocześnie: katów, gapiów i ofiar. Niemiecki historyk prof. FrankBajohr zauważa w tomie poświęconym twórczości Hilberga (2019), że jego triada "nie może w pełni wyrazić złożonych i często sprzecznych zachowań społecznych aktorów tamtych wydarzeń i wyzwolonej przez nich dynamiki”. Pisze: "Jeśli spojrzeć na nowsze badania – np. na wydaną w 2011 r. książkę prof. Jana Grabowskiego «Judenjagd. Polowanie na Żydów 1942–1945. Studium dziejów pewnego powiatu»” – zobaczymy osoby jednocześnie ratujące i mordujące Żydów”. Analiza terroru niemieckiego, oparta na tych trzech rolach, mimowolnie stała się źródłem semantycznej pustki w opisywaniu roli Polski i Polaków podczas II wojny światowej.
Reklama
Ten już dość powszechnie obowiązujący opis Polaków – jako katów, ofiar oraz gapiów – jest możliwy dlatego, że dostęp do wielu źródeł był przez dziesiątki lat ograniczony. A świadectwa polskich ofiar – zeznania złożone po wojnie przed prokuratorami – nie weszły do międzynarodowego kanonu naukowego.
Berliński zespół InstytutuPileckiego odnalazł w landowych archiwach kolejną partię oryginalnych dokumentów z przesłuchań przekazanych w latach 60., 70. i 80. stronie niemieckiej przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Dotyczą one m.in. zbrodni na ludności żydowskiej i polskiej w latach 1939–1945 w Węgrowie i okolicach dokonanych przez niemieckich okupantów. Ich kopii czy odpisów próżno szukać w rodzimych archiwach – prokuratura PRL, starając się zmusić niemieckie organy ścigania do działania, przez wiele lat przekazywała niemieckiej prokuraturze pełną oraz oryginalną dokumentację sądową (m.in. przesłuchania, rysunki sytuacyjne czy fotografie). Te dokumenty trafiały do powstałej w 1958 r. Centrali Badań Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu, potem były przekazywane do prokuratur zaangażowanych w śledztwa.
Dziś to dyskusja wokół przebiegu terroru IIIRzeszy w małych miejscowościach wywołuje największe kontrowersje w Polsce i na świecie. Powiat węgrowski opisany w 2018 r. przez Jana Grabowskiego w "Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” to dobry przykład takiej dyskusji. Patrząc na odnalezione zbiory – nie uwzględnia wielu kluczowych dokumentów archiwalnych.
Nowe dokumenty
Żadne z tych zeznań, które trafiły do RFN i tam "ugrzęzły”, nie zostało ujęte w pracy Grabowskiego poświęconej powiatowi węgrowskiemu. A musiałyby one wpłynąć na poczynioną przez niego konkluzję, że „wynika niezbicie i ponad wszelką wątpliwość, że część ludności Węgrowa (i innych miasteczek i wiosek powiatu węgrowskiego) włączyła się w niemieckie działania eksterminacyjne. Polacy z Węgrowa wydawali Żydów w ręce Ordnungspolizei (żandarmerii) oraz polskiej policji granatowej”.
W tych aktach znajdują się bowiem przede wszystkim świadectwa Polaków, ale też ocalałych Żydów, a także zeznania żandarmów, żołnierzy i SS-manów. Co ważne, żaden z Niemców działający w powiecie węgrowskim nie stanął ostatecznie przed sądem i nie został ukarany.
Grabowski oparł przekonanie – że "znakiem szczególnym badanego terenu jest niewątpliwy współudział części społeczności Węgrowa i okolic w niemieckiej akcji eksterminacyjnej [Żydów]” – przede wszystkim na powojennych sądowych dokumentach PRL. To zeznania i materiały z akt skazujących osoby – najczęściej Polaków – za współpracę z Niemcami przy mordowaniu polskich Żydów i Polaków. To procesy, które wszczynano na podstawie dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. „o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego” (dekret sierpniowy lub sierpniówka). Grabowski, omawiając te wyroki, pisze o „tragifarsie”, jaka „rozegrała się na sali sądowej”, twierdząc, że sądy były w zmowie z oskarżonymi i specjalnie były bardzo łagodne. „Niechęć do rozliczeń nie była wyłącznie polską specyfiką. Podobny brak przyzwolenia na skazywanie ciemiężycieli Żydów występował we Francji, w Belgii czy też – co bardziej zrozumiałe – w Niemczech”.
