IPN - dymiące zgliszcza

Reklama

„Zarzuty kierowane przeciwko dr Tomaszowi Greniuchowi dotyczą jego zachowań z czasów młodości. Wielokrotnie w ciągu ostatniej dekady – przyznał, że były one błędem i przeprosił za nie” – czytamy w oświadczeniu szefostwa IPN. Jego lakoniczna treść to znakomita ilustracja tłumacząca, czemu Instytut Pamięci Narodowej po pięciu latach rządów obecnego prezesa i towarzyszących mu wiceprezesów przypomina dymiące zgliszcza. Równolegle ze zniszczeniem prawie wszystkiego co zastano, nastąpiła dewastacja polskiej polityki historycznej, czego ubocznym skutkiem jest międzynarodowy wizerunek III RP. Dzięki obecnemu kierownictwu Instytutu dziś o wiele łatwiej wmawiać opinii publicznej na całym świecie, że to przedwojenna Polska była sojusznikiem III Rzeszy, razem z Hitlerem wznieciła II wojnę światową, a Polacy współorganizowali Holocaust. Kłamstwa łatwiej zyskują pozory prawdy, jeśli pomówiony robi wszystko, żeby nawet wbrew faktom je potwierdzić.

Najtragiczniejsze jest w tym wszystkim to, że nie mamy do czynienia z diabolicznym spiskiem pod egidą tajnych służb Kremla, lecz zwyczajną niekompetencją. Ludzi, których obecny obóz władzy postawił na czele instytucji kluczowej dla polskiej polityki historycznej, współczesny świat po prostu przerasta. Podobnie, jak dostrzeganie niuansów polskiej historii. Oni generalnie nic a nic, z jednego ani drugiego, nie rozumieją.

Dla dobra ojczyzny należy na początek wyjaśnić im kilka najprostszych spraw. Casus nowego dyrektora oddziału IPN we Wrocławiu nadaje się znakomicie na pierwsze ćwiczenia.

Gest Adolfa Hitlera

Szanowny Panie Prezesie Instytutu Pamięci Narodowej (na marginesie to ostanie słowo w nazwie dotyczy narodu polskiego), gdy powołuje się na eksponowane, kierownicze stanowisko jakąś osobę, najpierw sprawdza się jej dorobek i życiorys. Jeśli w CV pojawia się zdjęcie, na którym kandydat na dyrektora wykonuje gest identyczny do tego jakim Adolf Hitler pozdrawiał 5 października 1939 r. w Alejach Ujazdowskich defilujących przed nim żołnierzy Wehrmachtu, rodzi to powód do pewnego niepokoju. Niepokój powinien wzrosnąć, jeśli tych zdjęć jest tak wiele, że IPN mógłby na wrocławskim rynku urządzić nowemu dyrektorowi wystawę planszową pt. „Jak hajlowałem przez lata”. Oczywiście można być wyrozumiałym dla błędów młodości i przyjąć za dobrą monetę tłumaczenia młodego człowieka, że wykonywał - jak sam to określa - „salut rzymski”, za sprawą „młodzieńczej brawury, często głuchej na zdrowy rozsądek i konsekwencje”. Na szczęście młodość przemija i kariera ma swoje prawa. Można więc nawet docenić, że na zdjęciach z 2018 r. w towarzystwie kolegów i koleżanek z ONR przyszły dyrektor już nie salutuje. Jednak nie oznacza to wymazania przeszłości. Podobnie jak nie da się wymazać pamięci o 6 milionach obywateli II RP wymordowanych przez tych, którzy z uniesionego ramienia uczynili butny symbol swych triumfów oraz zbrodni.

Rzeź Woli

Chcąc uświadomić, co wynika z tego drobiazgu, że na eksponowanym stanowisku znalazła się osoba niegdyś czerpiąca całymi garściami inspirację z faszystowskiej symboliki i ideologii, należy Panie Prezesie przeprowadzić mały eksperyment. Pretekstów i miejsc do niego odpowiednich są w naszej ojczyźnie dziesiątki tysięcy. Można na przykład udać się na uroczystości rocznicowe Rzezi Woli. To taka dzielnica w Warszawie, gdzie na początku sierpnia 1944 r. esesmani z pułku Dirlewangera, wsparci przez Rosjan z RONA, Azerów i Kozaków (wszyscy uwielbiali „salut rzymski”) wymordowali jakieś 50 tys. Polaków. Zgodnie z rozkazem Hitlera „podludziom” nie okazano litości. Kobietom rozpruwano brzuchy bagnetami, dzieciom roztrzaskiwano głowy kolbami karabinów. Proponuję stanąć przed ostatnimi ocalonymi, wykonać „salut rzymski” i okrasić go starogermańskim okrzykiem „Sieg Heil!”. Wszyscy obecni na pewno przyjmą potem ze zrozumieniem tłumaczenie – „Ups wymsknęło mi się, bo wiecie ten problem z błędami młodości w Instytucie”.

