Eilert Dieken, który dowodził akcją w Markowej i osobiście wydał rozkaz rozstrzelania Józefa i Wiktorii Ulmów, ich sześciorga dzieci oraz ośmiorga ukrywanych Żydów, nigdy nie stanął przed wymiarem sprawiedliwości. Po wojnie wrócił w rodzinne strony, zamieszkał w Esens nad Morzem Północnym w Dolnej Saksonii i kontynuował służbę w policji zachodnioniemieckiej. Zmarł nie niepokojony w 1960 roku.

Reklama

Informacje z prywatnego archiwum zbrodniarza

Wiemy o tym dzięki pozyskanemu przez Instytut Pileckiego w Berlinie prywatnemu archiwum zbrodniarza. Są w nim urzędowe dokumenty, zdjęcia, notatki i odznaczenia. Na jednej z fotografii, jeszcze sprzed II wojny światowej Dieken pogodnie patrzy w obiektyw wraz z żoną. Między nimi siedzą dwie małe dziewczynki - córki. Na innym zdjęciu szeroko uśmiechnięty, pozuje na plaży, na tle morza. Kolejne zdjęcia - w gronie rodzinnym, na urlopach, w domu, na polowaniu - pozwalają odtworzyć sielankowe życie prywatne i zawodowe człowieka, który unicestwił rodzinę Ulmów, od czasów wilhelmińskich, przez III Rzeszę aż po okres powojenny.

Archiwum zawiera też m.in. dokumenty z postępowań denazyfikacyjnych Diekena z lat 1946 i 1949. Już pierwsze z nich, prowadzone przez komisję aliancką, zakończyło się stwierdzeniem "braku przeciwskazań do służby w policji". A świadectwo zatrudnienia z 1950 roku potwierdza przyznany mu w 1933 roku dożywotni status urzędnika państwowego. Wśród poświadczeń awansów i przydziałów służbowych znajdują się dokumenty z czasu okupacji niemieckiej w Polsce, kiedy Eilert Dieken służył w powiecie nowosądeckim Generalnego Gubernatorstwa, m.in. jako komendant posterunku żandarmerii w Łańcucie. Ostatni z awansów, na stopień porucznika, miał miejsce we wrześniu 1944 roku, już po zbrodni w Markowej.

Co ciekawe, Dieken nie należał ani do NSDAP ani do SS. Formalnie nie był więc "nazistą" tylko "zwyczajnym Niemcem" - sformułowanie z tytułu głośnej książki amerykańskiego historyka Daniela Goldhagena.

Powojenne śledztwa prawie zawsze kończyły się umorzeniem

Jak podkreślają badacze z Instytutu Pilcekiego biografia zbrodniarza, który dożywał starości w gronie najbliższych, szanowany przez współobywateli i otoczony pamiątkami z życia zawodowego i prywatnego, radykalnie kontrastuje z losem jego ofiar. W przypadku rodziny Ulmów – podobnie jak w wielu innych historiach, które dokumentuje i upamiętnia IP – mamy do czynienia z całkowitym rozpadem życia rodzinnego i rozproszeniem jego materialnych śladów. Mordując Polaków, którzy nieśli pomoc Żydom, Niemcy palili gospodarstwa, grabili dobytek, zakazywali grzebać ciała ofiar. Po wielu z nich nie zostało nic prócz pamięci – ani jedna pamiątka i ani jedno zdjęcie, tak że dziś nie znamy nawet ich twarzy.

"Jednym z ważniejszych historycznych problemów w relacjach polsko-niemieckich jest praktyczny brak rozliczenia zbrodni popełnionych przez niemieckich okupantów w Polsce po wojnie. Zbrodnie popełnione na cywilnej ludności na wsiach, w małych miejscowościach pozostały w pamięci mieszkańców i były badane przez polską prokuraturę. Po przekazaniu materiałów śledczych do Niemiec Zachodnich, śledztwa te prawie zawsze kończyły się ich umorzeniem - mówi PAP Hanna Radziejowska, szefowa filii Instytutu Pileckiego w Berlinie. To dzięki pracy jej zespołu prywatne archiwum Diekena trafiło do Warszawy.

Polskie świadectwa, co ciekawe, rzadko spotykały się z zaufaniem niemieckiej prokuratury, śledztwa prowadzone były niechętnie. Za każda zbrodnią stali jednak konkretni ludzie, bardzo często tzw. zwykli Niemcy. Ten brak powojennej sprawiedliwości wobec polskich ofiar i ich potomków w psychologii określamy mianem podwójnej wiktymizacji. Dziś wyzwaniem dla polsko-niemieckich stosunków są wiec także badania i przywracanie pamięci nie tylko o ofiarach ale też o sprawcach. Instytut Pileckiego w Berlinie prowadzi na szeroką skalę kwerendę w archiwach i masową digitalizację źródeł. Staramy się też pozyskiwać prywatne zbiory i kolekcje rodzinne które odsłaniają historie karier przedwojennych i powojennych byłych zbrodniarzy - dodaje.