Ta jedyna uwaga na temat niemieckich sądów, pomimo krótko omówionych przez Grabowskiego niektórych zeznań niemieckich funkcjonariuszy aparatu terroru, budzi zdziwienie. Czytelnik rozdziału o powiecie węgrowskim w „Dalej jest noc” nie dowie się, że żaden z wymienionych przez niego zbrodniarzy z Węgrowa i okolic, a także wielu innych, o których informują niemieckie dokumenty śledcze, nigdy nie stanął przed sądem, choć niemieccy śledczy dysponowali obciążającymi zeznaniami zarówno żydowskich, jak i polskich ocalonych. Wszystkie postępowania w RFN dotyczące zbrodni na Żydach i Polakach w Węgrowie kończą się uwagą, że śledztwo zostało umorzone. Zazwyczaj z powodu trudności w ustaleniu niektórych personaliów lub z powodu brakującego materiału dowodowego.
Na przykład szef żandarmerii Karl Tedsen z posterunku w Budziskach w powiecie węgrowskim, odpowiedzialny za mordowanie Żydów i Polaków, pomimo przekazanych zeznań z Polski został w 1973 r. uniewinniony z powodu „braku dowodów”. W 1988 r. podczas kolejnego śledztwa – rozpoczęto je w wyniku przekazania przez polską stronę kolejnych 35 zeznań polskich świadectw – Tedsen otrzymał zaświadczenie lekarskie, mówiące o niezdolności do składania zeznań. Prokuratorzy w Oldenburgu odnotowali, że "ze względu na swój wiek oskarżony nie mógł już pamiętać o minionych wydarzeniach”.
Rudolf z Sokołowa
Kriminalkommissar RudolfWeber, szef 9. kompanii, III. Batalionu 22. SS-Polizei-Regiment i wymienieni przez niego członkowie oddziału: Uwe Kersten, Gustav Friedrich, Rudolf Diestelhorst czy Anton Kurzreiter (oraz wielu innych) także zeznają w pierwszym śledztwie Tedsena. Sam Weber opowiada m.in. o rozstrzelaniu 10 Polaków w 1942 r. Kompania stacjonująca w Sokołowie Podlaskim brała też udział w zbrodniach dokonanych w Łochowie. Podsumowanie niemieckiej prokuratury kończy zdanie: „Z tego postępowania (zaczętego w 1970 r. – red.) pochodzi lista członków 9. Kompanii. W pewnych okolicznościach lista nazwisk mogłaby stanowić punkt wyjścia do dalszego śledztwa. Niektórzy z oskarżonych byli wcześniej przesłuchiwani i przyznali się do rozstrzeliwania ludności. Ponieważ nie udało się zweryfikować kwalifikujących cech zabójstwa, postępowanie umorzono”. Oczywiście nie wznowiono śledztwa na bazie nowych materiałów przekazanych w latach 80. przez polską stronę. "Pewne okoliczności” nigdy nie nastąpiły. Dlaczego dla prof. Grabowskiego ta „niechęć do rozliczenia” w Niemczech jest „bardziej zrozumiała”? Jakim słowem zatem określić skandaliczny brak ukarania w Niemczech odpowiedzialnych za zbrodnie w powiecie węgrowskim?
W książce Grabowskiego o powiecie węgrowskim pomijana jest także faktyczna skala karania „zdrajców Narodu Polskiego” na podstawie sierpniówki. Autor, nie podając wymiaru kar, jakie otrzymywali kolaborujący z Niemcami, nie daje szans czytelnikowi na wypracowanie własnego poglądu.