Podobny eksperyment mógłby przeprowadzić jeden w wiceprezesów IPN w Markowej, gdzie znajduje się Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów (z którego jest tak dumny). Ponoć Instytut bardzo dba o to, żeby eksponować polskie zasługi dla ratowania Żydów, a jednocześnie zupełnie nie stoi to w sprzeczności z promowaniem osoby lubiącej sobie kiedyś „pohajlować”. W sumie ciekawe jakim gestem pozdrowił przełożonych por. Eilert Dieken, gdy raportował o likwidacji ośmiorga Żydów ukrywanych w domu Ulmów, a po nich całej ośmioosobowej polskiej rodziny? Bez oglądania się na to, że kobieta była w ciąży, a malutka Marysia miała dopiero półtora roczku i po prostu chciała żyć.

Drugi wiceprezes też nie powinien się odcinać od wrocławskiego dyrektora, nie tylko dlatego, że sam pochodzi z tego miasta i kiedyś uczył tu dzieci. Skoro „saluty rzymskie” mu nie przeszkadzają, to może także wykonać jeden np. przy grobie Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Bohaterskiego Cichociemnego, który w 1943 r. walczył na Zamojszczyźnie z niemieckimi oddziałami wysiedlającymi z tych ziemi polskich „podludzi”. Tak eksperymentalnie, żeby sprawdzić, czy żołnierz AK się w grobie czasem nie obróci.

Reklama

"Salut rzymski"

Panowie Prezesi, waszemu ulubieńcowi można zarzucić wiele, lecz na pewno nie brak mu odwagi. Miejcie ją i wy. Zapraszam do eksperymentowania. Najlepiej w towarzystwie fotografów i kamerzystów. Dzięki temu lepiej można będzie zrozumieć, z czym kojarzy się w Polsce „salut rzymski”.

Niestety, dokładnie z tym samym kojarzy się na cały świecie. Dla jasności mała podpowiedź. Kojarzy się z: nazizmem, Hitlerem, III Rzeszą, wymordowaniem 6 milionów Żydów i wielką rzezią, która kosztowała życie dziesiątki milionów ludzi. Zbyt rzadko zauważa się, że było wśród nich aż 6 milionów obywateli przedwojennej Polski. IPN miał o tym przypominać światu. Zamiast tego zafundował przypomnienie, że w Polsce są młodzi ludzie, którzy nie wstydzą się publicznego „hajlowania”, a co więcej z czasem awansują na kierownicze stanowiska.

Idealnie wpisuje się to w narrację o Rzeczpospolitej - sojuszniczce Hitlera. O państwie polskim, które wspólnie z III Rzeszą organizowało Holokaust. Wspieranie tej narracji może okazać się najtrwalsza spuścizną, jaką pozostawi po sobie obecne kierownictwo Instytutu, ponieważ przez pięć lat zajmowało się głównie likwidacją. Zlikwidowano międzynarodową współpracę IPN z instytutami pamięci z Europy Środkowej, dzięki której udawało się skuteczniej bronić przed próbami fałszowania przeszłości przez Moskwę.

Zlikwidowano, skierowany do młodego odbiorcy portal „Pamięć.pl” oraz miesięcznik pod tym samym tytułem. Zlikwidowano niezwykle utalentowany zespół ludzi, opracowujący gry historyczne mające bawiąc – uczyć młodzież o przeszłości. Uczyniono to bez oglądania się na sukcesy, jakie odnosiły. Niedawno po cichu minęła dziesiąta rocznica powstania gry „Kolejka”, która jest rozpoznawalna na całym świecie. Reportaże o modzie na nią nadawały stacje informacyjne: Fox News, CNN, BBC. Artykuł o grze opublikował niegdyś na pierwszej stronie „Wall Street Journal”.

Z zazdrością pokazywano jak Polacy znakomicie potrafią przekazywać młodemu pokoleniu wiedzę o skomplikowanej przeszłości. Teraz to już przeszłość. Podobnie zresztą jak zdolność reagowania IPN na kluczowe dla pamięci narodu wydarzenia. W rocznice stulecia wielkich tryumfów Polaków, w listopadzie 2018 r. i w sierpniu 2020 IPN wyglądał jak polscy drogowcy zaskoczeni przez zimę. Usiłował sprawić wrażenie, że istnieje i zasługuje na budżet w wysokości ponad 400 mln zł rocznie. Ta lista likwidacji jest długa i nudna. Natomiast po stronie tego, co nowego powstało w ciągu całej kadencji obecnego kierownictwa IPN to … cóż na pewno będzie to pamięć o młodym dyrektorze we Wrocławiu. Od kilku dni w mediach kolejnych krajów robi on furorę niczym kiedyś „Kolejka”.

Jako że niedługo nastąpi wybór nowych władz Instytutu może warto skierować zbiorową prośbę do Naczelnika naszego państwa i jego ulubionego wicemarszałka Sejmu (który był nie tylko promotorem pracy doktorskiej obecnego prezesa IPN). Otóż obecne kierownictwo Instytutu zasługuje na to, żeby dla dobra Polaki stworzyć dla niego nową instytucję zajmującą się kultywowaniem pamięci o pandemii. Dzięki niepodrabialnym talentom tych ludzi istnieje realna szansa, że zapomnimy o niej w przeciągu miesiąca.