O działaniach tajemniczego Wydziału IX wiadomo było wcześniej tyle co nic. Grupa była na tyle tajna, że "każdy szeregowy funkcjonariusz był przekonany, że wydział zajmuje się problemami technicznymi wewnątrz kontrwywiadu, a więc naprawią jakiś urządzeń, standardowymi przeszukaniami w hotelach i mieszkaniach i tyle". Jak było naprawdę? Czym faktycznie zajmowali się oficerowie? I jakie metody pracy wykorzystywali? – Tomasz Awłasewicz w książce "Niewidzialni" odkrywa największą tajemnicę służb specjalnych PRL.

Reklama

Kto, czyli czym jest Wydział IX

Wydział IX to specjalna grupa kontrwywiadu, która działała w okresie PRL i podlegała pod MSW (dokładnie Departament II). Zadaniem było regularne wchodzenie – ciemną nocą, bo głównie między godz. 23 a 4 rano – do budynków ambasad i konsulatów. Tam przeszukiwali sejfy i skarbce, kopiowali tajne dokumenty, by kilka godzin później mogły one trafić na biurka najwyższych urzędników państwowych. Przetłumaczone z każdego dowolnego języka.

Pracownicy Wydziału IX wchodzili nie tylko do placówek amerykańskich i innych członków NATO (niekiedy nawet dwa razy w tygodniu!). Kraje spoza sojuszu? A jak! Ich też nie brakowało; od ambasad Argentyny po np. ambasady Pakistanu i Japonii.

Jak w latach 70. wychodziłem z placówki, to wiedziałem, że parę godzin później taki Gierek będzie siedział u siebie w gabinecie i oglądał album ze sfotografowanymi przeze dokumentami. Po lewej zdjęcia oryginału, po prawej już zarobione tłumaczenie, pośrodku kawka. Tak szybko to działo – wspomina jeden z żyjących oficerów (ich imiona i nazwiska nie zostały ujawnione).

Górna półka. Elita.

Co, czyli największe tajemnice służb specjalnych PRL

Interesowały ich wszelkie tajne dokumenty – od bieżącej działalności przedstawicielstw, w tym także wytyczne do negocjacji handlowych, aż po archiwa wywiadów. To właśnie dzięki ich pracy polski kontrwywiad "znał tożsamość obcych szpiegów, rząd dysponował treścią najtajniejszych międzynarodowych narad dotyczących Polski, a dyrektorowie przedsiębiorstw wiedzieli, jakie są plany zachodnich firm".

Inna rzecz, że "znakomita większość osób, korzystających z pozyskanych informacji, nie miała jednak pojęcia o tym, skąd dokładnie pochodzą”. Nie mieli go także przedstawiciele specgrupy – jak sami mówią: Kopiowaliśmy parędziesiąt tysięcy stron rocznie i tak naprawdę dopiero dziś dowiadujemy się, co to było.

Jak, czyli szczegóły akcji w ambasadach i konsulatach

Poruszali się w ciemności – rzadko doświetlali sobie drogę latarkami trzymanymi w zębach. Ręce mieli zajęte i – jak zapewniają – wyciągnięte do kolan. Zawsze, na każdą akcję, taszczyli ze sobą w walizkach po kilkadziesiąt kilogramów. Radiostacja, szperaki do otwierania zamków ("bez tego ani rusz"), radziecki kombajn do kopiowania dokumentów (po bokach dwie lampy, pośrodku aparat fotograficzny), ciemne folie do przysłaniania okien – czego tam nie było. Oprócz tego, specjalna teczka. A w niej kopie kluczy, plany budynku, grafiki pracy i informacje na temat zabezpieczeń,. A nawet tak szczegółowe zapiski jak: Pierwszy stopień na schodach między drugim a trzecim piętrem trzeszczy, jak stanie się na niego po lewej stronie.