Powojenny proces granatowych policjantów Władysława Królika, Antoniego Iwanka, Jana Grajewskiego i Piotra Grochala za zamordowanie ukrywających się Żydów (małżeństwo Rubinów i trzy inne osoby) w domu Aleksandry Janusz w powiecie węgrowskim z różnych względów jest momentami kontrowersyjny – ale z pewnością wymaga oddzielnych badań i omówienia. W dokumentacji procesowej znajdujemy adnotacje, że przesłuchiwani chcą zmienić zeznania, bo byli bici i torturowani przez śledczych. Zresztą samo przytaczane przez prof. Grabowskiego główne świadectwo wskazujące na winę policjantów, to jedna z kilku wersji tego zeznania – w tej sprzed wymuszenia zeznań nie było jasno sprecyzowane, kto dokładnie zabił; pozbawiona była też różnych fragmentów, m.in. o wymuszaniu pieniędzy przez policjantów na gospodarzach. Sam Grabowski pisze o Króliku, że choć służył w Policji Polskiej Generalnego Gubernatorstwa, to współpracował z podziemiem, a po wojnie wstawiali się za nim też uratowani Żydzi. Bez względu na wszystko – oskarżeni zostali skazani na kary 25 i 15 lat więzienia.
Inny przykład powojennego karania w Polsce za kolaborację z Niemcami to historia Kazimierza Jaworowskiego ze wsi Soboń, też przytaczana przez Grabowskiego bez wzmianki o wymiarze zasądzonej kary. Jaworowski w nocy przyłapał Żyda na kradzieży żywności w swoim domu i odprowadził do sołtysa, a ten na posterunek żandarmerii. Tam schwytany został zabity. Jaworowski zarzekał się po wojnie w sądzie, że nie wiedział, iż przyłapany przez niego człowiek jest Żydem i nie wierzył mu, kiedy ten go usiłował o tym przekonać. Sąd wymierzył Jaworowskiemu karę 3 lat więzienia.
Kiedy wracamy do triady sprawca – ofiara – gapie i jej ewolucji, nietrudno zauważyć logikę skutków prawnych. Zbrodniarze niemieccy są niewinni, a jedynymi prawnie winnymi śmierci polskich Żydów, ukrywających się i uciekających z transportów, są polscy kolaboranci – zazwyczaj chłopi. Warto się w tym miejscu zapytać – czy wszyscy kolaboranci byli Polakami i czy za Polaków się uważali? Rola folksdojczów i mniejszości niemieckiej, która wraz z wejściem Niemców do Polski budowała aparat terroru, znając lokalną społeczność i język, stanowiła często główne źródło wiedzy o sytuacji na wsiach i w miasteczkach, jest niewystarczająco obecna w badaniach nad terrorem okupacyjnym.
Jednym z przykładów tego problemu jest opisana przez Grabowskiego postać sadysty oraz zbrodniarza – granatowego policjanta z posterunku w Łochowie – Lucjana Matusiaka. To o nim Grabowski pisze w „Dalej jest noc”, że jest znakomitym przykładem procesu „dojrzewania” policji granatowej do mordów na Żydach. Jego okrucieństwo opisane w powojennych zeznaniach odnalezionych w Niemczech, przytaczane w artykule o powiecie węgrowskim, robi przejmujące wrażenie. Ale warto zwrócić uwagę na dwa elementy, pominięte albo może nieznane przez Grabowskiego, a istotne dla dalszych rozważań. Po pierwsze – w tym samym powojennym śledztwie znajdujemy zeznania opisujące także okrutne mordy Matusiaka na Polakach – w tym sadystyczne znęcanie się nad ciężarną kobietą. Jedno ze świadectw pobitego i katowanego przez niego Polaka mówi, że Matusiak wykrzykiwał podczas przesłuchania, że wreszcie Polska przestała istnieć i mówił o sobie jako o niemieckim obywatelu. Z kolei w materiałach odnalezionych w landowych archiwach przez Instytut Pileckiego znajdujemy dwa różne zeznania opisujące Matusiaka jako folksdojcza; zaś prokuratorzy niemieccy odnotowują jego ucieczkę z wojskami niemieckimi w 1944 r. Czy Matusiak to przykład zaangażowania w budowanie terroru III Rzeszy przez mniejszość niemiecką, folksdojczów, a może Polaków, którzy chcieli zostać Niemcami, nienawidzących nie tylko Żydów, ale też Polaków?
Gdy porównamy pracę sądów powojennych w kontekście Węgrowa i okolic, Polska pomimo komunizmu i niewątpliwych powikłań procesów sierpniowych z prześladowaniami polskiego podziemia – zrobiła niezwykle dużo, karząc zbrodniarzy i kolaborantów, państwo niemieckie zaś nie ukarało nikogo, pomimo posiadania w różnych wojskowych archiwach kart byłych żołnierzy wielu różnych jednostek i ich danych. Zatem ci, którzy ukarali czyny kryminalne kolaborantów na podstawie wytworzonej dokumentacji sądowej, są oskarżani o współudział w Holokauście, a ci, którzy wprowadzali terror i realizowali politykę Zagłady, stali się dziś niewyraźnym tłem dla „polskich kolaborantów”.
Ilu było Niemców w powiecie węgrowskim
Grabowski przytacza w aneksie do "Dalej jest noc” imienną listę 26 niemieckich funkcjonariuszy, którzy mieli odpowiadać za zbrodnie na terenie powiatu węgrowskiego, a na mapie zaznacza tylko dwa posterunki, w których stacjonowały niemieckie formacje. W ten sposób czytelnik może odnieść wrażenie, że cały aparat terroru stanowiły podporządkowane okupantowi granatowa policja i ochotnicza straż pożarna oraz polscy mieszkańcy.
Tymczasem z zeznań niemieckich żołnierzy i oficerów złożonych przed niemiecką prokuraturą w latach 60. i 70. (zarówno w tych znanych zbiorach, jak i właśnie odkrytych w archiwach landowych) wynika, że żandarmeria niemiecka liczyła w całym powiecie prawie 70 osób, a w samym Węgrowie znajdował się także 20-osobowy oddział Sonderdienst (policja pomocnicza, w jej skład wchodzili głównie folksdojcze), 9. kompania 22. SS-Polizei-Regiment, stanowisko Wehrmachtu przy magazynie amunicji (HEMULA w Baczkach). W akcjach pacyfikacyjnych brała także udział jednostka ukraińskiej Hilfspolizei i obsada obozu w Treblince. Aparat terroru w regionie liczył więc w sumie ok. 300 osób. A z zeznań wynika, że aresztowanych Polaków wieziono do posterunku Gestapo w Ostrowi Mazowieckiej – i że tamtejsze jednostki wojskowe wspierały w akcjach likwidacyjnych sąsiednie powiaty. Do tego należy dodać administrację niemiecką, zajmującą się rabunkiem czy wyzyskiem gospodarczym, urzędników i biurokrację. Dziś mapa terroru jest zatarta, a pozostali na niej jako wyraźne punkty tylko polscy policjanci granatowi oraz straż pożarna.
Warto dodać, że z zeznań i świadectw Ocalałych, znajdujących się w USC Shoah Foundation, trudno wywnioskować, by kluczowe zagrożenie dla ukrywających się Żydów w drugiej i trzeciej fazie Zagłady odgrywały grantowa policja i straż pożarna. A jak twierdzi Grabowski zarówno w „Dalej jest noc”, jak i w najnowszej książce „Na posterunku”, to właśnie w małych miastach i na wsiach granatowa policja czy straż pożarna działała praktycznie na „własną rękę”. Oblicza też w „Na posterunku”, że blisko 80 proc. zatrzymań ukrywających się Żydów (w wyniku których stracili życie) to działalność granatowych policjantów.
Z blisko 40 relacji dotyczących Węgrowa i okolic sześć osób doświadczyło pomocy ze strony strażaków lub granatowych policjantów. W obszernym zeznaniu Cyry Rubinstein złożonym w latach 60. w Tel Awiwie, opisującym przebieg akcji likwidacyjnej Węgrowa 22 września 1942 r., granatowa policja i straż pożarna nie pojawia się w ogóle.
Historia Natana
Dobrym przykładem problematyczności tezy Grabowskiego jest wstrząsająca relacja Natana Najmana z Budzisk pod Łochowem, znajdująca się w zbiorach Shoah Foundation. Dziewięcioletni chłopiec przeżył piekło likwidacji getta w Budziskach i gehennę ładowania do bydlęcych wagonów przez niemieckich oprawców. Wypchnięty przez dziurę w deskach wagonu rozpoczął walkę o przetrwanie.
W przytaczanej przez Grabowskiego relacji Najmana jest część, która pokrywa się z nagranym wspomnieniem (można je odsłuchać na stronie Shoah Foundation) – napotkał bandytów, rabujących uratowanych z transportu. Ale w pewnym momencie dochodzi do rozwidlenia opowieści – w „Dalej jest noc” czytamy inną wersję tego, co opowiada Najman.