Penetracja – bo tak oficjalnie nazwano akcje na obiektach – była starannie zaplanowana.
Do pomocy w zdobywaniu cennych informacji werbowano obcokrajowców pracujących w ambasadach albo/i zatrudnionych tam Polaków. Dostarczali dane o zmianach w grafiku sprzątaczek czy np. późniejszych godzinach pracy dyplomatów w danym tygodniu. Wsparciem były także grupy: penetracyjna – wiedziała, jakimi drogami i kiedy zwyczajowo poruszali się pracownicy placówek, a także interwencyjna Biura B. Patrzyli w okna pobliskich domów, wypatrując czy gdzieś nie zapali się światło. Czyścili też ulicę, jeśli niespodziewanie pojawił się na niej dyplomata. Mieli opracowanych kilka(dziesiąt) scenariuszy działań. I tak np. wyjmowali wódkę, brali kilka łyków i udawali pijanych chuliganów. Inny sposób? Na stłuczkę ("zanim skończyliby z nim rozmowę i dopełnili formalności, to nas by już dawno nie było"). Albo podstawienie radiowozu ze swoimi ludźmi przebranymi za policjantów.

Po wejściu od razu zamykali się od środka i zakładali blokadę, by nikt inny nie mógł w tym czasie dostać się do budynku. Nakładali filcowe buty (podobne do muzealnych kapci) lub zostawali w skarpetkach. Po czym wchodzi do najbardziej chronionego pomieszczenia placówki – "jedne drugie drzwi, mechanizmu szyfrowe, zamki kluczowe, elektroniczne". Używali rękawiczek. Zanim czegokolwiek dotknęli robili zdjęcia polaroidem, by potem móc ułożyć wszystko tak, jak było. Zasady były proste: chodzić jak duchy, niczego nie dotykać, nie gadać, można przeczytać w książce "Niewidzialni".

Właściwie jednym dźwiękiem towarzyszącym im w pracy było ciche pikanie. Sygnał emitowały trzymane w dłoniach urządzenia do pomiaru promieniowania przypominające wyglądem duże kalkulatory (...) Alarmowały, że przebywanie tutaj jest śmiertelnie niebezpieczne.

Reklama

Wszystko dlatego, że na miejsce transportowali także pojemnik z promieniotwórczymi izotopami: kobaltu-60 i irydu-192 (pochodziły z Instytutu Badań Jądrowych w Świerku; by go zdobyć, podawano się za wojsko). Po co? Do pokonania zamków – mechanicznych, szyfrowych. Wysokiej jakości. Dzięki prześwietleniu ich mechanizmów promieniowaniem gamma uzyskiwali zdjęcie podobne do kliszy rentgenowskiej. Było widać wycięcia w tarczach, a to pozwalało wnioskować, jaki ruchu pokrętłem trzeba wykonać, żeby ustawić tarcze w odpowiedniej pozycji i tym samy otworzyć zamek – opowiada jeden z oficerów.

Wie Pan, jak Rosjanie nazywali to, co robiliśmy? "Tajnym przenikaniem", a nie "tajnym wejściem". Dlaczego akurat przenikanie? Bo wejść to sobie można do gabinetu ambasadora, grzebać w zamku szperakami. Ale przedostanie się do wnętrza bunkra (sejfy bywały zabezpieczane żelbetowymi ścianami – przypis red.) bez pozostawiania najmniejszych śladów zasługuje już na miano przenikania. Czary-mary proszę Pana – podkreśla członek specgrupy.

"Wydział straceńców"

Normy podczas prac z izotopami były przekraczane nawet 500 krotnie. Bywało, że podczas jednej akcji specgrupa przyjmowała dawkę 2-3 razy większą niż pracujący z promieniowaniem przez rok!

Chociaż te wydarzenia miały miejsce 30 lat temu i dzisiaj wiedza na temat skutków promieniowania jest o wiele większa, to chciałbym, żeby nie było wątpliwości: my nie byliśmy głupi. To, co robiliśmy, robiliśmy, z pełną świadomością zagrożeń, które z tej pracy wynikały – zastrzega inny z oficerów.

Nic więc dziwnego, że grupę nazywano też "Wydziałem Straceńców" (pomijając fakt, że wychodząc na akcję, nigdy nie wiedzieli, czy z niej wrócą). A do dziś żyje nie więcej niż 10 osób z Wydziału IX; ile dokładnie było w nim zatrudnionych nadal nie wiadomo.

Ci, którzy żyją swoją pracę opisują krótko: Dyplomaci wychodząc zamykali sejfy, drzwi, zakładali tysiąc kłódek i szli do domu. Dla ludzi z Zachodu to było po prostu nie do pojęcia, że nocą przyjdą takie biedne Polaczki i nie zostawią żadnych śladów, pokonają system alarmowy, pootwierają wszystkie drzwi i sejfy najwyższej klasy, a do tego jeszcze pokopiują dyskietki z dokumentami wywiadu.