W tekście Grabowskiego znajdujemy historię spotkania przez niego żydowskiego kolegi, który na posterunku granatowej policji (zostali doprowadzeni przez Polaków) zostaje rozstrzelany, a on sam ucieka. Grabowski kończy opowieść o Natanie tym, że w końcu udało mu się znaleźć schronienie u Stanisławy Roguszewskiej, uznanej później za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata.
Z nagrania wynika, że Natan najpierw kilka miesięcy spędza w ukryciu u Polaków, byłych sąsiadów i przyjaciół rodziny. Jednak ci, w obawie o swoje życie, proszą go, by gdzie indziej poszukał schronienia – dopiero wówczas spotyka kolegę. I rzeczywiście obaj zostają doprowadzeni na posterunek granatowej policji, ale tam polski policjant każe im uciekać („Prawdopodobnie nie było nikogo z żandarmów – byli na jakiejś wyprawie. (…) Policjant pomyślał, popatrzył na mnie, bo mojego ojca znał, on drzewa im przed wojną rąbał, machnął ręką i powiedział «A idźcie do Kosowa»”). Natan chroni się u różnych polskich rodzin – według jego relacji zawsze po parę miesięcy w każdym z miejsc, przeżywa wiele dramatycznych i straszliwych chwil, głodu i strachu, zanim dotrze do Stanisławy Roguszewskiej, u której ukrywał się już do końca okupacji. Podczas jej trwania – podobnie jak jego rodzeństwo – znajduje pożywienie czy schronienie w okolicach, gdzie ludzie go znali i pamiętali.
Ta relacja pokazuje rolę polskich sąsiadów w okresie Zagłady. Ale też, słuchając wstrząsających losów małego Najmana, dotykamy kolejnego problemu badawczego: wspomnień polskich i żydowskich o okupacji, przecinających się w momentach okazywanej pomocy i ukrywania.
Świadectwa polskie kreślą obraz straszliwego terroru podczas okupacji. Nie da się tego pojąć bez zrozumienia, jak funkcjonowały „przestrzenie przemocy”, nawiązując do książki Jörga Baberowskiego o kształtowaniu się prawodawstwa i państwowości w Europie poprzez terror, tortury i przemoc („Raeume der Gewalt”, 2017). Przestrzeń przemocy w tym wypadku zbudowana i zarządzana przez aparat państwa III Rzeszy opierała się na wymordowaniu 100 tys. polskiej inteligencji w pierwszym roku okupacji, planowej eksterminacji Żydów oraz karaniu torturami i śmiercią tych wszystkich, którzy im pomagali. Na codziennym terrorze wobec polskich obywateli, ich wyzysku i rabunku gospodarczym. W relacjach odkrytych przez Instytut Pileckiego w niemieckich archiwach wyłania się obraz śmierci, która przychodziła za każdym razem, kiedy do wsi przyjeżdżali niemieccy żandarmi. Zabijających za samo podejrzenie ukrywania Żydów – Franciszek Subda oraz jego szwagier Wacław Andrzejuk w styczniu 1943 r. zostają zamordowani przez żandarmów z Kosowa Lackiego. Mieczysława Subda, córka Franciszka, zeznała, że była bita przez niemieckiego żandarma, który, wskazując na podpalanego benzyną przez innego Niemca jej paroletniego braciszka, krzyczy: „Gdzie są Żydzi!?” (rodzina nie przechowywała Żydów). Mordujący Polaków za niezgłoszenie się do robót przymusowych, za pomoc okazaną Żydom lub jeńcom sowieckim, nieoddanie kontyngentu żywności. Lub bez powodu.
Śmierć za gapienie się
W zeznaniach znalezionych w landowym archiwum jest świadectwo mówiące o tym, że jedna z mieszkanek wsi "gapiła się” na przejeżdżających Niemców – i tylko za to została zabita. Albo że dzień po egzekucji żona, prosząc o zgodę na pochowanie męża, dowiaduje się, że jednak rozstrzelanie było pomyłką.
Strach, o którym opowiada Sprawiedliwa wśród Narodów Świata Helena Roguska, który towarzyszył jej, gdy ukrywała pięcioro żydowskich przyjaciół, nie pojawia się u Grabowskiego w „Dalej jest noc”. Nie znajdziemy też u niego relacji Sary Kaye, przechowywanej w Shoah Foundation, która wspomina, że „nigdy nie można było pozostać u nikogo zbyt długo, gdyż wszyscy mogli zostać zamordowani”. Ani opowieści ukrywanej przez samotną matkę z kilkorgiem dzieci Helen Kaminsky, która odeszła, nie chcąc narażać polskiej rodziny na śmierć. W artykule o Węgrowie nie ma też cytatu z Ocalonej Glorii Glanz Przepiórki, która opowiada o plakatach informujących, że za każdą pomoc okazaną Żydom grozi śmierć. Jako dziewczynka Gloria została przekazana przez rodziców z Węgrowa polskim przyjaciołom na wsi. A ci, polscy chłopi, dali jej schronienie, starając się nawet dochowywać dla niej żydowskich zwyczajów.
Ocaleni z Holokaustu, którzy znali lepiej polską rzeczywistość i mieli głębszą relację z ukrywającymi ich polskimi rodzinami, wspominali terror wobec Polaków jako punkt odniesienia do ceny okazanej pomocy. Ale trzeba pamiętać, że doświadczenia niewyobrażalnych poniżeń i walki o przetrwanie, pomimo otrzymywanej pomocy od różnych Polaków – często zapisały się goryczą we wspomnieniach Ocalałych. Halina Wachtel mówiła: „Nie wiedziałam o świecie nic, tylko gdzie byliśmy i to wszystko. Czułam się opuszczona przez cały świat”. Minia Lederman swoją gorycz spotkania z pogardą i nikczemnością napotkanych Polaków wspominała słowami: „Byli gorsi od Niemców – robili to z własnej woli”.
Ten motyw wspomnień u Ocalonych Grabowski opisuje następująco: „Patrząc na zagadnienie ratowania Żydów z perspektywy bardziej ogólnej, można założyć, że o szansach przeżycia ukrywanych Żydów decydowały nie tyle pomoc sąsiadów, ile po prostu brak wykazywanej złej woli”. Czy te dwie rzeczywistości – polska i żydowska – odległe od siebie o wieczność, mogły się spotkać? Podział był świadomie i celowo realizowany przez terror niemiecki, a po wojnie żelazna kurtyna i związany z tym brak dostępu do polskich świadectw i wiedzy o polskich losach podczas okupacji nigdy nie pozwolił pomóc przeżyć w pełni traumy przez Ocalałych na świecie. Nie dowiedzieli się, że obok doświadczanej straszliwej podłości, być może okazana im też czasem niechęć była lękiem i przerażeniem oraz bezsilnością, a nie pogardą. A jeszcze istotniejszy był brak ukarania po wojnie w Niemczech prawdziwych sprawców – funkcjonariuszy III Rzeszy.
Rzetelny processądowy w Niemczech ujawniłby zeznania, uporządkował hierarchie między sprawcami a ofiarami. W żadnym zeznaniu niemieckim pochodzącym ze śledztw prokuratorskich z landowych archiwów nie ma przecież ani słowa o tym, że zbrodni dokonywali polscy policjanci czy strażacy, a trudno sobie wyobrazić, że gdyby naprawdę taka była rzeczywistość okupacji, to niemieccy funkcjonariusze nie skorzystaliby z szansy usprawiedliwienia siebie.
Triada, w której Polacy stali się w najlepszym z wypadków ofiarami, ale przede wszystkim gapiącymi się i sprawcami, to efekt braku rzetelnych badań nad ceną okazywania pomocy Żydom. Każdy z Ocalałych, spotykając okazujących im pomoc w jakiejkolwiek formie Polaków, nie doświadczał tylko „zwykłej, ludzkiej dobroci” i współczucia, lecz przede wszystkim wielkiej odwagi i heroizmu. Dlatego praca nad dokumentacją i upamiętnianiem Polaków pomordowanych za ratowanie Żydów nie jest przejawem polskiego nacjonalizmu, ale pracą nad przywróceniem prawdziwych punktów odniesienia dla rzeczywistości Holokaustu i budowaniem siatki pojęć opisujących także polskie tragiczne doświadczenie.
Ci, którzy dla Grabowskiego są Polakami, w zeznaniach odnalezionych przez Instytut Pileckiego okazują się folksdojczami